niedziela, 30 listopada 2014

szaleństwa zwyczajne i niezwyczajne


L. Salvayre "Zwyczajne życie"
Prowadzę beznadziejną i skazaną na wiecznie nienasycenie i nieudanie walkę z czasem, usiłując nadążyć za współczesną produkcją literacką; jasne, że mi się nie udaje, oczywiście, że udać mi się nie może, ale jako egzystencjalista amator nadal po prostu usiłuję, wierząc, że najważniejsze jest dążenie, że ono wystarcza. Tymczasem sterta książek czekających na przeczytanie dramatycznie rośnie, co zupełnie mi nie przeszkadza inwestować w kolejne, w efekcie tak naprawdę to inwestycja w nową szafkę wkrótce okaże się bezwzględną koniecznością.... Plon z mojego nienadążania domaga się swojego miejsca.
Chwilowo jednakże dzięki jesiennym chorowaniom dysponuję bonusowym czasem na nadążanie.... i już, już miałam rozładować stertę, ale listonosz dotarł z Lydie Salvayre, zatem starta nadal czeka, a ja dobrałam się do powieści kompletnie mi nieznanej pisarki, która w tym roku zgarnęła nagrodę Goncourtów za utwór niestety dotychczas nieprzetłumaczony na polski. Sobie czytam to, co przetłumaczone.... musi starczyć. Ciekawe, dobre, nie żeby wybitne, ale ok, solidne, chyba smutne, podoba mi się interesująco prowadzona narracja, która dialogi uczyniła zbędnymi, choć przecież te dialogi wyraziście tętnią wlane w tę narrację, zabieg techniczny w pełni udany. Niby w zamierzeniu jest to nawiązanie do monologu wypowiedzianego, ale ten monolog jest mocno podrasowany, doprawiony, bo nie ma jednego odbiorcy, nie ma też historii życia i prawdy o człowieku, która stawałby się jawna w toku wypowiedzi, nie ma puenty, nie ma samopoznania narratora-bohatera, jest za to niepospolite studium obsesji i klinicznej samotności umysłu, który potyka się o samego siebie i zapętla, który pochłania samego siebie bez nadziei na zdrowie, rozwikłanie, zaleczający lub obnażający punkt dojścia. Całość - rzetelna, przekonująca, wiarygodna. Być może najbardziej niepokojące jest dla mnie to, że rozumiem i podzielam niektóre węzełki tego zawikłania ogarniętego obsesjami umysłu głównej bohaterki...., że czytam i myślę, no tak, właśnie, rozumiem, znam wszystkie te drobne znaki, sygnały, przewrażliwienia, natręctwa, podzielam jej odczucia, wiem, o co jej chodzi. Fajnie czy niefajnie? Nie wiem.
Żegnaj listopadzie.

sobota, 29 listopada 2014

stare listy miłosne (rivers_to_cross)


"Do M., ze środka nocy


Ból ucichł
stał się prawie nieodczuwalny.
I nagle pojawił się we śnie,
który ma Twoja twarz,
Twoje ciało
i Twoje ruchy.
Budzę się i nie mogę zasnąć,
leżę na plecach
ogarnięty tęsknota bez nadziei
i nierozumnym pragnieniem." (J. R. 21.09.2004)


******

"Droga M,
Przeglądam Twoje listy. Dziesiątki listów. Listy pełne pięknych słów, słów,
w które chciałem uwierzyć. A ponieważ chciałem, to zaczynałem ulegać ich
złudnemu urokowi. Początkowo myślałem, że piszesz opowiadanie, w którym ja
jakimś dziwnym trafem bylem głównym bohaterem. Śmiałaś się z tego.
Przekonywałaś mnie, ze jest inaczej. A ja dawałem się przekonać. Zacząłem
nadawać Twoim słowom znaczenie, które chciałem, a którego one nie miały.
Uległem iluzji, bo tak pragnąłem. Za Twoimi słowami nic się bowiem nie kryło.
Dużo mówiłaś o miłości i chyba nawet wierzyłaś, że jesteś zakochana. Ale to
była miłość narcystyczna, zapatrzona w siebie. Tak naprawdę, to kochałaś
jedynie swoje własne uczucie. Zachwycałaś się obrazem, który tworzyłaś sama
dla siebie. Choć mówiłaś "wszystko", to w istocie znaczyło to "nic". To
właśnie powiedziałaś mi bez słów. Słowa były Ci potrzebne by stworzyć fikcję,
wzgardziłaś nimi, kiedy chciałaś powiedzieć prawdę. Zakończyłaś opowiadanie
urywając je w połowie zdania, nie stawiając kropki. Tak właśnie chyba być
musiało. Potraktuj zatem ten list jako epilog.


R, bohater jednego z Twoich opowiadań" (9.09.2004)





piątek, 28 listopada 2014

tylko dla moich oczu


*****

Trzymałam klejnot w dłoni,
usnęłam za dnia
- dzień był ciepły, powiew nużący -
mówiąc: "Nie spadnie!"

Zbudziłam się, z rzetelnych mych palców
nierada,
bo teraz - ametystowe wspomnienie
to wszystko, co posiadam. (E. Dickinson)


czwartek, 27 listopada 2014

powroty do ulubionych (C.K. Dezerterzy)

Spędziłam noc, oglądając jeden z moich ulubionych filmów, nigdy mi się nie nudzi, ciągle mnie bawi, mimo uwikłań historycznych uważam go za ponadczasowy i regularnie do niego wracam, co ja na to mogę? nawet jak mi gdzieś przypadkowo mignie w telewizji, to grzęznę przy nim bezpowrotnie; więc: ulubiony film, wspaniały Zapasiewicz, genialny Pokora, scena spektakularna, rany jak ja lubię ten film!!!

środa, 26 listopada 2014

wirtualne „ready-made”, czyli mój romans z dadaizmem

Zauważyliśmy, że maj nie był dla ciebie aktywnym miesiącem.

Wypadają Ci włosy?

jak się czujesz w swojej skórze?

Chytre promocje czają się,
Znajdź swój IDEAŁ!

Bądź Smart

Czy twój bliski cierpi na chorobę Alzheimera?

Uwolnij swoje endorfiny

stawiaj czoła wyzwaniom

już nigdy nie spojrzysz na świat tak samo

Usuwanie zmian

Pozwól nam zaopiekować się Tobą

Brakuje nam Ciebie! Minęło sporo czasu

Tworzymy niezapomniany klimat. Dołącz do nas!


*****


Świat pisze do mnie niechciane i nieprawdziwe listy, trochę mnie kuszą ich nadawcy, trochę mi grożą, na pewno trochę mną manipulują, stwarzając pozory więzi, których przecież nie ma, trochę chcą mnie zagarnąć, co już zdecydowanie budzi mój sprzeciw i chęć wycofania się rakiem. Listy od nowego boga naszych czasów - Internetu; listy, których nie czytam, pytania, na które nie odpowiadam, żądania, które mnie nie interesują, czy moja obojętność to nowa forma ateizmu? (TwarzyKsiążki też nie mam i co chwilę słyszę, że w związku z tym nie istnieję. Być może.) Biorę pod uwagę, że zwyczajnie i po prostu nie jestem dość "smart" i nie "uwalniam moich endorfin". Nie wiem, co to tak naprawę dla mnie oznacza.

Przebiegam niepotrzebne e-listy kontrolnie wzrokiem po tytułach, po autorach, po datach i wyrzucam na jedną wspólną hałdę szrotu i cywilizacyjnych odpadów. Aż się prosi, by z tego zrobić dadaistyczne dzieło współczesnej sztuki. A skoro się prosi (od dość dawna), to ok, to już, to czemu by nie? Najpierw nagłówki przerzucam w jedno miejsce, w przypadkowej kolejności - chaotyczne, szybkie kopiuj-wklej (anestezja, czyli świadomość wychodzi na grzyby), potem równie przypadkowa żonglerka krojem czcionek, szast-prast i oto mam taki mój własny „ready-made”; oczywiście zakładając, że Internet jest (a przecież jest) przedmiotem codziennego użytku (ciekawe co by na to powiedział Duchamp?). Teraz już tylko czytam i sprawdzam, czego wirtualny świat chce tym razem (co autor miał na myśli?) i czy ja (współautor i odbiorca w jednym - ciekawa sytuacja) może chciałabym mu to dać. I... raczej nadal nie chcę. "Dołącz do nas!" eeee, nieeee, może innym razem.... pisuar to zawsze przede wszystkim pisuar, wirtualny śmietnik to zawsze przede wszystkim śmietnik.

M. Duchamp "Fontanna"




wtorek, 25 listopada 2014

Paperman - wdzięk ładnych opowieści

widziałam krótkometrażówkę "Paperman"  przypadkiem i z zaskoczenia,  jako swego rodzaju niezapowiedziany bonus  puszczony przed projekcją jakiejś większej bajki Disneya, której już nie pamiętam; dziś odkopałam w niezawodnych zasobach wirtualnego świata tę urokliwą historię, piękna kreska, ładna opowieść, nienaiwna bajkowość, świetna muzyka w tle, i wdzięk, właśnie wdzięk i lekkość, uśmiechałam się oglądając, wtedy i dziś (pomimo kiepskiej jakości kopii);

poniedziałek, 24 listopada 2014

gdzie jest moje miejsce? ("Niebko" B. Helbig)

          Nie znoszę recenzji, nie chcę ich pisać, po prostu czasami coś czytam i mi się podoba; jak mi się nie podoba, czy zwyczajnie przechodzi mimo, to zbywam rzecz milczeniem, ale czasami, jak czytam, to fajnie jest i wtedy coś tam wyławiam z całości, co oczywiście nie ma w sobie nic z recenzowania, przynajmniej w intencji. I teraz właśnie tak .... sieć skojarzeń, kiedy czytam "Niebko": że w "Weselu" to było takie łatwe, dotykasz serca, coś tam stuka i Poeta mówi "A to Polska właśnie..." i już, i jest, i wiadomo; ale dziś, teraz, zaraz, już, obecnie - świat się zglobalizował, jesteśmy wszędzie, bo możemy być wszędzie, a zatem tkwimy w jakimś nigdzie, z dziada pradziada jesteśmy kundlami Europy, bez korzeni, niemalże bez kontekstów, więc gdzie jest mój dom? nie wiem tego od dość dawna. Może nawet od zawsze, to znaczy trochę wiem, a trochę nie wiem. Dom to przestrzeń, w której cumuje moje życie, to tak, to na pewno, cztery ściany, pies, koty, Mała Mi, jakaś praca, jacyś ludzie, chodniki, krajobrazy, codziennie przedeptywany świat. Ale jest też Holandia i tam też trochę domu. I moja matka i tam też trochę. I wspomnienie o miejscach, do których nie wrócę. I stracone mieszkanie babci złotymi zgłoskami wyryte w głowie, i druga babcia, i jej mieszkanie, w którym wszystko pachniało malinami. I jeszcze poznańska bezdomność, a przecież i tam był dom chwilę. W sumie dużo domów, ale żaden nie jest na pewno, żaden ostatecznie. Może dlatego to "Niebko" jest takie przytulne dla mnie i przyjemnie mi się czyta. No właśnie: przyjemnie... 
          Saga rodzinna naszych czasów, która tak naprawdę (jak się okazuje) musi być opowieścią o wykorzenieniu i stracie, mimo to pełną jakiegoś smutnego wdzięku (bez patriotycznych pień w tle na szczęście).  Poznawczo to też cenna opowieść: poszerzyła ona moją świadomość i wiedzę o społecznych i narodowościowych uwikłaniach nowożytnej historii (pod tym względem przypomina mi ona mocno "Kamienie z dna rzeki" Ursuli Hegi, które zrobiły na mnie w swoim czasie spore wrażenie). Oczywiście jest to też książka zauważalnie wrośnięta w czas obecny, więc jak najbardziej żywa i dająca się wpisać w moje wymacywalne życiowe doświadczenie, co w przypadku powieści zahaczającej o początki XX wieku jest nie do przecenienia. Zatem przytulna fabuła - cokolwiek to znaczy; takie mam odczucie, zadomowiłam się w niej - po prostu, ufnie jak niemowlę. 
       Czytam i regularnie powraca świadomość, że wszyscy (czy może tylko większość?, bo "wszyscy" to zawsze za dużo wypada) jesteśmy potomkami ludzi przegnanych, wygnanych, wywalonych w kosmos, niezakorzenionych i być może także dlatego, gdyby dziś wybuchła wojna (odpukać), to wszyscy (lub prawie wszyscy) byśmy się spakowali i wyjechali (tak mi systematycznie i od lat odpowiada  pytana o to tzw. młodzież i na tejże myśli przyłapuję samą siebie). Byle gdzieś dalej, gdzieś indziej i tyle. Bo nasze korzenie nie sięgają zbyt głęboko i nie za mocno nas tu trzymają. Bo to tylko jeszcze jedna wyprawa w jeszcze jedno nowe miejsce. Czy tak jest faktycznie? Naprawdę nie wiem, ale przecież może tak być.
          Co chyba oczywiste - "Niebko" mi się podoba, wciąga mnie w świat, który był solidnie zamieszkany, osadzony, stabilny, dookreślony, z którego wyjeżdżało się tylko pod fizycznym (przy)musem nieusuwalnych konieczności, z którego wyjeżdżając można było się tylko zgubić (się i siebie). Jest w tej powieści również wygnanie z tego świata i jego skutki, które okazują się mieć nadspodziewanie rozległy zasięg, które zostawiają po sobie ślad. Utracone niebko. Powszechność tej straty. A do tego jednak  nadal przytulnie, przyjemnie, nostalgia skrojona w sam raz na jesień.

"Niebko" B. Helbig
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

R. ma urodziny. Hm.... niech mu się darzy.

niedziela, 23 listopada 2014

podarunki (Theodor Kittelsen)

Bartek, człowiek o subtelnej wielowymiarowej osobowości spektakularnej jak gotycka katedra, świetna postać, rok temu wyjaśniał mi, co to znaczy być asatryjczykiem, a teraz rzucił we mnie Kittelsenem, którego kompletnie nie znałam (nadal jeszcze nie wiem, czy mi się podoba generalnie, więc wybrałam obrazki, które podobają mi się indywidualnie), nauczyłam się czegoś nowego. Przyjemna rzecz.
Znowu Skandynawia, mitologia, bajkowość. Pozytywna nierzeczywistość czy może raczej alternatywna rzeczywistość. Warto dodać, że te rysunki pochodzą z drugiej połowy XIX wieku, i że to w większości ilustracje, a nie galeryjne monumentalne dzieła sztuki. Mimo pewnej naiwności i prostych przekazów, jest to jednak przecież sztuka. Faktycznie uwodzi mnie jej magia. Gapię się. I widzę. Brzydota pozbawiona zła. Tajemnica bez strachu. Metafizyczny fundament świata.

Troll

Grudzień

Duchy Dziadów i bogowie wód strzegą trudnego przejścia nad przepaścią u wodospadu

Zielony troll


Duchy pomocnicze

Jesień

Wyprawa

Nocnica

Męcica

Przebudzenie smoka

Kvitebjorn Kong Valemon


Szyszymor


sobota, 22 listopada 2014

poetyckie ciasteczka i cudze piosenki

Dostałam poetyckie ciasteczka, co miało być chyba swego rodzaju orderem zasługi za moje działania propoetyckie. Było to rzeczywiście bardzo miłe i ucieszyłam się. Moi ludzie na scenie okazali się najpiękniejsi i nie pozostali niezauważeni - ekstremalna wyrazistość i charyzma zawsze się obronią. Przyjemne spotkanie. Cenię sobie takie dni, kiedy jest inaczej. No i był oczywiście występ artysty (bez nazwisk, bez nazwisk). Artysta grał i śpiewał, śpiewał i grał, no i mówił w międzyczasie. Jestem prawie pewna, że chciał być dowcipny, tzn. próbował być, co oczywiście jest mniej więcej jak różnica między człowiekiem, który próbuje tańczyć, a tym który de facto tańczy. Zresztą może ten humor był dla mnie zbyt subtelny i wyrafinowany, może chodziło o tzw. humor inteligentny? ale nie! śmiałam się! raz! ale za to chyba z minutę (a kilka kolejnych usiłowałam się uspokoić), no dobra popłakałam się ze śmiechu, a wszystko w cichości serca, bo pan naprawdę ślicznie i poetycznie grał i śpiewał o rzeczach wzniosłych i ładnych, więc nie wypadało, żebym się rechotała jak potłuczona. Oczywiście ten i ów zgromił mnie wzrokiem i tak, szczęśliwie za mną siedziała kobieta, która też tłumiła opętańczy atak śmiechu. We dwójkę tłumi się zawsze raźniej i łatwiej znosi się oburzenie otoczenia. Bardzo dobry wieczór, pełen sprzecznych emocji. Tak.

SIATKA WSPOMNIEŃ Z UDANEGO WIECZORU



****
K. Matkowska

„Notatka z samotności” (dla mojej córki)

Uśmiech raczej tu nie zaglądał
Euforia drzwi nie znalazła,
Miłość pocałowała klamkę.
Namiętność opanowała żyły,
A spokój zagościł w sercu,
Agresja.
Dotarła do wątroby.
Wielki organizm braku uczuć,
Egoizmu, interesowności, irytacji
I zaburzonej rzeczywistości.

I wreszcie pojawiłaś się ty,
Wprowadziłaś w moje życie to,
czego nie znałam.
****

"Artysta: (Artysta mówi wolniutko, cedząc w zamyśleniu słowa) Zacząłem oprócz własnych (zamyślenie) grać ostatnio (zamyślenie) też cudze piosenki. (zamyślenie) Kiedyś miałem taką zasadę (zamyślenie), że tego nie robiłem i dość mocno się tego trzymałem, (zamyślenie) tylko swoje grałem, (zamyślenie) ale po 30 latach na scenie (zamyślenie) zauważyłem, że jak gram te cudze (zamyślenie) piosenki, a nie te moje, (zamyślenie) to te cudze się jakoś bardziej podobają. (dłuższe zamyślenie) No tak. (zamyślenie) No bo wiadomo, że ludziom (ściszonym głosem) bardziej się podoba to, co lepiej znają 
Głos z trzeciego rzędu:  (cichy szept) Ludziom bardziej podoba się to, co jest dobre....
Ja: (tłumię śmiech, płaczę, trochę to trwa)

****
Cudza piosenka


piątek, 21 listopada 2014

Godzina wilka (vargtimmen)

gdzieś między 3 a 4-5 nad ranem


moment uporczywego napięcia czasu, między wygasaniem nocy i dniem, który ciągle nie umie lub nie chce nadejść; niepokój ścina powietrze i można go tylko wdychać, i nagle nie śpisz, i całe to twoje małe pokurczone niedożyte życie wydaje się pozorne, zagrożone, znikome, dręcząco zawieszone w próżni, stoisz przed powiększającym lustrem swoich obaw i słyszysz jak wydzwania o nie twoje bezsensownie wypłoszone serce, któremu instynkt podszeptuje "uciekaj", "chowaj się", "zmykaj", ale przecież nie ma gdzie, nie ma jak, nie ma dokąd; 
przez te kilka chwil między nocą a świtem, jeśli śpisz, to jak kamień, ryzykując bardziej niż zwykle, że pochłoną cię koszmary, ale jeśli nie śpisz, to jest to definitywna, zawzięta bezsenność, wśród której lepkie palce strachu ślizgają się wzdłuż kręgosłupa aż szlag trafia rozsądek i wszystko staje się wątpliwe, tożsamość rozkleja się i rozłazi, pęka w najsłabszych miejscach; 
i jeszcze... wcale nie jest cicho, bo wszystko gada, rzęzi, stłumionym głosem skowycze w noc,  tykają zegary, szumią rury, bulgoczą kaloryfery, świszczą cudze oddechy, uparcie rozkładam te ciche wrzaski godziny wilka na pojedyncze dźwięki i zawsze jest choć jeden taki, którego pochodzenia i sensu nie rozumiem, którego nie umiem osadzić ani rozpoznać, więc udaję, że go nie ma, choć przecież wiem, czuję i słyszę, że jest; 
czy rzeczywiście jest to czas, kiedy najwięcej ludzi umiera? kiedy nieskończenie wielu się rodzi? nie wiem, ale potrafię w to uwierzyć;  
ostatecznie okazuje się, że stoję w oknie, szukam świateł, coraz częściej, i zawsze znajduję inne, równie bezsenne oczy blokowisk; patrzę na nich, oni na mnie, ludzie, których nie spotkam pewnie nigdy w życiu spędzają ze mną noc, otulam się ciaśniej, bo tak naprawdę wcale nie chcę, żeby mnie widzieli, nie chcę ich towarzystwa, ale wszędzie jest noc, jest mocno, jest bardzo i to trwa, i trzeba to jakoś przeczekać, patrzymy na siebie, jest ciemno;



nigdy nie zdołałam obejrzeć tego filmu Bergmana

czwartek, 20 listopada 2014

akompaniament i inne składniki świata

 kontekst: haruje, brnę, tradycyjnie przez gąszcze i pod górę, taki czas i tyle,
ale też czytam, czytam, a przede wszystkim wytrawnie i wprawnie uchylam się od wszystkiego, co nie jest konieczno-nieusuwalno-niezbędne;

sceneria: koce, wino, mruczące koty, nachalny pies, możliwość drzemki, ciepłe, wściekle czerwone kaloryfery, za oknem mgła, zimna wilgoć, listopad uśmiercający wszelkie życie

pierwszoplanowy bohater drugiego planu: nażarta pierogami Mała Mi z "Kajkiem i Kokoszem"
(snuje się po okolicy, zalegając gdzie się da)

akompaniament: piękna i bosa Lucia Micarelli, 
fachowo łagodząca stresy i obyczaje, nawet (zwłaszcza) moje


dialogi i akcja:
- Lubię jak tak sobie siedzimy, a ty?
- Ja też. Bardzo.
- To fajnie.
- No.


środa, 19 listopada 2014

pytania i odpowiedzi - rozmowy przy obrazkach na sprzedaż

- Kiedy ma Pani wątpliwości i szuka odpowiedzi, to ten obraz jest idealny, bardzo pomaga się wyciszyć i....
- Znam wszystkie odpowiedzi.
- Co?! (konsternacja, szok, niedowierzanie, lekka wzgarda)
- Bo to jest proste. To znaczy... Mówi się: tak, nie, nie wiem, czasem można milczeć, a wszystko to jest odpowiedzią. Nawet cholerne wzruszenie ramion. To aż zbyt łatwe. Poza tym odpowiedzi są w pytaniach.
- Tak?
- No tak mi się wydaje, i pytania są ważniejsze. Zadać dobre pytanie... sobie, komuś, to jest..., to jest coś, czego nie umiem, nie zawsze, a przecież wszystko zaczyna się od pytania.
- I co? Kiedy Pani pyta, to już wie? tak po prostu?!
- Wiem.
- (konsternacja, szok, niedowierzanie, lekka wzgarda)


*****


I..... tu od razu pojawia się wierszyk Diane Wakoski, którym katowałam się kiedyś bez ustanku aż mi wszystko przeszło. Zupełnie.

"Testament Jennifer" (Diane Wakoski)

Nie było na świecie niczego, czego bym się nie bała.

Wszystko co żywe

pożerało mnie

Cienie rzeczywistych przedmiotów są niszczące

Jak same przedmioty.

Nienawidzę ich

Zarówno samych przedmiotów, jak i udawanych przez cienie.

Pragnęłam tylko jednaj rzeczy:

Pięknego konia

I nie mogłam go mieć.

W kartach jest odpowiedz na wszystko,

Ale odpowiedz znajdziesz wszędzie tam, gdzie zasięgasz rady.

Odpowiedź zawarta jest w pytaniu.

Nikt naprawdę nie chce odpowiedzi.

Jedyne o co chciałabym zapytać: czy jest na świecie ktoś taki,

Kto boi się mniej ode mnie?

Jeśli jest,

Dlaczego ja boję się tak bardzo?



wtorek, 18 listopada 2014

refreny niektórych dni (Mikromusic, W dupie to mam)

Mikromusic mam od Eli, którą podziwiam z wielu przyczyn i na wielu płaszczyznach; Ela używa Mikromusic "pro arte", ja raczej "pro life", GDYŻ: tysiące natręctw, roszczeń i inne głupoty, jakieś "musisz", jakieś "trzeba", bieganie, namolny listopad i równie namolny telefon, którego nie odbieram (bo jak nie chcę to nie odbieram i tyle; ciągle jeszcze to ja mam telefon, a nie on ma mnie), a w tle nucę sobie; i co? i nico? i rzeczywiście, i de fecto w dupie to i owo mam (zwłaszcza owo), Tuwim bywa równie skuteczny ze swoim "całujcie mnie wszyscy w dupę", tyle, że nigdy nie opanowałam go pamięciowo na tyle, by poza refrenem przywołać w dowolnej chwili całość, a tylko ta całość ma stosowną moc; więc właśnie Mikromusic, sobie przywołuję, i co to znaczy? nie żebym była obojętna, nie żebym chciała lekce sobie ważyć ludzkość czy świat w ogóle i po całości, ale.... płaszczyk zdrowego dystansu, luzu, oddechu, mojej osobności i niepodległości, czasu dla mnie na mnie - to lubię, cenię, pielęgnuję, nucąc, spacerując bez biegania, wychodząc bez pożegnań lub nie przychodząc wcale;

poniedziałek, 17 listopada 2014

"nie poświęcaj się dla morału" - bajka

Znalazłam dawno już zapomnianą przeze mnie bajkę Herberta i było to jak coś miedzy odkryciem bonusowych 20 zł w kieszeni starego płaszcza a totalną iluminacją w średniowiecznych dekoracjach (mnich - gotycka katedra - światło przez witraże - dowolnie wybrany Chrystus schodzi z obrazu - asceza - świętość - bicie dzwonów). Porada bardzo na czasie: "nie poświęcaj się dla morału". Otóż - usiłuję: teraz, zaraz, dziś.

***

[Moja dłoń prawa - ta intensywniej zapracowywana i zawsze jakoś gorzej pociągnięta lakierem do paznokci - jako cichy i mimowolny pierwszoplanowy bohater w walce z zamykającymi się samoczynnie stronicami. Chciałam podmienić zdjęcie... ale w sumie po co? może tak ma być? może ze wszystkich zdjęć, które strzelamy światu najlepsze są te idące w poprzek naszych premedytacji, może z piosenek najciekawsze są własnie te niedokończone, urwane w pół słowa;  a ze wszystkich napisanych słów - te najmniej zamierzone]

niedziela, 16 listopada 2014

myślę o Lorce

Oczywiście wiem, że to pewnie głupie i mało prawdopodobne życiowo, ale od kilku dni regularnie myślę o Lorce, tak ogólnie ociera się o mnie myśl o nim. Nikt o tym nie wie, w sumie niby czemu ktoś miałby wiedzieć, nie mówię o Lorce ani nawet o tym, że jest wyjątkowy dla mnie, ani o tym, że mimo to nie umiem żadnego z jego wierszy na pamięć, bo tylko do nich stale zaglądam. Z cynizmem wyobrażam sobie jak nagle ni z tego ni z owego rzucam "Wiecie, myślę ostatnio dużo o Lorce" i prawie od razu czuję jak pełzają po mnie spojrzenia wyrażające dezaprobatę dla mojego mądrowania się i nadęcia, ostatecznie i tak wszyscy mieliby to gdzieś. Tymczasem jednak myślę o nim; na ścianie mam obraz Salvadora Dali i patrząc na niego nigdy nie myślę o Dalim, ale właśnie o tym, że Lorka tak strasznie kochał Dalego i że już nikt o tym nie pamięta, że cała ta miłość, która poznaczyła wiersze Lorki została zapomniana i zatarta. Całe to paskudne rozczarowanie, z którym został później i z którym umierał samotny i pobity. Zawsze jednak rozpaczliwie piękny jest ten Lorka w całym swoim życiu i we wszystkim, co po nim zostało, i kiedy patrzy na mnie ze starych zdjęć, to naprawdę na mnie patrzy i mam poczucie, że się widzimy i zauważamy. Myślę ostatnio o Lorce...


"Pieśń jesienna" 


Dzisiaj odczuwam w mym sercu

gwiazd lekkie drżenie, lecz droga

zatraca się w duszy mgieł,

gubi się w gęstych obłokach.

Światło podcina mi skrzydła,

a smutków mych ból i rozpacz

zanurza moje wspomnienia



A wszystkie róże są białe,

tak białe, jak moja rozpacz,

i nie dlatego są białe,

że to śnieg na nich

na nich pozostał



Dawniej mieniły się tęczą.

Lecz i na duszę śnieg opadł.

Strzępy scen dawnych i pieszczot

śnieg duszy zdołał

zdołał zachować

ukryte w ludzkiej pamięci

światłach lub w cieniu i mrokach.



Czy kiedyś śmierć nas zabierze,

stopnieją śniegi? Czy po nas

przyjdzie śnieg inny lub innych

róż doskonalszych aromat?



Czy pokój będzie nam dany,

jak Chrystus nam prorokował?

Czy tę zagadkę odwieczną

ktoś kiedyś rozwiązać zdoła?



A jeśli miłość nas zwodzi?

Kto życie da nam zachować,

jeżeli zmierzch nas zanurzy

w prawdziwą świadomość

świadomość Dobra,

którego, być może, nie ma,

i Zła, co tętni koło nas?



Jeżeli zgaśnie nadzieja,

a wieża Babel ogromna

powstanie, czy drogi Ziemi

rozjaśni jakaś pochodnia?



Co z poetami, jeżeli

śmierć tylko śmiercią jest zgoła?

Co czeka sprawy uśpione,

o których każdy zapomniał?

O słońce wszystkich nadziei!

Księżycu! Wodo klarowna!

O czyste serce dziecinne!

O duszo kamieni szorstka!



Dzisiaj odczuwam w mym sercu,

jak drży gwiazd jasność ulotna,

i białe są kwiaty róż,

tak białe, jak moja rozpacz



sobota, 15 listopada 2014

mentalność bezpańskiego psa

 nie należę do nikogo i smakuje mi to,
śmieję się z żartów, które prawie nikogo bawią, babram się w ironii losu,
i nie muszę, nie powinnam, nie chcę,
w międzyczasie kopanie się z koniem - oczywiście, takie hobby, przecież, 
esencja przed egzystencją - zawsze, zatem wypada to bardzo często, no tak,
mgliste cele, co zresztą jest kompletnie nieważne i czas, który chrzęści mi w uszach,
przetacza się po kościach, ściera na proch i pył całą tą lepkość;
wszystko mnie dotyka,
choć nie lubię być dotykana


czy ktoś jeszcze pamięta Fauxliage? Świetny projekt, nadal czasami do niego wracam

piątek, 14 listopada 2014

moje listopadowe Strachy

Moja listopadowa piosenka (przetrwałam w jednym kawałku i dobrej kondycji połowę najpaskudniejszego miesiąca w roku, wiec co? należy mi się odrobina rozpaprania). Ciągle odkrywam na nowo, że jest absolutnie genialna i moja. [i to jest właśnie budowa klamrowa, i przydarzyła się ona mnie]


" (...)Bywam jak kucharz, co nie urodził się w kuchni, nudzę się w operze
Chodzę tylko do knajp, w których mnie nie znają, zostawiam po sobie puste talerze

Jestem jak jaskółka co wiosnę zgubiła i znów zima za dupę mnie trzyma
I tani frajer sprzedaje mi zimny czaj, Redaktor Odyniec z pisma Padlina

Jestem chory na wszystko, kochana
I nie wiem co mnie tu czeka
Jestem chory na wszystko
Chorobę mam na powiekach
Jestem chory na wszystko, kochana
I jak pies kulawy szczekam
Jestem chory na wszystko
Chory na wszystko
Chorobę mam na powiekach

Dostałem w ryj fajką pokoju kiedy znów kopałem się z koniem
Wtedy zadzwonił do mnie Olof Palme i chciał porozmawiać z Kuroniem

Ty ciągle i wciąż masz mi za złe, że już nie mieszkam w Punk Rock City
Mieszkam w całkiem innym miejscu Polski i cierpię na syndrom sztokholmski (...)"

czwartek, 13 listopada 2014

zauważanie jesieni (nietypowe i w listopadzie)

Tak ogólnie, żeby nie zapomnieć, że ładnie jest, że może być, wypatruję, selektywnie, bo przecież listopad i "jesieni polskiej glajda" rozlewa się po świecie, idę przez park, złoto mi skapuje z drzew, złoto i krew, banał pewnie, ale o tym dokładnie myślę, że wszędzie złoto i krew, wyświechtane liście, szelesty, prawie jakby mi ktoś szeptał na ucho, czego w sumie nie lubię, ale teraz i owszem, może być, szepty spod nóg. Nikogo tu nie ma i wszystko jest unieważnione, pozorne. Przewrotny ideał.







środa, 12 listopada 2014

inni o mnie i Remarque o nieszczęściu

Przypomniał mi się Remarque, przyniosłam do przeczytania, wkleiłam w nowy scenariusz i niechcący chyba trafiłam na grunt więcej niż podatny, bo łzy prawie, bo żal, nawet wzruszenia chyba, czy rzeczywiście ten Remarque aż taki? Mnie to przynosi pocieszenie, a tu były łzy na zakręcie, nie zawsze to rozumiem.

Poza tym.... ludzkość mnie często nie trawi, miałam dziś okazję zmierzyć się z tą myślą, co oczywiście nie jest przyjemnie, ale mogę to chyba zaakceptować, nawet zrozumieć, bo być może to jest właśnie rachunek za nieudawanie więcej niż to konieczne, za swobodę, której nie umiem się pozbyć, z chropowate zgrzyty, które idą za mną przez świat. Ostatecznie mam pewność tylko co do tego, że mój pies mnie kocha. I uważam, że to dużo. "Komu ten Twój styl tak naprawdę odpowiada? Ilu ludzi rzeczywiście cię rozumie i akceptuje? Jak myślisz?". Pytanie z gatunku bezlitośnie świszczących i tnących powietrze. "Niewielu, bardzo niewielu" - odpowiedziałam. I zatrzeszczały mi kości.

"Każda cząstka mojej istoty tak była nieszczęśliwa, że kiedy tydzień minął, wszystko się wyczerpało. Moje włosy były nieszczęśliwe, skóra, łóżko, nawet suknie. Nieszczęście wypełniło mnie tak całkowicie, że nic poza nim nie istniało. A kiedy nic już nie istnieje, nieszczęście przestaje być nieszczęściem, bo nie ma go z czym porównać. I wtedy następuje kompletne wyczerpanie. I wtedy to mija. Powoli zaczyna się żyć na nowo."

wtorek, 11 listopada 2014

eskalacje (Whenever I Say Your Name)


znowu wracam do tego na jesieni, samo się to robi, wczoraj zahaczyłam o Bottiego i nagle jakiś duet i Sting, inny duet i skrzypce, i potem już poszło, nawet nie wiem, jakimi ścieżkami pobiegły mi te skojarzenia, i już, i jest "Whenever..." w Berlinie, skrzypce, ten duet, bo wcale nie z M.J. Blige, orkiestra w tle, i nucę, i w ogóle tonę

***
- Co czujesz teraz?
- Jak to co?
- No teraz, w tej chwili, jakie są twoje uczucia?
(cisza)
- Nie wiem. 

***

Trenuję nazywanie. Pytanie o uczucia, okazało się być na ostatnim kursie kluczowe. Co czuję? teraz, już, zaraz, w tej dokładnie chwili, za cholerę trudno powiedzieć, wymienić nawet tylko dla siebie, usiłuję, ale ucieka mi to, a przecież czuję coś; dlaczego już nie nazywamy? dlaczego nie wiemy? Bo inni nie wiedzieli tak jak ja, i kiedy znienacka pytam ludzi, to też, pustka, nie mamy ze sobą kontaktu, zdechła nam autorefleksja, niezwykle groźne zjawisko, wystraszyłam się, że nie wiem.

poniedziałek, 10 listopada 2014

nie naprawiaj....

NIE NAPRAWIAJ MŁOTEM PNEUMATYCZNYM ZEGARKA

zapisałam to na ścianie jakiś czas temu, czerwonym markerem, ale nie żeby od razu wielkimi literami, tylko tak zwyczajnie, i za każdym razem, kiedy mam ochotę zastrzelić z armaty komara lub maczugą dopieścić obce i własne małości (czyli wszystkie te drobne gówna, o które każdy przecież się potyka co dnia i od których ja też siłą rzeczy nie bywam wolna), podchodzę, patrzę, czasami tylko po to, żeby się zatrzymać we wściekłym rozpędzie, zatrzymać się na tej ścianie właśnie; 

i często po prostu "nie naprawiaj" i już

jeśli jednak okazuje się, że "naprawiaj", to nie młotem zegarek - co tylko teoretycznie bywa oczywiste - delikatniej, inaczej, wolniej, mniej, czasami mniej znaczy więcej

niedziela, 9 listopada 2014

street art, cz.11 - kolejna rozdzielnia

Trochę letnich barw w środku listopada. Zupełnie na poważnie powiało mi słońcem po nastrojach, co jest bezcenne o tej porze roku, przy tej aurze (mgła, buro, szaro, wilgotno, obleśnie itp.), potwierdzam zatem bezcenność streetartowych dzieł w moim bezpośrednim, codziennym, osobistym doświadczeniu. Deszcz siąpił, a ja na tej plaży, wszystko możliwe, wszystko pomarańczowo-żółte.









sobota, 8 listopada 2014

Obywatel - film hermetyczny

"-Pani sędzio, nie można śpiewać i kopulować jednocześnie.
-A dlaczego?
-No ja przynajmniej nie mogę."
****
"Dlaczego? Dlaczego zawsze ktoś, gdzieś, jakoś..."


Wybrałam się, bo tu Stuhr, którego cenię, bo to zawsze była jakość, marka swego rodzaju, przynajmniej dla mnie, liczyłam na inteligentny dowcip, egzystencjalną refleksję, na film co najmniej dobry. Tymczasem spytana po projekcji o opinię, mogłam powiedzieć tylko, że nie jest zły. Chyba jestem rozczarowana. Rzeczywiście, zgodnie z zapowiedzią jest to film o Polaku, który nie jest "beneficjentem, a tylko ofiarą historii". To się zgadza. Fragmentaryczna kompozycja mi nie przeszkadza - uważam ją za wartość, tym bardziej, że są to nieprzypadkowe retrospekcje. Satyra na Polaków - choć bywa bezlitosna - też nie budzi mimo wszystko mojego sprzeciwu, bo jest w niej prawda. To że gorycz zalewa śmieszność - mogę udźwignąć. Więc co? Co mi zgrzyta? Myślę, że po prostu chodzi o ponadczasowość, której nie ma. Dla większości ludzi urodzonych po 1985 plus minus kilka lat, film pozostanie nie do końca zrozumiały czy wręcz niezrozumiały, za 30, 40 lat ilość jego potencjalnych widzów spadnie jeszcze bardziej. Historia jest tam sygnalizowana, ale zrozumienie uwikłań bohatera wymaga nie tylko wiedzy o polskiej historii najnowszej, ale i jej przeżywania, doświadczenia tejże historii, bez tego nie można opowieści Stuhra połatać, scalić, bez tego ona nie przemówi. Nie jest to też film, który mógłby pojąć widz zagraniczny. Pozostałam więc z poczuciem, że reżyser zrobił ten film dla siebie i o sobie, stworzył film o swoich odczuciach i przeżyciach, a nie jest to rzecz stworzona w sposób przemyślany dla ludzi, bo nie tylko nie wchodzi w dialog z widzem, ale nie liczy się z nim dość w swoim monologu, bo ten film jest monologiem. A przecież cechą dzieł wybitnych jest uniwersalność i ponadczasowość, której "Obywatel" po prostu nie ma. Jest w tym oczywiście jakaś gorzka ironia, film miał pokazać Polaków zamkniętych, zniewolonych przez historię i swoje wady narodowe, pokazać nasze ograniczenia, nawet zaściankowość i.. pokazał. Że nasze kino jest hermetycznie zamknięte, że nawet wybitny artysta i potężna osobowość naszej kultury, człowiek świadomy i inteligentny, nie umie opowiedzieć o nas Polakach tak, żeby było to zrozumiałe dla cudzoziemców, czy nawet dla młodych przedstawicieli jego własnego narodu. Ten film nie przetrwa próby czasu i zmieni się w milczenie. Jestem przygnębiona. Bo przecież szkoda, że jest własnie tak.
I jeszcze... film reklamowany jest jako komedia, hm... ja śmiałam się na smutno, bo bardzo gorzka ta komedia, owszem bywa zabawnie, ale przede wszystkim właśnie gorzko i smutno trochę. Postaci kobiece najlepsze - Maja Bohosiewicz czy Wioletta Arlak - pełnokrwiste, zauważalne. Postać główna budzi przede wszystkim głębokie współczucie. I żal. Bo jest to człowiek upokorzony i przedeptany.

piątek, 7 listopada 2014

idiolekt, cz. 2

sadysfakcja - sadystyczna satysfakcja z czegoś... zwykle z cudzej porażki (autor: pewna dziewczynka, która się przejęzyczyła na akademii ku czyjejś czci)

męczyzna (autor: no cóż, ja) - żartobliwe określenie na mężczyznę męczącego w sposób akceptowalny

kobieta jojcząca (autor: ja) - malkontentka z prawdziwego zdarzenia, maruda, zawsze ze wszystkiego niezadowolona, gderająca, czepiająca się, zbolała, nieustannie nieszczęśliwa i niedoceniana w zasadzie zawsze i przez wszystkich, doświadczona przez życie różnymi dramatycznymi dolegliwościami fizycznymi, z których żadna nie jest (niestety) śmiertelna, ale wszystkie potęgują jej niekończące się cierpiętnictwo, nikt z jej bliskich w jej przekonaniu jej nie docenia, ale bez niej sami by sobie do tyłka nie trafili itd. itp.

czwartek, 6 listopada 2014

tęsknoty holenderskie

Ser - oczywiście, przepyszny, rozpływający się w ustach Old Amsterdam, ale nie tylko, ogólnie sery wszystkie za porządkiem, cudowne.... do tego białe wino moselskie - tanie i smaczne... Tymczasem w Polsce jest listopadowa jesień, nie ma wina moselskiego ani sera (no dobra ser może i jest, ale na Old Amsterdam ceny zaporowe), tęsknię chyba za holenderskim domem, za Petrą nawet, za B., za kotami, za stanem wolności i niezależności od niczego/nikogo, który wisi tam w powietrzu, za bajkami i opowieściami, które tak łatwo mi się tam pisze, a przecież Dom nadal jest tutaj, pomimo listopada. Chciałabym na trochę tam odjechać, po prostu. I wrócić.




środa, 5 listopada 2014

oddane i skradzione

zabrałam Gabę dziewczynie, która od dawna niechcący chyba kochała Roberta, ale nigdy mu o tym nie powiedziała, zabrałam Gabę, ale Roberta jej zostawiłam, nawet nie wiem, czy to zauważyła


wtorek, 4 listopada 2014

u słonia w głębokim poważaniu


Włóczyłam się po mieście (nazywam to uparcie "włóczeniem się" nie przez przypadek, nie ma lepszego określenia zarówno ze względu  na tempo, jak i (bez)celowość, że o stanie pewnego nieustannego zagubienia nie wspomnę), oczywiście ślizgałam się wzrokiem po murach, czy nikt niczego nowego nie namalował, dowlokłam się nawet do opuszczonych magazynów, które zazwyczaj są mi zupełnie nie po drodze, bohatersko przedarłam przez chaszcze ostów, żeby spotkać słonia, którego kątem oka widuję od dawna; i co? i okazuje się, że słoń ma mnie centralnie w tak zwanej dupie, a ponieważ autorefleksja to podwalina kruchego ludzkiego "ja" i samodzielności myślenia, której nikomu (oby) nigdy nie oddam, to właśnie poświęciłam pięć sekund na szybką refleksję,  że niby jak się czuję z perspektywy dupy słonia (rzecz może banalna, ale kiedy będzie kolejna okazja na taką refleksję?)  i.... chyba jest tak, że zupełnie poważnie doceniam szczerość słonia.... przypadkowe, ale za to totalne olanie mojej osoby; w tle nieodległym, w bliskiej perspektywie mam fakt, że zaproszono mnie ostatnio na wykłady o Hłasce - skądinąd chętnie bym chyba poszła - ale zaproszono mnie od strony twarzy i poczucia obowiązku, tymczasem ja wolę i doceniam własnie tę szczerość od dupy strony. Nie że zawsze sobie perfekcyjnie z tą szczerością słonia radzę, ale wiem co z nią zrobić, bo zapewnia mi ona twardy i konkretny grunt pod nogami; z fasadą uprzejmości, no nie wiem! nie wiem, co zrobić, więc się wymiguję i wywijam, bo jestem za grzeczna i ego zadeptuje mi id.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Bogowie (reż. Łukasz Palkowski) - veni, vidi...



"Polak Polakowi to nawet klęski zazdrości"

"Nie po to jesteśmy chirurgami,żeby teraz czekać na cuda"
"Z samymi łóżkami to my możemy burdel zrobić, a nie klinikę kardiochirurgiczną."

"-Kurwa, kurwa, kurwa.... 
-Oczko!
-Co?!
-Dwudziesta pierwsza "Kurwa".
-Nosz... Kurwa...."

"-Serce nie sługa.
-To się jeszcze okaże..."


Moje nastawienie było sceptyczno-entuzjastyczne, mimo wahań (jak wszyscy idą, to czy w ogóle warto iść? - mój instynkt stadny jest od zawsze znikomy) wybrałam się i obejrzałam. To jest ciekawy film o wielkiej ambicji, brutalnej charyzmie i osobowości spektakularnej jak gotycka katedra. Tomasz Kot aktorsko - super (nagroda w Gdyni - zasłużona jak cholera), realizm życia codziennego PRLu - niewiarygodny, całość - zwyczajnie zajmująca, bez dłużyzn, bez przestojów, choć film przecież dwugodzinny. Portret Religii odbrązowiony, ale przez to rzetelny, prawdziwy, przekonujący, budzący bynajmniej nie bezkrytyczny szacunek. Wszystko bez ciężkiego jak kamień do zjedzenia patosu, w który dość łatwo można byłoby tu wdepnąć. Znakomity drugi plan i role epizodyczne (Opania, Englert, Preis, Bohosiewicz, Zamachowski), zdobią dyskretnie, ale zauważalnie film. Bardzo fajna muzyka w tle - podkręca emocje, ale nie odciąga uwagi od fabuły. Ładne obrazy, sceny, których sama konfiguracja zapada w pamięć, zatem estetyka patrzenia i postrzegania na wysokim poziomie. No i rzecz cenna w filmie biograficznym o ważkiej tematyce: wiele prawdziwie zabawnych scen rodzajowych z życia lekarzy, którzy jakby nie było kroją ludzi i jak się wydaje mają misję, a jednak pozostają wyraziście i dotykalnie ludzcy, zabawni ("Świnie są wrażliwe"), ale zarazem nikt nie robi za bazarowego klauna. Jest to jednak jeden z tych filmów, których pewnie nie pokażemy światu, bo kto to zrozumie? jest tak organicznie wrośnięty w Polską rzeczywistość lat 80. (zawiesista jak smoła kawa, fiaty i polonezy, w niepojęty sposób skrojone garnitury), nie wyobrażam sobie, by ktoś spoza Polski, ba, nawet z Polski, ale powiedzmy z pokolenia urodzonego w latach 90. w pełni zrozumiał tę rzeczywistość (układy, układziki, braki, partia, koksownie, skostniałość i konserwatyzm, znajomości i złośliwości, szarzyzna i zgrzebność, zacofanie, przesądy, ogólna niedostępność wszystkiego, sporo alkoholu). I ta mentalność, nasze narodowe wady i małości, tuż obok zalet i wielkości.... może przesadzam, nie wiem. Nie był to jednak czas zmarnowany - to wiem na pewno, kawał rzetelnego kina.

niedziela, 2 listopada 2014

pod skórą mojego miasta - galeria

Czasami wystarczy, że zniknie jakiś przerdzewiały szyld czy duży billboard i nagle okazuje się, że przeszłość jest teraz, że nie mija i nic nie jest tym, czym się wydaje. To coś zupełnie innego niż wyczyny twórców street artu, to ponadczasowy hiperrealizm, nieśmiertelność, nad którą nie czuwała i nie czuwa żadna opatrzność, a jedynie przypadek. Lubię te ślady po "kiedyś", chcąc nie chcąc postrzegam je jako sztukę i kolekcjonuję.





sobota, 1 listopada 2014

stara nekropolia w Świeciu

"czy świat umrze trochę
kiedy ja umrę?"(H.P.)



Być może tak być powinno, że zostajemy zapomniani, możliwe, że jest to naturalna kolej rzeczy. Ale ja boję się znikania. Nawet nie bycia zarośniętym mchem grobowcem, który pochłania ziemia, bo to w zasadzie mam gdzieś, ale właśnie wszystkich tych momentów znikania. Chodziłam po tym cmentarzu w środku lata i było to.... intrygująco-niestosowne i coś jeszcze, ale nie wiem co; stare groby, po których nie została nawet pamięć i ja, ciągle dość intensywnie żywa i bezczelna - nieproszony gość, persona non grata, obcy. Mimo to chciałam zatrzymać tamto uczucie, że tak ma być, że mijamy, nieznacznie, że tak jest dobrze. Poczułam ulgę. Tak było wtedy.