niedziela, 1 lipca 2018

od korzenia do zakorzenienia

biegłam dziś do pewnego korzenia, który stał się miejscem pamiątkowym, nawet nieco symbolicznym, rok temu siedziałam na nim i zakorzeniałam się - powoli i małymi krokami w nowej rzeczywistości, pies w międzyczasie skakał na główkę i byłam prawie pewna, że zrobi sobie krzywdę, ale jednak nie, ogarnęły mnie miłe sentymenty, ale pomimo tego jestem smutna, tak nostalgicznie i melancholijnie, jak to ja... ściga mnie jakiś niepokój, wszystko się zmienia


sobota, 30 czerwca 2018

motyl z wyłamanymi skrzydłami

motyla nie ma, ale znalazłam skrzydło, od razu pomyślałam "jaka szkoda..." i od razu się to we mnie wgryzło, że taka szkoda, że taka ulotność, i to jest też tak, że dokładnie tak się ostatnio czuję, że wszystko trwa mi przez chwilę i że ta chwilowość skazuje mnie na stratę, jestem niepewna i czekam, co teraz będzie, gdybym miała skrzydła, byłabym pewna, że lada moment mi je wyłamią i wyrwą, tandetny katastrofizm w skali mikro, czyli w najważniejszej z możliwych skali


piątek, 29 czerwca 2018

"(...) kiedy Bóg na nowo łamał mi życie, nie byłam jednak zupełnie zagubiona (...). Dom matki, ten dom był moją "metą" życiową" - lektury zaległe (Tomasz Mann "Buddenbrookowie")

lubię czasami wrócić do klasyki, odkleić się na chwilę od współczesnej literatury i wrócić do powieści o sto czy dwieście lat starszych: realizm w najlepszym wykonaniu, trzecioosobowa narracja z MPZ, piękne społeczne panoramy, rozmach i dokładność, z jaką opisuje się świat, obyczaje, miejsca, ludzi, cierpliwie budowana psychologia postaci, to są fundamenty współczesnej epiki, do których mam słabość i do których wracam z przyjemnością; "Buddenbrooków" kupiłam jeszcze na studiach, woziłam ich i gubiłam kilka razy, a oni ciągle czekali na przeczytanie, bo Manna oczywiście w typowy dla mnie przeambicjonowany sposób zaczęłam do "Czarodziejskiej góry" (tak jak Dostojewskiego od "Idioty", gdy miałam 17 czy może 18 lat i nie byłam w stanie ani w pełni zrozumieć, ani docenić tej powieści, za to nigdy nie czytałam "Biesów", które nieustająco mam w planach...), ale wracając do debiutu Manna, Teraz zrobił się czas na "Buddenbrooków" i przeczytałam ich z przyjemnością i podziwem, bo to jest pięknie zbudowane, to naprawdę wspaniała saga rodzinna, podtytuł brzmi "Dzieje upadku rodziny".... ale ja - choć z perspektywy całości rozumiem wymowę tej podanej już w tytule sugestii - nie do końca tak to widzę, "Buddenbrookowie" ukazują po prostu losy pewnej typowej dla swoich czasów kupieckiej rodziny, ktoś się rodzi, ktoś umiera, ktoś kogoś czule kocha, a ktoś inny skrycie nienawidzi, niektóre małżeństwa żyją długo i szczęśliwie, a inne wręcz przeciwnie, rodzą się dzieci, które przerastają oczekiwania rodziców albo kompletnie je zawodzą, czasami jest lepiej, czasami gorzej, przede wszystkim czasy się zmieniają, a ludzie wraz z nimi - zwykłe koleje ludzkiego losu, opowiedziane z uważnością i pietyzmem, mocno osadzone w XIX-wiecznych realiach, ale zarazem bardzo uniwersalne, bo takie matki, tacy ojcowie, córki, synowie, takie rodzinne relacje, uwikłania, naciski oczekiwań, tradycji, cudzych spojrzeń, więzy emocji i wspomnień - to jest ponadczasowe, a ta ponadczasowość jest podobno jedną z cech arcydzieła i jestem pewna, że nie ma także obecnie czytelnika, który by w tej sadze nie znalazł czegoś o sobie, o swoich domowo-rodzinnych specyfikach, ja w każdym razie znalazłam; poza tym bardzo podoba mi się, że swego rodzaju stałym punktem i jedną z kluczowych postaci jest pięknie zbudowana kobieca bohaterka, Antonina Buddenbrook, która towarzyszy czytelnikowi przez całą powieść, którą zna się przez to najlepiej, i która pomimo swoich wad jest postacią w swej emocjonalnej uczciwości, prostolinijności, a zarazem uwielbieniu dla rodziny i jej tradycji osobowością bardzo autentyczną i ujmującą, i... w sposób zupełnie dla niej samej nieuświadomiony i pozbawiony premedytacji jest to w swoich czasach kobieta niezwykle postępowa i z biegiem czasu coraz bardziej niezależna; podsumowując: gdybym miała powiedzieć, z jakim słowem kojarzy mi się ta powieść Manna, to pierwszym skojarzeniem byłoby "solidny" - kawał pisarskiego rzemiosła, rzetelność, porządek, ale też ładna historia o rodzinie, tragizmie i mimo wszystko pięknie ludzkich losów, tak, to była duża przyjemność ten Mann

Tomasz Mann "Buddenbrokowie"
Tomasz Mann "Buddenbrokowie"
Tomasz Mann "Buddenbrokowie"

czwartek, 28 czerwca 2018

pokemony, (nie)czułości i zniechęcenia (Pawbeats ft. Marcelina - Boję się, że...)

coś przedziwnego mi się przytrafiło i nie wiem, czy zdołam to opisać, ale jednak trzeba to nazwać, na moje własne potrzeby, żeby obejrzeć, trzeba nazwać: jestem na wakacjach, ale ich nie czuję, a wczoraj doświadczyłam tak wielkiego zniechęcenia i znużenia, że miałam wielką i jednoznaczną chęć wstać i wyjść, tak jak stoję, bez niczego, po prostu wyjechać z tych wakacji, na które dopiero co przyjechałam, wrócić do domu i nie być TU, jakby nagle i całkowicie brakło mi opanowania i cierpliwości, i jeszcze zrobiło mi się lodowato zimno, a to zawsze paradoksalnie oznacza, że spala mnie gniew wielki jak piekło... i teraz dlaczego? co mi się stało, pół nocy o tym myślałam, być może głównie to mnie zatrzymało, że musiałam przemyśleć i nazwać, musiałam zrozumieć moje impulsy... kiedyś byłam bardziej popędliwa i mniej refleksyjna, kiedyś spakowałabym się i wyjechała w jednej chwili, nie bacząc na porę i okoliczności, tylko dlatego, że byłoby mi niewygodnie i niezręcznie, ale teraz jestem już duża... teraz chcę rozumieć, więc....; 
dziewięć lat temu porzuciłam mojego męża i szybko się rozwiedliśmy, a mimo to mijały lata, a ta relacja się nie kończyła, mimo żalu, obrażeń, złości regularnie udawaliśmy, że jest fajnie, że my jesteśmy takimi fajnymi byłymi małżonkami, a przecież kompletnie mnie to wykańczało, przecież to była straszliwa nieprawda, nawet byli inni ludzie w naszych życiach, a mimo tego były mąż traktował mnie, jakbym nadal do niego przynależała, mówił do mnie zdrobnieniami i przezwiskami z naszych najlepszych czasów, z dumą komentował moje życiowe osiągnięcia słowami "moja żona, no pięknie", sprzedawał sentymentalne wspomnienia z początków naszego związku naszej córce, która potem z kolei przypominała je mnie, przekazywał mi buziaczki przez telefon, uściski, na pół ironicznie na moje krytyczne uwagi odpowiadał "ja też cię kocham"...., szukał u mnie wsparcia w swoich kłopotach i wiele, wiele innych drobnych niewygodnych, uwierających mnie gestów, które nie były same w sobie złe, ale stwarzały poczucie przynależności, podkreślały, że ta rzecz między nami trwa jak jakieś niekończące się zobowiązanie, że jego władza nade mną, prawo do mojej uwagi, posiadanie się nie kończą, są nieusuwalne, a przecież to wszystko nieprawda, ludzie nie rozstają się dlatego, że było dobrze, nie rozstają się, bo są przyjaciółmi, rozstają się dlatego, że zrobili sobie rzeczy nie do wybaczenia i nie do naprawienia (ja jemu, a on mnie, bo żadne nie było bez winy, wiadomo), ale jednak koniec to koniec, tymczasem te gesty, słowa, oceny mojego życia, do których rościł sobie prawo, wtrącanie się, opiniowanie moich dokonań i błędów przeplatane z czułością -  to była tylko władza, próba potrzymania jej i czułam się z tym bardzo źle, czułam się chora i byłam na niego wściekła, że mi to robi, ale tak naprawdę byłam wściekła na siebie, bo nie protestowałam, bo się godziłam jak cielę i nie umiałam się przeciwstawić, łatwo przecież sprzeciwić się, gdy ktoś jest niemiły, ale gdy jest za miły? o co tu się czepiać? a mimo to gardziłam sobą, że nie umiem powiedzieć: DOŚĆ, przestań, nie mów tak do mnie, nie ma już tego, co usprawiedliwiałoby te słowa, za wiele się stało, nie udawajmy, że trwa bliskość, przyjaźń, tak nie jest, ja tego nie chcę - długo mi zajęło zanim nauczyłam się to ucinać i nadal muszę to robić, i gardzę sobą za każdym razem, gdy brak mi wtedy woli i zdecydowania, bo to jest zupełnie tak, jakbym nie miała do siebie szacunku, ktoś tu mnie ogrywa, ktoś mną manipuluje, a ja się godzę, choć wszystko we mnie mówi mi, że to jest kłamstwo, że to jest zła rzecz, że mi się każdy jeden włos na ciele od tego jeży i każdy mięsień spina.... i to jest dla mnie nadal trudne, to mnie zawija na supeł, wymaga ciągłego wysiłku i odwagi; i wczoraj zobaczyłam to samo na cudzym podwórku, jak w lustrze, i to nie powinno mnie dotyczyć ani dotykać, ale dotyczy i dotyka, i było zupełnie jakby ktoś mi w pysk dał... pewna kobieta kilka lat dość perfidnie oszukiwała męża, mimo jego wyrozumiałości, miłości, gotowości wybaczenia w końcu nie tylko go porzuciła (co może się zdarzyć, czasami ludzie przestają się kochać i już, co jednak nie oznacza, że trzeba zrobić ze związku szmatę i upokorzyć partnera jak tylko się da w międzyczasie), ale zrobiła z niego sponiewieraną grudkę żalu i rozpaczy, a teraz patrzę, jak powodowana zapewne poczuciem winy, które jest usprawiedliwione i zasadne udaje jego dobrą koleżankę, okazuje mu zainteresowanie i troskę, której brakło jej, gdy kazała mu pokornie patrzeć na swoje nieuczciwości i godzić się na nie, co więcej udaje miłą serdeczną eks, zwracając się do niego czułymi przezwiskami z czasów związku... a on się godzi, nie umie się przeciwstawić, zupełnie jak ja kiedyś, zupełnie jak ja niekiedy...., patrzę na to i czuję jak mi się jakaś wielka śliska maź osadza na skórze, patrzę i myślę: OBRZYDLIWE, niby to inna sytuacja, inny związek, ale schemat jakby znany - udajemy, kłamiemy, oszukujemy, by coś ugrać, ktoś dostaje dobre samopoczucie i kontrolę nad sytuacją, a ktoś inny święty spokój, ale.... to jest przepotwornie nieuczciwe, to przemoc w białych rękawiczkach, myślę, że mój eks lubił mieć poczucie, że choćbym nie wiem co zrobiła, wszystko trwa, zawsze będzie obecny, zawsze będziemy powiązani, nawet gdybym w tej intencji odgryzła sobie nogę lub rękę, chodziło zatem chyba o władzę i poczucie bezpieczeństwa w życiu, tamta kobieta chce się dobrze ze sobą czuć, postąpiła przeokrutnie, ale teraz jest fajna, wynagradza i jakby tamtego nie było, na swoje własne potrzeby prowokuje miłą sytuację, w której nikt o nic nie ma do niej pretensji i wszystko jest darowane i wybaczone, a w oczach świata wygląda wręcz pokazowo, tylko, że to ciągle jest ta sama przemoc i egoizm, ten sam brak szacunku dla byłego partnera, i być może najbardziej uwiera mnie to, że w tym wszystkim bardziej godna nieufności i może nawet pogardy w moich oczach nie jest osoba, która to inicjuje, ale ta która się milcząco godzi, która pozwala robić sobie złe rzeczy, jakby na to zasługiwała lub co gorsza - zwyczajnie nie umiała się obronić, bo nie ma do samego siebie dość szacunku, więc ciągle myślę: czy ja zasługiwałam, czy nadal zasługuję na te gierki, skoro protest przychodzi mi z trudem? czy nie umiem siebie szanować? patrzyłam wczoraj na tę załganą cudzą sytuację i miałam niesmak w ustach, miałam ochotę wystrzelić się w kosmos, gdyż.... nie chcę, nie mogę, nie mam cierpliwości, nie jestem w stanie tego zaakceptować w moim widnokręgu ani w tym uczestniczyć, było mi fizycznie niedobrze, mogłabym wybiec i się porzygać w jednej chwili, bo to jest jakby ktoś kogoś bił i opluwał na moich oczach, i zarazem jakbym to ja była tą obitą osobą i nadal wstyd mi, że się na to godziłam w imię tchórzostwa, wygodnictwa, braku szczerości czy odwagi - i to o to chodzi, i dawno nie czułam się do życia i do ludzi tak zniechęcona jak wczoraj, tak znużona, dawno nie miałam takiego poczucia beznadziejności i straty, nie chodziło aż tak o tę cudzą historię, chodziło o mnie, o to do czego ta cudzość mnie zmusza w patrzeniu na mnie samą; a dziś pada i oglądam to wszystko w powiększającym szkle, robię mały krok w tył, uchylam się, choć plącze mi się pod nogami współczucie i czułość, patrzę na człowieka, który powtarza moje błędy i budzi to mój wstręt (głównie do mnie samej, ale nie tylko), patrzę i mam ochotę powiedzieć mu: Wybieraj, wybieraj tu i teraz i wybierz mądrze, bo nie wycofasz się ze swojego wyboru, gdy się on dokona, kim jesteś? kim chcesz być na zawsze? dogiętym do ziemi zmanipulowanym sponiewierańcem czy człowiekiem, który chce (bo wie, że na to zasługuje) uczciwości, dobrego traktowania i godności? twoje wybory cię zdeterminują, określą twoje Teraz i Potem, a to wygodne milczenie też jest wyborem, paskudnym i tchórzliwym, ale jest, wybieraj i szanuj samego siebie, jeśli chcesz być szanowany.... - chciałabym mu to powiedzieć, ale nie mówię, nie wolno, zatem tylko odwracam wzrok i przeżuwam moje zniechęcenia, poczucie daremności i bezsensu całej tej sytuacji i pogardę, którą kiedyś miałam dla siebie samej, gdy milczałam, i tak, to wszystko sprawiło wczoraj, że chciałam zwiać, że nie chciałam Tu być, a dziś nie wiem nadal, czy zostanę, bo ta (nie)czułość uderza także we mnie, nie powinna, ale tak jest, i ta gruba hipokryzja, ta płynąca z niej nielojalność dotyczy również mnie czy raczej mnie dotyka, i znowu trochę mi za siebie wstyd

poniedziałek, 25 czerwca 2018

dwie kobiety i wino

udało nam się spotkać z Martą i dobrze, brakuje mi jej, bo widujemy się ostatnio dość rzadko, tymczasem niedawno sobie uświadomiłam, że znamy się od 9 lat i prawie na pewno nikt nie wie o mnie więcej niż ona, przez te lata urosły nam nasze córki, a my dodałyśmy to i owo do inwentarza życiowych błędów i doświadczeń, w międzyczasie spotykałyśmy się, by nasze życia obgadać i udzielić sobie wsparcia, mijał czas, mijali nas różni ludzie, ale my jakoś się trzymałyśmy, czasem dalej, czasem bliżej, ale trzymałyśmy się i nie raz myślałam, że nie wiem, co bym bez niej zrobiła, nawet w kwestiach banalnej domowej logistyki, bo przecież nie raz mnie i tu ratowała, a teraz Marta wyjeżdża do innego miasta i myślę, że to koniec pewnej epoki i że to sporo zmienia, lubiłam ją mieć w okolicy, nawet gdy się regularnie nie widywałyśmy, i tak - mam poczucie straty, ale może dla niej to będzie dobrze, taka zmiana, wyprowadzka, mam nadzieję, za to właśnie piłam wino


sobota, 23 czerwca 2018

urodzinowe zamówienie

w ramach realizacji urodzinowej listy życzeń w kuchni się działo... powstały bułeczki cynamonowe na wyłączny użytek solenizantki (a że nadzienie spaliliśmy, to trzeba było lecieć po cynamon i masło sprintem, żeby naprawić, więc pieczenie z przygodami było) oraz chlebek ziołowy na użytek wszystkich ucztujących, w tym także solenizantki, powoli te dwa wypieki stają się tradycją i specjalnością naszej kuchni... poza tym była to niespieszna sobota z tych ulubionych, podczas której działo się to, co zwykle, czyli niby nic, a przecież działo się wszystko, co lubimy, a w tle wspólnotowo oglądana bajka o trollach, na którą oczywiście wszyscy jesteśmy już o wiele za duzi, ale i tak się śmialiśmy, i tak oglądaliśmy

czwartek, 21 czerwca 2018

13

dziś ma znaczenie tylko to jedno - zaczynamy świętować urodziny, które co roku uważam za nasze wspólne święto i wspólny sukces, co roku traktujemy to jako wspólną radość