wtorek, 12 grudnia 2017

chropowatości (Agnes Obel - Dorian)

"jest mi chropowato" - napisałam, bo było mi chropowato i tak mi tamto cudze zdanie wówczas wybrzmiało, więc powiedziałam o tym, bez większego oczekiwania, że ktośkolwiek podziela odczuwanie tego typu faktur słów, tego samego dnia "Dorian", który miękko się leje, ale tam też o chropowatości jest, nagle uświadomiłam sobie, że jest tego dużo ostatnio, to znaczy tego typu faktur w powietrzu, i może to nadal listopad, może taki klimat się zrobił? jednak czasami z tego powodu naprawdę nie chce mi się z nikim gadać, a przede wszystkim nikogo słuchać


Oni nie dowiedzą się, kim jesteśmy
Więc oboje możemy udawać
To jest zapisane na górach
Wers, który nigdy się nie kończy

Gdy diabeł przemówił rozlaliśmy się na podłodze
I części się złamały i ludzie chcieli więcej
I chropowate koło zatacza kolejną rundę

poniedziałek, 11 grudnia 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek - fioletowa w kiosku

sezon na rękawiczki w pełni, tę ktoś zgubił w kiosku, w którym odbierałam moją nową sukienkę, trudno ją było pominąć (JĄ, czyli rękawiczkę, a nie sukienkę, choć sukienka oczywiście też jest niepomijalna), bo to jest taka jarająca fioletowa różowość, która opalałaby pewnie trawę na poboczach parkowych ścieżek, gdyby nie to, że już nie ma żadnej trawy do opalenia... i mogłabym też opowiedzieć o konferencji, na której byłam, ale w sumie to nuda, więc ją pomijam, po prostu jest poniedziałek i trzeba go przetrwać - widziałam różową rękawiczkę, mam ładną sukienkę, niezmiennie nie znoszę poniedziałków i to wszystko


niedziela, 10 grudnia 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek - piękna skórzana na choince

rękawiczka przepiękna, z czarnej skory, błyszcząca, taka zguba to prawdziwa, wymierna strata, o taką zgubę można mieć do losu żal, pewnie ktoś miał go zresztą, mnie jednak od tej rękawiczki zawieszonej na marketowej choince absurdalnie zawiało świętami, być może świętami w wersji komercyjnej i kiczowatej, bo (jak rany) cóż to za  "specyficzna" choinka?..., ale jednak, klimat się zrobił, nie wiedzieć z czego ani skąd, a może to zaledwie ten śnieg za oknem?.... a może moje sentymenty? w sumie nieważne, jest przypływ




sobota, 9 grudnia 2017

wielkie płakanie ("COCO")

wybraliśmy się na bajkę, która pięknie oswaja śmierć, choć nie jest pozbawiona smutku, Mała Mi w scenach finałowych ryczała jak bóbr, a i ja trochę popłakałam, a przecież koniec w sumie był dobry, można by go nazwać... "i żyli i nie żyli długo i szczęśliwie", podoba mi się taka tradycja, w której pamięta się o odchodzących bliskich i to wystarcza, aby istnieli i pozostawali obecni w życiu rodziny, co więcej jest to pamięć pełna ciepła, radości i pozytywnych emocji, tak jakby nawet śmierć była pełna życia i chyba dzięki takiemu podejściu trochę jest, do tego oczywiście piękne kolory, cudowna animacja, wspaniała muzyka, czyli w sumie prorodzinna, a przede wszystkim proludzka bajka, piękna rzecz w grudniu, który nadal jest jeszcze mroczny i przytłaczający jak listopad; jedliśmy popcorn i lody, płakaliśmy przy bajce, śmialiśmy się, byliśmy razem, i to był dobry czas, dobry dzień, to jest dobre życie, które trwa

piątek, 8 grudnia 2017

kwestia światła

idę przez miasto, szybko idę, bo to piątkowy wieczór, idę raczej krokiem z tych sprężystych i dość wesoło, przez deptak, przez miasto, migają już wszędzie dekoracje świąteczne, nawet przeokropnie badziewna w świetle dnia konstrukcja zainstalowana w fontannie zyskuje nocą jakąś magię, normalnie inny świat, w oddali niebieska choinka, która przy świetle słonecznym jest paskudnym plastikowym potworkiem, a teraz proszę.... lśni błękitem... wszystko to jednak jest prawie nieważne, gdy idę przez miasto, idę po skarb, równie szybko szłabym w dzień, we mnie i dla mnie noc niczego nie zmienia, ale i tak miło tak iść wśród tych światełek, dzięki nim wszystko jest Bardziej


czwartek, 7 grudnia 2017

zupa cebulowa, czyli za co lubię Angie?

W tym roku wyrastam na mistrzynię zup, tak wyszło i przyznam, że nawet mnie to czasami odpręża, cała ta kuchenna alchemia, choć nadal też bronię mojego stanowiska wypracowanego przez lata, że w zasadzie nie znoszę gotować, czasami jednakowoż.... znoszę, dziś była autorska wersja zupy cebulowej, przy krojeniu odświeżająco spłakałam się jak bóbr... ważniejsze było jednak potem, chwila gadania z Andżeliką

- Zrobiłaś wczoraj tę zupę?
- No. Trochę pracochłonna, ale fajna jest.
- Ale czemu taką trudna robisz, nie łatwiej zwykłą pomidorową?
- Pomidorowa jest za nudna.
- Ja to ostatnio z soczewicy, też dobra wychodzi.
- A cebulowej nie chcesz spróbować?
- Nie, wolę nie...
- Ale czemu?
- Bo ja...nie lubię cebuli.

I za to lubię Angie, za szczere zainteresowanie i życzliwość, nawet w sprawach, które nie są jej po drodze i które teoretycznie wcale jej nie interesują.


środa, 6 grudnia 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek - robocza paskuda w deszczu

zjada mnie czarny smutek, bo nie ma słońca i jest dopiero środa, więc oglądam się za siebie, przypominam sobie, jak padało w tamtym tygodniu, kiedy jeszcze dogasał listopad i jak znaleźliśmy rękawiczkę


I znowu odbywamy ten sam dialog o estetyce, a przecież piękne jest nie tylko to, co piękne, ale też brzydkie bywa piękne, co powszechnienie wiadomo, co jest trywialnie oczywiste.
- Weź ja zostaw, pada.
- .....
- No chodź....
- Czekaj...
- Ale ona nie jest ładna, to zwykła robocza...
- Co ty tam wiesz, piękna jest.