niedziela, 18 czerwca 2017

dzielna dziewczyna ("WONDER WOMAN")

Jako że Mała Mi przekroczyła Rubikon 12 lat żywota, wybrałyśmy się na film z ograniczeniem wiekowym od 12. roku życia, film dość dowolnie interpretujący mitologię grecką, ale ok... nie czepiamy się... jest to bajka o superbohaterze, superbohater jest superbohaterką, więc jak najbardziej każdej kobiecie robi się fajnie, że i owszem kobiety mogą ratować świat, a do tego w międzyczasie wyglądać zjawiskowo, krwi ani kropli, choć sceny walki takie, że wióry lecą, w sumie bardzo fajna, efektowna historyjka, która obejrzałyśmy z przyjemnością, nawet jakieś wartości tam były, że pokój na świcie, że miłość, że lojalność i pomoc słabszym ma sens i inne takie... ważne są. Fajnie było, głównie dlatego, że ja i Mała Mi byłyśmy tam razem, a potem poszłyśmy jeszcze po książkę... jakaś "Niezgodna" czy coś... i tyle ją widziałam, zaszyła się Mała Mi w swoim pokoju, a Wonder Mama siedzi i je suszone borówki na pocieszenie.

sobota, 17 czerwca 2017

deszczowe dobre dni

to był przecież dobry dzień.... ale gna mnie mój jaskółczy niepokój o niedookreślonych źródłach, o parapet bębni mi deszcz, celebrujemy urodziny Malej Mi, jakiś basen był, waniliowe lody, mnóstwo bajek, a przecież mimowolnie odpływam myślami... wszędzie i uwiera mnie coraz mocniej moja kruchość, ale może to tylko ten deszcz... jestem niepewna i czuję się niepewnie, waham się, jak nie ja, a przecież wszystko jest aż nadto jasne;

w lesie tymczasem jagody... powoli już są...



czwartek, 15 czerwca 2017

magia cynamonowych bułeczek

nie umiem gotować, no tak, nie umiem i już, ale dawno temu ciasto drożdżowe prawie zawsze mi się udawało i robiłam je z przyjemnością, bo drożdże pachną domem i życiem, pamiętam też dość wyraźnie, kiedy przestałam to robić, jak prawie niedostrzegalnie z miesiąca na miesiąc gasła mi ta chęć do robienia ciasta drożdżowego, aż zaprzestałam tego zupełnie, kiedy to było? 12 lat temu? może nawet 13? chyba jakoś tak, mniej więcej... a wczoraj po prostu spróbowałam i od razu się udało, cały dom pachniał drożdżami i cynamonem, Mała Mi była zachwycona, a ja miałam błogie poczucie szczęścia, które zawsze sprowadzał na mnie zapach drożdżowego ciasta, skąd mi się to wzięło? myślę o tym dzisiaj, kiedy po moich cynamonowych bułeczkach z ciasta drożdżowego zostało już tylko wspomnienie, uśmiecham się pod nosem do całej tej drożdżowej magii, która gdzieś tam sobie we mnie przetrwała, no kto by pomyślał, że będzie aż tak?


środa, 14 czerwca 2017

coś czego nikt nigdy dla mnie nie zrobił aż do dziś

tysiąc razy w moim życiu czekałam na kogoś, kto czasami stanie w mojej obronie, nie żeby bardzo i na noże, ale tylko tak trochę, kiedy spotyka mnie paskudność czy niesprawiedliwość, żeby był ktoś, kto powie "nie" i już, to by mi wystarczyło, umiem się uchronić, umiem przetrwać, ale to małe cudze "nie", świadczące po prostu o tym, że poza samą sobą mam kogośkolwiek jeszcze, to było to, na co czekałam zawsze daremnie, kiedy moi rodzice tysiąc razy naruszali wszelkie granice, nie było nikogo, kto powiedziałby "dość, musicie przestać, tak nie wolno", być może raz jeden moja matka zrobiła dla mnie coś takiego trochę, może, ale poza tym, nikt..., to ja zawsze byłam tarczą dla świata, za moimi plecami się chowano, ja mówiłam "dość", ja się przeciwstawiałam lub pomagałam uciekać, nawet w tych okrutnych rozwodowych czasach, to ja byłam tą, która w końcu się wściekła i powiedziała "wystarczy", ale czy ktoś wtedy stał naprawdę za mną? nie czułam tego, nawet mama czy brat czynili to bez przekonania i głównie z poczucia obowiązku, i także potem, kiedy nadal nie umiałam przeciwstawić się mojemu ulubionemu byłemu mężowi, kiedy zwyczajnie się go obawiałam, czekałam, że B., który wówczas przecież mnie kochał, powie "dość", ale i on nigdy tego dla mnie nie zrobił, nawet raz, może to zresztą moja wina, może zawsze byłam zbyt samodzielna, samosiowata, wierzono w moją siłę, nie dowierzano temu, że mogę mieć słabości, a jednak... całe moje życie czekam, na kogoś, kogokolwiek, kto w mojej obronie powie "nie" światu, kimkolwiek by ten świat był i... to DZIŚ, dziś jest ten dzień, w którym ktoś zrobił to dla mnie, ktoś bez nadziei na sukces, bez własnych korzyści, stanął po mojej stronie, żeby mnie uchronić, żeby zaprotestować i pokazać, że nie można potraktować mnie nieładnie bez jego sprzeciwu... i może dlatego mnie to wzrusza i rozbraja, dlatego jestem rozłożona na łopatki, bo moi uczniowie, wiedząc, że bez pytania mnie o zdanie czy szansy wyboru samowolnym, despotycznym, a nawet złośliwym ruchem moja Dyrekcja przesunęła mnie jak mebel do innej szkoły, zabierając mi klasy, które pokochałam i pozbywając się mnie, bo wyrosło mi własne zdanie, moi uczniowie...... napisali list, prawdziwą laurkę o mnie, że proszą, żebym została, zwyczajnie dlatego, że mnie lubią, że moje lekcje są ciekawe, że mi ufają, że jestem sprawiedliwa, że uczę ich z pasją i motywuję i moje odejście będzie dla nich stratą, podpisało się sto osób, czyli z moich klas w zasadzie prawie wszyscy.... wysłali to do Dyrekcji, co jest pewnie piękne i daremne, ale byli też na tyle sprytni, by wysłać to do Urzędu Miasta i do Kuratorium, może zatem będzie z tego awantura, może znowu to ja za to zapłacę i padnie wiele paskudnych słów, ale.. i tak było warto, bo właśnie dziś stało się to, czego nikt nigdy dla mnie wcześniej nie zrobił, dziś ktoś powiedział "nie", gdy spotkało mnie coś niesprawiedliwego, a ja długo na to czekałam, nieważne jak to się skończy, wystarczy mi w zupełności ten gest... były też kwiatki...


wtorek, 13 czerwca 2017

układanie do snu (Woodkid i Lykke Li "Never Let You Down")

zasypiam popołudniami, zatrzaskuje mi się cały świat i zasypiam, nie ma mnie, totalna nieobecność, od dłuższego czasu już tak mam, prawie codziennie, niespecjalnie się temu opieram, widać coś we mnie tego potrzebuje, lubię spać, lubię ten stan niebytu, który na chwilę mnie resetuje i wszystko umie zawiesić w próżni, na chwilę unieważnić, napisałam dziś list - notatkę, pełna wahań, ale napisałam, i to było jednak fajne bardzo, w szkole mnóstwo pożegnań, bez przerwy, za moimi plecami podobno krążą jakieś uczniowskie petycje w mojej sprawie, miłe petycje, laurki dla mnie, co jest równie urocze i wzruszające, co daremne, ale nie umiem tego nie doceniać, przedziwny czas trwa teraz, cały ten łańcuch zmian, które zaczęły się dwa lata temu, może nawet wcześniej, zagęszcza się i ciągnie mnie do jakiegoś finału, którego nie umiem przewidzieć dość dokładnie, więc zasypiam; dziś w tle Lykke Li, na pętelce, a ja spałam i spałam, ponad godzinę

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Dlaczego oglądam takie sobie "Perswazje" z 1995?

Moje uciekanie do Jane Austen i spółki (siostry Bronte i E. Gaskell) ma oczywiste inklinacje, po pierwsze mam słabość do tego świata i porywa mnie jego dyskretny urok, lubię te powieści, lubię ich ekranizacje, po drugie odklejają mnie one od świata, co bywa potrzebne, by złapać balans i dystans. Zaskrzeczało mi serce, głośno i wyraźnie, i już, myk do starej dobrej Jane. Słaba jest jednak ta wersja "Perswazji" z 1995 roku, może dlatego też nie do końca mnie porwała, ale ostatecznie... przekartkowanie Mansfield Park, nawet pobieżne zrobiło swoje. Tylko właśnie "dlaczego?" tym razem zwiałam do Jane? No... oczywiście, że dlatego. Właśnie dlatego. Przecież wiadomo. Ja to wiem i Jane to wie, nie będziemy się ściemniać. Za długo się znamy.

niedziela, 11 czerwca 2017

najbrzydszy guzik na świcie

znalazłam guzik, brzydki i zadeptany, guzik z przeszłością, nic tylko go wywalić, ale nie wywaliłam, zabrała go ze sobą, dorzucę go do innych guzików, bo może właśnie to jednak było po coś, ten guzik i cała reszta