czwartek, 19 października 2017

słodycz i rozpusta

przybyła do mnie niesamowita czekolada, mleczna, przepyszna ze słonym karmelem, więc pochłonęłam ją w zasadzie od razu, niezwykle rzadko decyduję się na tak drastyczny krok, ale... no cóż... nie oparłam się, czekoladzie towarzyszył marcepan, ale został oszczędzony, bo dosłodziłam się tą czekoladą jak rzadko, czekoladzie towarzyszyło także wiele słów, na które oczywiście jakoś tam czekałam, więc jadłam, pisałam sobie i jadłam, i zapijałam białym winem, taka rozpusta przy czwartku... a przecież  jeszcze wcześniej ciasto od Gosi i przedobre ptysie.... i winogrona.... w sumie wyjątkowo słodki czwartek, takim warto go pamiętać


środa, 18 października 2017

czas, o którym marzyłyśmy ("Pierwszy śnieg")

Przez wiele lat, w ciągu których Marta i ja wychowywałyśmy nasze córki często marzyłyśmy o momencie, w którym będą dość duże, by zostawały same, umawiałyśmy się, że wówczas my  zaczniemy chodzić do kina, do teatru, gdziekolwiek tylko we dwie, ten czas powoli nadciąga, nagle okazuje się jednak, że często jesteśmy zbyt zmęczone innymi sprawami, aby z tegoż czasu korzystać, ale czasami się udaje, czasami korzystamy i dziś byłyśmy w kinie, dwie kobiety w wieku okołobalzakowskim bez córek, bo te już jakby chcą nas mniej... a film... niezły, Fassbender boski, dla niego warto było iść, ładne plenery, intryga zawikłana, bo wielopoziomowa, ale jakoś głupio prowadzona, znowu reżyser, który uznał, że robi film dla idiotów i ciągle odbiorcy podpowiada psując klimat i napięcie, fabuła ma ślepe zaułki, które nie zostały dokończone, muzyka nie porywa, za to zdjęcia i owszem, sceny morderstw drastyczne, ale nie pozbawione sensu, nie jest to bezrozumne epatowanie przemocą, na drugim planie Val Kilmer, mało piękny, bardzo stary, zmęczony i zniszczony, przefatalnie zdubbingowany, oprócz niego świetna Charlotte Gainsbourg, do której mam słabość od czasów jej kostiumowej roli w "Dziwnych losach Jane Eyre" i uważam, że jest cudowną i niedoceniona aktorką, w sumie... film poprawny, ale przeciętny, nie ma w nim tego, co najważniejsze w kinie psychologicznym i thrillerze, czyli napięcia emocjonalnego, finał wypada płytko i jakby nie wiadomo skąd się bierze, gdzieś w scenariuszu i prowadzeniu opowieści jest skucha, mimo wszystko... fajnie było iść z koleżanką, bez dzieci... taka nowa i nowo odkrywana wolność

wtorek, 17 października 2017

dwa bajkowe buty

lubię rzeczy absurdalne i bez przyczyny, które sprawiają, że jakby rozdzierała się rzeczywistość, niepokoi mnie to i ekscytuje jednocześnie, bo nagle dzieje się coś innego, dziś znalazłam buty, dwa czarne kobiece botki, ustawione w parze, ładnie, jakby jakaś XIX-wieczna grzeczna dziewczynka (aż się prosi powiedzieć pensjonarka) ustawiła je w swoim panieńskim pokoju tuż przy łóżku, ale te nie stały wcale przy łóżku, tylko przy krawężniku, lekko ukryte w żywopłocie i osłonięte trawą, ładnie sobie stały, jakby czekały na właścicielkę, która już zaraz przyjdzie, jakby bawiły się z nią w chowanego, czyste, oczekujące na włożenie i spacer botki, i nie wiem po co one tam są ani nie wiem jak, nie wiem dlaczego ani skąd przybyły, zresztą nie muszę tego wiedzieć, ale pomyślałam, że strasznie te buty fajne są w swoim bezzasadnym staniu w miejscu, w którym nikt się ich nie spodziewa i w którym nikt zapewne na ich obecność nie czeka, ich wyczekiwania to nie narusza i jest w tym bajka, jest w tym Coś



niedziela, 15 października 2017

przypadkowi czytelnicy

jechałam dziś i czytałam, obok mnie Mała Mi też wtopiona w kolejną część Eragorna, zwykle tylko my czytamy, ludzie okoliczni, współpasażerowie zwykle siedzą w telefonach, prowadząc tam zapewne jakiś inne alternatywne życie... ale dziś nie, dziś czytelników było więcej, w dodatku każdy skupiony na swojej lekturze, myślę, że jest to rzecz warta odnotowania i dodam tylko, że nie wszystkich udało mi się ustrzelić, była też śliczna młoda dziewczyna, która wsiadła z Poświatowską w ręku, ale skończyła na Orwellu, brodaty chłopak, na oko student, który przez bite dwie godziny walczył z podręcznikiem do genetyki, a potem przerzucił się na "Poradnik wędrowca"... czytają  jednak ludzie i fajnie, i jakoś pomyślałam, że to chyba dobrze dla świata i dla nich samych, Mała Mi była najmłodszym czytelnikiem, a ja nie byłam najstarszym, co traktuję jako wartość dodaną


 

sobota, 14 października 2017

surrealistyczna jesień

dziś jest dzień autentycznej złotej polskiej jesieni, zatem spacer - ciągle towarzyszyło mi nieodparte wrażenie pewnego nieprawdopodobieństwa życiowego, bo mnóstwo słońca, kolorów, totalny surrealizm ściekał po świecie, na wielu płaszczyznach, bo widzę i patrzę i wiem, ale żeby aż tak? ale niech tak będzie myślę sobie, niech się dzieje, jestem, uczestniczę, współtworzę tę jesień, taka widać miała być




piątek, 13 października 2017

tęcza i kwiaty bez jednorożców

przyłapałam tęczę na podłodze i z automatu uznałam, że to dobry omen, nie dociekałam nawet, co tę tęczę zrobiło, zamiast tego wybrałam się do ogródka kompulsywne sadzić kwiatki: tulipany, hiacynty, przebiśniegi, krokusy i szafirki, było mi świetnie, oby tylko przetrwały zimę i na wiosnę się pokazały, dorzuciłabym jeszcze narcyzy i żonkile, ale to może innym razem, teraz ironicznie myślę sobie - tęcza, kwiatki, no jeszcze pojawią się jednorożce i będzie jak w ckliwej kreskówce o My Little Pony... jak widać nie jestem w szczytowej formie jeśli chodzi o skuteczny ironiczny dystans..., no cóż, to był po prostu strasznie fajny dzień, nie da się go obskrobać z tego całego słońca, radosnego grzebania w ziemi i ogólnej fajności, nie da się i chyba nie trzeba, jadłam lody karmelowe, w ogóle dużo dobrego jedzenia było... pies oszalał biegając wśród liści, "jest dobrze" - myślałam sobie, po prostu "jest dobrze"...


czwartek, 12 października 2017

"(...) krew nie woda, co wie każdy, kto próbował obu." (M. Atwood "Ślepy zabójca")

Dawno temu kupiłam tę powieść Atwood, bo jeszcze gdzieś na studiach, może nawet wcześniej, dość wcześnie by kilka lat leżała na strychu, na którym pogryzły ją trochę myszy, a potem ją odzyskałam, zabrałam z licznych życiowych zgliszczy, bo to Atwood i ładne wydanie mimo wszystko, także przez te ostatnie lata w Zielonej Górze leżała i czekała na mnie i chyba dobrze się stało, tytuł każe się spodziewać taniego melodramatyzmu lub równie niewyrafinowanej sensacji, a tymczasem jest to świetna postmodernistyczna powieść obyczajowa i być może rozumiem ją w pełni dopiero teraz, nie wyobrażam sobie, że czytam ją jako 20-latka i że ona rzeczywiście w pełni dla mnie Znaczy. Narratorką i kluczową postacią tej..  no w sumie sagi rodzinnej jest stara kobieta, która opisuje dzieje rodziny, może nie brzmi to porywająco, brzmi jak coś co już było, ale jest to rzecz genialnie napisana, ta perspektywa starości, która rzuca cień na wszystko, w tle nieusuwalne i zmienne znamię czasów, specyfika konstrukcji, bo w tej powieści ukryta jest druga zupełnie osobna powieść, do tego pomysł z wklejeniem wycinków z gazet, które mówią jednocześnie wszystko i nic o historii powolnie wymierającej rodziny, wchodziłam w ten świat z wahaniem, bo nie mogłam się w nim połapać, ale jak już mnie wchłonął, to nie mogłam przestać, do tego jest to też zwyczajnie piękna proza, bardzo kobieca w metaforyce i sensualnym postrzeganiu świata, bardzo dosadna i wiarygodna w warstwie psychologii, no świetna powieść.

Margaret Atwood "Ślepy zabójca"

Margaret Atwood "Ślepy zabójca"

Margaret Atwood "Ślepy zabójca"

Margaret Atwood "Ślepy zabójca"

"Nie zrozum mnie źle. Nie naśmiewam się z dobroci, która jest o wiele trudniejsza niż zło, a równie skomplikowana. Po prostu czasami trudno ją znieść."