wtorek, 31 stycznia 2017

Polska w brudnym zaułku

pojechałam do Wrocławia, i już, chodzę sobie po mieście, po brudnych kamienicznych podwórkach, czasami nie ma tam nic, czasami coś jest, czasami boję się trochę, ale chodzę, patrzę, szukam, robię wszystko, żeby się nie zgubić i na jednej ścianie znalazłam Polskę, i nie wiem nawet, czy to street art, bo w sumie rzeźba przestrzenna, zwyczajnie jakoś nie wiem, ale... no jest w tym coś, zwłaszcza teraz, w tych czasach, w tym momencie, w tych wydarzeniach, które są, stałam aż zaczęły przemakać mi buty





poniedziałek, 30 stycznia 2017

sama przyszła (Youth - Daughter)

piosenka, która sama przypełzła do mnie nie wiem skąd, ale w jednej chwili, od pierwszych słów i dźwięków mnie opętała, i co? i pętelka, słucham, chodzę w jej rytm, dawno już tak nie było, że coś przyszło i zmieniło mi rytm kroków i rytm myśli, być może chodzi o moje ostatnie przewrażliwienie...i o to, że nie mogę jakoś przestać się w nim pogrążać, trochę to praca, trochę wiadomo - inne rzeczy, trochę to ja sama, oczywiście; więc po prostu słucham jak opętana piosenki o katastrofie, której się obawiam, jak przedapokaliptyczne czujne zwierzę, no właśnie na to wychodzi


I jeśli oddychacie, to szczęściarze z was
bo większość z nas rzęzi zniszczonymi płucami.
Wzniecamy ogień w naszych wnętrzach dla zabawy,
kolekcjonując imiona kochanków, z którymi nam nie wyszło.
Kochanków, z którymi nam nie wyszło. (...)

I jeśli krwawicie, to szczęściarze z was
bo większość z naszych uczuć jest martwa i zapomniana
Wzniecamy ogień w naszych wnętrzach dla zabawy,
Kolekcjonując zdjęcia z powodzi, która zatopiła nasz dom.
Powodzi, która go zniszczyła. (...)

I jeśli jesteś zakochany, to jesteś szczęściarzem,
bo większość z nas jest przez kogoś rozgoryczona.
Wzniecając ogień w naszych wnętrzach dla zabawy
aby odciągnąć nasze serca od wiecznej tęsknoty za nimi,
lecz ja zawsze będę za nim tęsknić.(...)

niedziela, 29 stycznia 2017

ciche "wow" (S. Twardoch "Król")

czytając, myślałam ciągle, że "Drach" podobał mi się bardziej, nadal tak myślę, nie zmienia to faktu, że "Król" do powieść bardzo dobra, oczywiście jak zawsze ma ona genialne tło historyczne (koniec XX-lecia), świetną psychologię postaci, budowaną każdym słowem, wspomnieniem, decyzją, jest też mroczna metafizyka czyhająca poza rzeczywistością, być może tę powieść wyróżnia z utworów Twardocha po prostu to, że jest ona w sumie przede wszystkim o jednym człowieku i o tym, jak go przemieliło życie, a nie o losach rodziny, ludzkości czy świata w ogóle, tutaj najważniejsza jest jedna osoba, jej los, jej decyzje, jej emocje, postać, w której można się zakochać, której cierpieniem można się zachwycić, można je czuć, jest to powieść zaskakująca, niby grająca realistyczną konwencją, w którą jednak powoli pisarz wplata serię zaskoczeń, mistykę, gorzki posmak krwi i śmierci, której na kartkach tej opowieści nie brak, miłość, nienawiść, tysiąc skomplikowanych, ale niesamowicie wiarygodnych  relacji, czytałam ją długo, ale też zapamiętam na długo, "Król" to mocna rzecz, nawet jeśli globalnie wydaje się to najsłabsza z powieści Twardocha, to i tak jest to bardzo mocne, dobre, robi wrażenie jako obraz i nie można tego nie przeżywać, ja przeżywam, patrzę na skończoną powieść i mam ciche, niepodważalne "wow..."

S. Twardoch "Król"

S. Twardoch "Król"

sobota, 28 stycznia 2017

a w Koninie bez zmian

jestem zdezorientowana i zagubiona, emocjonalnie jest to dla mnie czas bardzo skomplikowany i z trudem ocalam w nim swoją równowagę, ledwo łapię swój zwykły balans, więc co? więc pojechałam do mojej Stwórczyni, pojechałam do domu, bo dom zawsze jest tam, gdzie czeka na nas matka, przyniosło mi to pewną odmianę, pozwoliło złapać dystans, pogadałyśmy jak kobiety, matka i córka, ale także po prostu kobiety, towarzystwo mojej matki zawsze sprawia, że cała moja miękkość wypływa na powierzchnię i chce mi się tylko siedzieć i płakać, jak wtedy gdy byłam mała, siedziałam i ryczałam prawie bez powodu, ona nigdy nie wiedziała do końca czemu, ale i tak mnie przytulała i to wiele naprawiało, teraz nie płaczę, od dawna, nie wiem nawet dlaczego, teraz też nie płakałam, może to z powodu obecności Małej Mi, udaje przy niej zawsze najdzielniejszą z dzielnych, ale jakoś jest mi lepiej, mama się zawsze mną opiekuje, niby tego nie potrzebuję, ale i tak to przecież miło, jakoś mnie to roztkliwia, siedzimy zatem w Koninie trochę, może nie umrę, może się tu jakoś uratuję; byłam zupełnie zaskoczona tym, że dworzec PKP nie zmienił się wcale, pomalowali go z zewnątrz, ale środek jest ten sam [to trochę jak ja w sumie], odbyłam podróż do kilku nastoletnich wspomnień... śmieszna rzecz, jakie sceny pamięta się po latach, jakieś beznadziejne siedzenia, i wyczekiwania na pociąg, bo Poznań, bo studia, spotykanie się z Leszkiem, który był dla mnie za świetny, ale i tak mnie chciał, ciągłe wyjazdy do moich licheńskich znajomych, niekończące się rozmowy z Michałem i ciężkie spojrzenia jego matki gdzieś po drodze, tysiąc przesiadek w drodze do szkoły muzycznej, bieganie przez tory do Kaśki latem.... tysiące slajdów, w większości fajnych





piątek, 27 stycznia 2017

wieczorem w dworku oraz wyrazy niechęci


wyjazdowa impreza nauczycielska, towarzystwo przetrzebione, bo grypa, dworek, bardzo ładny, rzekłabym dworek - ekskluzywny, pyszne jedzenie, dyskretni kelnerzy, zastawy, światła, dekoracje, piękne miejsce, Dwór w Kolesinie, gdyby nie to, że zajechaliśmy tam nocą przeszłabym się po okolicy badać teren, a tak utknęłam na sali zdaje się balowej i w sumie co? aaa, no jeszcze był DJ, pełen nieproporcjonelnie dużego względem reszty ucztujących entuzjazmu, taki Spidi Gonzales na ekstasy, starał się w każdym razie, a ja po raz kolejny przekonałam się, że zabawy w grupie i podnoszenie rączek i nóżek na komendę to czynność, która mnie przerasta, no nie dałam rady, schowałam się z kieliszkiem wina za stołem i starałam się być obecna, ale odpływałam myślami, być może nawet wyszłam na gbura, bardzo być może, podobało mi się stłumione światło, i jego połyskiwanie, dzięki niemu wszystko wyglądało jak film, jakby było nierealistyczne i przydarzało się komuś innemu - dziwny wieczór, nie żeby coś się stało, po prostu ja czułam się przedziwnie

*****

ktoś ostatnio wysyła mi komentarze do postów, które jak sadzę w zmierzeniu mają mnie zranić albo co najmniej urazić, strasznie złą kobietą jestem w tych komentach, każde moje słowo zostaje użyte przeciwko mnie, jest to więc jak sądzę, jakaś rzecz osobista, stąd też łatwo się domyślić, kto jest ich autorem, pozdrawiam go zatem serdecznie i ze smutkiem;

czwartek, 26 stycznia 2017

odstrasza mnie strach

osobność jest bezpieczna i ciężko się z nią rozstać, odstrasza mnie od tego gestu sam strach, przecież nasze ludzkie historie nie kończą się dobrze, kończą się stratą, kończą się rozstaniem, wszystkie bez wyjątku kończą się mniej lub bardziej definitywnym NIE, paraliżuje mnie zatem czysto potencjalna możliwość żalu, sama obawa jak bardzo mógłby mnie on spopielić - kiedyś, jakoś, skradam się nie dowierzając własnym krokom, nierzadko nie ufając samej sobie, rozglądam się czujnie jak więcej niż zdziczałe zwierzę, jestem sama sobą zaskoczona, że aż tak, że jestem aż taka, że taka się stałam; dziś moja koleżanka, starsza znacznie ode mnie (a rzeczywiście mam zwyczaj uważnie słuchać starszych kobiet) mimochodem wciągnęła mnie w osobistą rozmowę, zaczęło się od jej wnuków, a skończyło na zaskoczeniu w stylu, "jak to możliwe, że ty nikogo nie masz? naprawdę? powinnaś mieć, człowiek nie jest stworzony do życia w samotności", Anka oczywiście ma rację, być może to dlatego wykręciłam się sianem od dalszej rozmowy - nie mam czasu, nie umiem, nie chcę, takie tam.... przede wszystkim nie mam czasu, bo praca, bo Mała Mi, wiadomo, czas - mój ulubiony wykręt, ale tak naprawdę chodzi tylko o nieufność i strach, bo przecież poznałam ciekawego mężczyznę i co? i nic, i wszystko, oprócz wzajemnej fascynacji widzę między nami czujność i niepokój, asekuracyjny rozsądek i chodzenie po krawędziach, całkiem blisko, ale byle nie za blisko, odstrasza mnie strach produkowany przez nas oboje każdego dnia i nie wiem, co z nim zrobić, więc nie robię nic, strach wymienia się przecież tylko na strach, a zaufanie na zaufanie, jestem idealistą, który nie sięga do własnych przeświadczeń, a przecież... no właśnie, a przecież....

środa, 25 stycznia 2017

musisz przestać

jestem zagubiona ostatnio, pogadałam więc z Silk, która jak zawsze zimą jest kompletnie niechętna do współpracy, ale... zrobiła dla mnie wyjątek, opowiedziałam jej wszystko, zwłaszcza to, czego nie da się do końca wyrazić wprost, nie da się zracjonalizować, całe to mojej wewnętrzne przeświadczenie, moje poczucie emocjonalnego dysonansu, z którym borykam się od kilku dni, strzepując go z siebie jak kurz, rzecz w tym, że nie mogę dłużej udawać, że tego dysonansu nie ma, coś jest nie tak, jest jakaś odmiana, która coraz mocniej mnie uwiera, która mnie przestrzega, Silk spojrzała na mnie, tak jak to ona, zawsze wiem wówczas, że mnie naprawdę widzi i powiedziała tylko: - Dość, musisz przestać, musisz się zatrzymać - a ja wiem, że ma rację, po prostu musiał mi to ktoś powiedzieć, czasami jednak trudno jest przestać, a mimo to.... znam się na tym przecież, zatem dzięki Silk

wtorek, 24 stycznia 2017

notatki, które pozostały

mam na biurku taki mały notesik, tzn. na biurku w szkole, i czasami kiedyś, ktoś mi tam coś cichaczem pisał, uczniowie coś skrobali, teraz już tego nie robią, ta grupa ludzi od tej podprogowej korespondencji rozpierzchła się, ale notesik nadal sobie leży, dziś go przejrzałam, z uśmiechem i sentymentem, znalazłam trochę wygłupów, strzępy tekstów ze szkolnego teatru i inne... głupotki, jakoś mnie to rozczuliło, raz nawet zarechotałam (smile if you masturbate, jasne) - łobuzy, łotry, szakale, wielu z nich bardzo mi brak, kiedy odchodzą w świat, zostają mi po nich głupie żarty i kawałki wspomnień, czasami zdjęcia, mam dziś jak widać dzień na sentymenty


poniedziałek, 23 stycznia 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek (dziecięca, malutka, szara)

cieniutka szara rękawiczka, która może ogrzać dziecięce dłonie chyba tylko bardzo umownie i trochę na niby, spojrzałam na nią i po raz tysięczny poczułam żal, że nie mam więcej dzieci i że już nie będę ich miała, szkoda; strasznie smutna ta szara rękawiczka, strasznie, rozlał mi się ten smutek po myślach na chwilę, a w oddali idą sobie ludzie i nic nie wiedzą o tym wszystkim, i nie muszą wiedzieć, i może nawet nie powinni, w końcu każdy z nich ma swój osobny żal do niesienia gdzieś po świecie, być może znacznie cięższy niż jedna szara rękawiczka



niedziela, 22 stycznia 2017

odrobinę kiczowata bajka o kocie i zegarku

osobiście uważam, że mnie poniosło, to miała być baśń o miłości, ale najwyraźniej jestem w tym zagadnieniu nieprawdopodobnie słaba, mam więc wrażenie pewnej kiczowatości i taniego sentymentalizmu, ale z drugiej strony, mam też jakąś tam słabość do tej bajki, wybaczam jej wszelkie niedociągnięcia, bo pamiętam z jakich myśli ona wyrosła, no tak, to pewnie dlatego


Kot i zegarek

Opowiem ci o wszystkim w innym życiu,
kiedy oboje będziemy kotami”(„Vanilla sky”)




--------------------------------------------------------------------------------------
Tymczasem raz na miliony niedookreślonych lat kociego życia, świat i cała jego uśpiona metafizyka podają nam na tacy to, czego w niewypowiedziany sposób pragnęliśmy, nie umiejąc tego nazwać.
Dłoń, a w niej ukryty podarunek.




--------------------------------------------------------------------------------------
                A więc był kot i był zegarek. Kot był sympatycznym dziwakiem, a zegarek cenną pamiątką po dawno zapomnianych ludziach i wydarzeniach. Kot wygrzebał zegarek w sklepie z lekko i mocno używanymi starociami, zobaczył go i po prostu wiedział, że właśnie ten zegarek będzie dla niego idealny, rzecz sama w sobie zaskakująca, ponieważ kot nigdy wcześniej w ogóle nie chciał mieć zegarka, był bowiem stworzeniem mocno osadzonym w przestrzeni, lecz z dużą nonszalancją podchodzącym do czasu. Zatem kot i zegarek. Obaj mieli swoje tajemnice i należeli do siebie nawzajem, kot posiadał zegarek, a zegarek posiadał kota. Obaj byli chodzącą niedoskonałością i być może nikt inny nie chciałby być ich posiadaczem, a być może trzymali się razem z powodu prawdziwej sympatii, tego nikt nie wiedział i po prawdzie nikogo to aż tak znowu mocno nie obchodziło.
                Zatem... cóż było z nimi nie tak? Zacznijmy od kota…. Po pierwsze kot nie mruczał, wcale, kot tylko nucił. Drobiazg w sumie. Ale ludzie zasypiali i tańczyli, słysząc te kocie melodie. Po drugie kot był pokrętnym estetą, dostrzegającym piękno tam, gdzie nie widział go nikt i w dodatku od wielu lat pozostawał więźniem tanich sentymentów, jego dom przypominał więc muzeum rzeczy osobliwych, w którym jednak panował histeryczny wręcz porządek. Co do sekretów…. (w końcu każdy jakieś ma) kot należał kiedyś do wszechmocnej czarownicy, co więcej - należał do niej przez setki lat i czuł każdą z tych setek w swoich starych kościach, podobnie jak całą czarną i białą magię, która przylgnęła do niego w międzyczasie. Oczywiście kot nie mówił o tym nikomu, bo żył w czasach, gdy czarownice spotykano tylko w bajkach, a choć opinia dziwaka mu nie przeszkadzała, to nie chciał być uznany za szaleńca, wiedział bowiem, że w takich razach ludzie bywają nad wraz upierdliwi. Mało kto znał tego kota i mało kto mógł przypuszczać, że pod jego błyszczącym okiem w kolorze jadeitu i jedwabistą sierścią kot nosi wyjątkowo starą duszę, duszę która miała tysiąc lat, i pod ciężarem tej duszy także trzeszczały kocie kości. Ale i o tym kot nie mówił nikomu, bo któż dziś wierzy w duszę? (cóż to za bzdury z tą duszą, cóż to za wyświechtane metafory?! – kot domyślał się reakcji świata, lecz sam wiedział na pewno, że dusze istnieją, w swej życzliwej wyrozumiałości rozumiał jednak, że łatwiej i wygodniej jest nie wierzyć w duszę, bo dusza to wielka odpowiedzialność, kto by tego chciał tak w życiu, na co dzień?).  Kot w ogóle mówił mało, a może tylko rzadko mówił naprawdę, ale i tak wszyscy chętnie tańczyli do nuconych przez niego melodii, zachwycali się zbieranymi przez niego osobliwościami, głaskali jego błyszczącą sierść. Jak ty to robisz kocie? Jak umiesz zobaczyć, wyszukać wyjątkowość i osobliwość nawet w garstce popiołu? Jak stwarzasz wokół siebie swoje melodie, które podrywają ludzi do życia lub usypiają do snu? Skąd płyną twoje piosenki? Zanuć coś dla nas? To był długi dzień i idzie zmierzch, zanuć… Kot milczał i nucił, nikt nie znał tego kota.
                I pewnego dnia kot znalazł zegarek, którego nigdy nie chciał mieć, a który od razu wydał mu się szczególnie ważny i piękny. Przez całą niekończącą się sekundę w stercie rzeczy używanych kot widział tylko zegarek, jakby (wszech)świat na chwilę zniknął i się unieważnił, ale ta chwila wystarczyła, by kot zapragnął zegarka i od razu zabrał go ze sklepu. Pasowali do siebie. Ekscentryczny, tajemniczy kot i pamiątkowy zegarek, lekko dziwny zegarek…, bo niby precyzyjny mechanizm, niby racjonalny odmierzacz czasu bez cienia wątpliwości, bez wahań, cyk, cyk, cyk, w dodatku był ze złota, piękny rzemieślniczy wyrób, wręcz dzieło sztuki, które wyszło spod czułej i uważnej ręki jakiegoś wyjątkowo zdolnego jubilera…. Niby, ale czas przykrył złoto patyną (bo czas nie zna litości), a niezliczone wypadki życiowe obtłukły zegarek na jego obrzeżach, przysporzyły mu nieusuwalnych pęknięć, no i w dodatku zegarek nie był aż taki precyzyjny, jak można by tego oczekiwać, na pewno nie był taki zawsze. Były bowiem dni, gdy zegarek biegł i gonił czas, szybko liczył sekundy, wirowały w nim odległe gwiazdy i galaktyki, zegarek stawał się wirem pędzącego czasu, gotowym rytmicznym tykaniem wchłonąć kosmos, minutnik nabierał tempa sekundnika, wskazówka godzinowa śmigała w tempie minutowej, zegarek miewał takie dni, gdy pędził, nie oglądając się na nic i na nikogo, kot zaś cierpliwie i czujnie wyczekiwał aż zegarkowi minie szaleńcze przyspieszenie i ono mijało, precyzja stawał się precyzją, czas wracał w utarte koleiny… a przecież były też inne dni. Dni, w których zegarek odmawiał wszystkiego i zatapiał się wiecznym trwaniu, spowalniał tak bardzo, że miał tygodniowe, miesięczne czasami opóźnienia względem czasu rzeczywistego, względem prawdziwego świata, i płynęły wskazówki zegarka przez gęstą jak zupa przestrzeń, wolniej można było już tylko stać. Kot czule gładził zegarkową tarczę i przeczekiwał rozwleczony czas, i znów wszystko wracało do normy, dzięki cierpliwości kota. Być może ktoś inny wyrzuciłby tak kapryśny zegarek, ale kot był ekscentrykiem i zegarek po prostu go zachwycał, nikt nie mógł przekonać kota o niefunkcjonalności zegarka.
- Po co ci to to? - mawiano.
- To najpiękniejszy zegarek jak miałem - mówił kot. - Nie znacie się.
- Ależ on niczego nie mierzy!!
- Nieprawda, zawsze coś mierzy. Mierzy czas, który trwa gdzieś indziej dla kogoś innego; czas, który już przeminął lub który dopiero nastąpi, to magia, a nie usterka – uśmiechał się kot tajemniczo.
- Ale jest popękany, uszkodzony, nawet tego złota już nie widać prawie….
- Jest świetny, po prostu trzeba to zobaczyć, trzeba umieć patrzeć – upierał się kot.
- Kocie porąbańcu, daj go chociaż do naprawy!
- Po co? – szczerze zdziwił się kot. - On świetnie działa, a przecież jak coś działa, to nie naprawiamy…
- Ale on nie działa!!!! – (dlaczego ludziom „życzliwym” tak bardzo brak cierpliwości?)
- Ależ działa, działa, po prostu inaczej niż inne zegarki… jest jedyny taki i jest mój – tak uporczywe przywiązanie kota do zegarka upewniało wszystkich o tym, że kot jest postacią prawdziwie ekscentryczną, niektórych to irytowało, innych  urzekało, jeszcze inni mieli to gdzieś, wiadomo.

--------------------------------------------------------------------------------------

                I co dalej? Co może wyrosnąć z instynktownych przywiązań i przynależności?
                Zgubili się – kot i zegarek, gdzieś w tłoku innych wydarzeń,  po prostu zgubili się. Nie bardzo wiadomo, jak do tego doszło, ludzie, okoliczności, tłumy, przypadek i los, gra tysiąca okoliczności. Zegarek skurczył się w sobie, zachrzęściły trybiki, sprężynki, zatrzeszczały boleśnie śrubki, nowe pęknięcie wykwitło na tarczy zegarka. Nagle i zaskakująco zegarek zatęsknił do dziwactw i niezgrabności kota, do jego dziwnych melodii, które stabilizowały cały kosmos, do cierpliwego smutku w tajemniczych oczach kota. „Gdzie jesteś kocie? Wracaj…” – wracaj, wracaj, wracaj, tykał zegarek bez nadziei, że zostanie usłyszany, bo przecież tykanie to bardzo cichy dźwięk….  Czas mijał, wraca, wracaj, wracaj…. Proszę. I wtedy (i może to czary, a może przypadek? tego nie wie nikt poza kotem, a on o tym nigdy nikomu nie powie, bo nie ma takiego zwyczaju) znikąd pojawił się kot, dotknął zegarka i pogładził jego tarczę, mówiąc:
- Widzę i słyszę twoją duszę cały czas, jak przecieka przez palce moich myśli.
- A ja przez szczeliny swoich tykań widzę twoją – odpowiedział zegarek – czemu ma tysiąc lat? Jak to możliwe?
- To niemożliwe – odpowiedział kot z uśmiechem – i nie da się tego wyjaśnić.
- Wróciłeś po mnie? – spytał zegarek.
- Wróciłem, bo mnie zawołałeś – wyjaśnił kot.
                I już, i to wszystko. I żyli razem wystarczająco długo i byli szczęśliwi w najlepszy z możliwych dla nich sposobów. Resztę opowiem innym razem, w innym życiu, kiedy oboje będziemy kotami.


K.H. sp. z o.o.

sobota, 21 stycznia 2017

opowieść o wkraczaniu w pustkę i o zmianach ("Pustelnik")

To jest moja ulubiona opowieść, chyba najmłodsza, może to dlatego? podobno najmłodsze dziecko kocha się najbardziej. Starałam się jej nigdzie nie zgubić, długo była dla mnie ważna, nadal trochę jest.



Pustelnik

„Zważ, podróżniku, bo nie znajdziesz drogi,
a jedynie ślady wiatru na morzu”. (A. Machado)



                Moja pamięć się skrada, cicho przypełza, jak pozornie oswojone zwierzątko i nachalnie wskakuje mi na kolana. Tak ma. I na przykład teraz… gdy oglądam reportaż z kolejnej cudzej katastrofy, w rozlanej ropie szarpią się ptaki i foki - ktoś je ratuje, szoruje z uporczywą cierpliwością, ktoś tylko filmuje powolne konanie, poczernione truchło, rachunki zysków i strat, wyrazy żalu, protesty ekologów, próby doczyszczeń… wszystko według stałego scenariusza - i właśnie teraz, teraz, teraz, ja tylko oglądam, ale już mnie tam zupełnie nie ma, nawet w powierzchownym współczuciu widza, który przywyka, który to widział już wiele razy wcześniej, nie ma mnie tam, patrzę pustym spojrzeniem na obrzydliwy dramatyzm relacji, a przecież odchodzę gdzieś indziej. W tym właśnie „indziej” przypominam sobie, że czasami samotność wymyka się i nagle nie ma ram, nie ma granic ani końca, bo przelewa się w samą siebie i pochłania przestrzeń z zaskakującą skutecznością. Czarna ropna maź na białych mewich skrzydłach, na obłych ciałach fok, otulająca gęstym ciepłem i bezpieczeństwem, być może trochę cię zabija, być może trochę cię ratuje - nie wiadomo, nigdy tego nie wiadomo tak od razu, a takie nigdy to bywa bardzo, bardzo długo. I pamiętam już tylko Edka, pokracznego faceta o urodzie marabuta i ten dzień, kiedy zatrzaskując drzwi powiedział:
- Nie potrzebuję nikogo i nie mogę przestać – były to ostatnie z jego ostatnich słów.

----------------------------------------------------------------

                Edek był brzydki. Była to jednakże trywialna brzydota pozbawiona wszelkiego wyrafinowania i oryginalności. Niczym i dla nikogo się nie wyróżniał, z twarzy przypominał… nikogo, po prostu nikogo. Dzięki temu płynnie i lekko wtapiał się w tło złożone z szarych blokowisk i obdrapanych murów. Bure strąki włosów w nieustannym nieładzie, blada ziemista cera, wodnisty odcień oczu, grube rysy wycięte przypadkiem przez roztargnionego boga rzeczy zwykłych w przypadkowo kopniętym kartoflu… Taki tam Edek. Mimo to polubiłam Edka przewrotną sympatią, która płynęła z tysięcy dostarczanych mi przez niego zaskoczeń oraz mojej wdzięczności za każde z nich, nauczyłam się też go zauważać i zazdrościć mu, bardzo.
             - Zobacz, jak światło pięknie przechodzi przez tego misia Haribo na chodniku… -  tak zagadnął mnie po raz pierwszy, przypadkiem, nie oderwał nawet oczu od pękniętej płyty chodnika, w załomie której leżał pomarańczowy żelek w kształcie niedźwiadka. – Zobacz, zobacz koniecznie…. – Chwilę staliśmy wtedy razem nad porzuconym Haribo, mały zachwyt małego życia dzielony w dodatku na dwa. Moment minął, Edek spojrzał na mnie zaskoczony i spłoszony, jakby obudził się rano obok kogoś obcego w obcym łóżku, uśmiechnął się przepraszająco, wbił ręce w kieszenie i poczłapał gdzieś indziej.
                Kilka dni później spotkałam go wpatrzonego w ścianę. Rzecz absurdalna, tym bardziej że  ściana była… brudna, popękana, było na niej nic w niczym. Człowiek zawsze wygląda jakby go ukarano, gdy stoi twarzą do ściany, bo nie ma na to prostszego wyjaśnienia. Przystanęłam obok.
- Zobacz, tu jest twarz kobiety i ona płacze, ale tak ładnie płacze, zobacz, zobacz… - zamamrotał Edek. Czy mam skłamać, że zauważyłam to, co on widział? Po prawdzie: nie zauważyłam, ale zatrzymałam się z powodu jego zauważenia. Dla mnie to była tylko szara, zniszczona ściana na zapomnianym blokowisku, dla niego - kobieta we łzach i chciałam w tym uczestniczyć, chciałam zobaczyć, nawet jeśli było to zupełnie niemożliwe.
– Mieszkam tu w tym domu co ty, wiesz? – spytał nagle.
- Tak, wiem – odpowiedziałam, chociaż oczywiście nie zdawałam sobie sprawy, że był moim sąsiadem.
- To dobrze – powiedział, nie patrząc na mnie i odpełzł do innych spraw, a ja zauważyłam go wtedy naprawdę po raz pierwszy.
            Mijały dni, szara miejska wiosna zaświergotała wróblami i rachityczną roślinnością blokowisk. Edek włóczył się po okolicy i pokruszonymi paznokciami grubopalcych rąk obdrapywał ławki obłażące płatami z tandetnej farby. Metodyczna, bezsensowna cierpliwość czy głupowaty wandalizm? Nikt nie zwracał na to uwagi, a Edek codziennie skubał te ławki, dogrzebując się ich dna, czyli przegniłego rozłażącego się pod jego dotykiem drewna. Po kilku dniach po prostu musiałam go spytać, musiałam wiedzieć, o co chodzi, po co to wszystko.
- Edek, co ty do cholery robisz?
- Szukam.
- Czego? Jak rany palce ci już krwawią! Zostaw to paskudztwo! – schwyciłam go za przegub, zastygł i spojrzał na mnie zdziwiony, znowu tym samym nieobecnym spojrzeniem kogoś, kto jeszcze przed chwilą był gdzieś indziej z kimś innym, a teraz nagle wybrudzono go ze snu.
- Puść… – wymruczał, przepraszającym gestem wyswobodził swoją wielką dłoń i wrócił to obdrapywania ławki. – Spójrz, pod każdą skórą są inne skóry, nie widzisz? i nie ma jednego koloru, jest tylko brak i rozpad, w których wirują zapomniane galaktyki, zobacz, sama zobacz….
                Pochyliłam się nad obdrapanym do dna fragmentem ławki. Drewniane słoje zawirowały mi w oczach i przez krótki moment gotowa byłam przysiąc, że każdy z nich kręcił się powoli wokół własnej osi i świecił stłumionym, odległym światłem. Uciekłam, trochę wtedy uciekłam i nigdy już nie spytałam Edka o te poobdzierane ławki. Nie radzę sobie z mistycyzmem, który atakuje mnie w środku dnia.

----------------------------------------------------------------------------------

                Obudził mnie hałas. Nocą, w wieżowcu dźwięki niosą się tak, jakby pochodziły zewsząd, nie sposób wskazać, co znaczą i skąd się biorą, nie widomo, czym są ani nawet czy rzeczywiście istnieją. Podskórne nocne życie wieżowców, wielki sekret pomruków i drgań, nagłych wrzasków, na wpół zrozumiałych szeptów i westchnień, które niosą się wraz z  buczeniem rur i sapaniem kaloryferów. Dla mnie wszystko to szumi niepokojem, którego nie rozumiem, ale który czuję prawie zawsze, instynktownym niepokojem zwierzęcia uwięzionego w ciemności nocy w swojej małej klatce tuż obok innych zwierząt, których jednak nie widać ani nie czuć, choć wiesz, że są, słyszysz ich oddechy. Nigdy nie wychodzę śledzić tych nocnych dźwięków, prawie nigdy, bo wtedy, ten jeden jedyny raz wyszłam, coś było inaczej, zagrała mi jakaś nowa nuta w codziennej symfonii, nowa melodia, ciche stukane do moich drzwi, bardziej drapanie, chrobot głodnej myszy lub niecierpliwych palców. Przyłożyłam ucho do drzwi:
- Chodź, no chodź już, chodź…. – mruczące namawianie z drugiej strony moich drzwi, tak ciche, że mogło być złudzeniem. – Chodź szybko…, szybciej, chodź… - zastygłam i szczelniej otuliłam się kocem, byłam mała i słaba, w jednej chwili dokładnie taka - krucha, jakby szept zza drzwi mógł mnie zgnieść. A mimo to po chwili wahania otworzyłam drzwi. W półmroku korytarza zobaczyłam pustkę, nikogo nie było, nikogo i niczego prócz drobnego świecącego na fioletowo punktu w głębi korytarza. Czy mogłam tam nie iść? Mogłam. Ale chciałam iść, zamknęłam drzwi i boso, drobnymi krokami wspięta na placach szłam do fioletowego ognika. Dopiero tuż przed nim zauważyłam, że ktoś tam był, ktoś stał w ciszy wpatrzony w mdłe światełko, które unosiło się nad jego wyciągniętą dłonią. Edek, oczywiście.
- Wreszcie jesteś… Zobacz, co znalazłem.
- Jak to znalazłeś? Co to w ogóle jest? – szeptałam, bo i on szeptał. Fioletowe światełko unosiło się między nami, płonęło stłumionym blaskiem odległej planety, przyjrzałam mu się: doskonała, wolno wirująca kula, wewnętrzny blask, po prostu wisiała w powietrzu, a ja chciałam jej dotknąć.
- Światło w ciemności, bardzo potrzebne, czasami.
- Ale jak…. To jest naprawdę?
- Przyszło i jest, jest naprawdę – tak powiedział Edek, a ja od razu mu uwierzyłam, bo strasznie chciałam, żeby to światło istniało, właśnie tutaj, w zapomnianym, nieusuwalnie brudnym korytarzu wieżowca, którego szaro-bury mrok nie opuszczał nawet za dnia.
- Od dawna je masz? – spytałam z zazdrością.
- Od zawsze. Przychodzi z mroku. A ja znajduję je.
- I kiedy tylko chcesz możesz je przywołać?
- Nie. Tylko nocą. Ciemność dnia jest całkiem inna od tej, która panuje podczas nocy….
- …. i nic jej nie rozprasza. Tak, wiem – wtedy pierwszy raz ja i Edek spojrzeliśmy sobie w oczy. Zza okna nadchodził świt, a fioletowe światło zaczęło przygasać, wreszcie zniknęło tuż po wschodzie słońca… Bez słowa wróciliśmy do naszych mieszkań. Ja na przemarzniętych placach bosych stóp, Edek niefrasobliwie człapiąc rozklekotanymi kapciochami.

-----------------------------------------------------------

                W tym samym czasie, dokładnie w jednej chwili Edek zakochał się w Najśliczniejszej Dziewczynie w Okolicy i przyśnił mi się zupełnie z zaskoczenia, nad ranem. Środek lata, upał, lepkość dusznej nocy. Mam sen. Idę przez parkowy trawnik, trawa jest soczysta i gęsta, czyli kompletnie niemożliwa, nie w tym mieście, nie w tej rzeczywistości, dlatego wiem, że to sen, że to nieprawda. Idę zielonym dywanem, wokół latają cytrynowe motyle, czuję na skórze muskanie ich skrzydeł. Kątem oka zauważam postać pod drzewem, w głębi parku, daleko, ale od razu wiem, że to Edek, zgarbiony i prawie niewidzialny. Idę do niego, w końcu lubię Edka. I już, siedzimy pod drzewem, czuję wilgotne ciepło trawy pod placami.
- Kocham Najśliczniejszą Dziewczynę w Okolicy, ale wiem, że nawet potykając się o mnie nie zauważyłaby mnie ani trochę. Ani, ani.
- Co teraz?
- Nic. Takie rzeczy się zdarzają. Bezmiłość, która rozkrusza serce. Piękna rzecz… Prawda?
                Trwa sen i upał, siedzimy na trawie ramię w ramię - ja i Edek, w doskonałej harmonii. Edek płacze łzami jak ziarna grochu, które spływają mu po twarzy, koszuli i szybko parują w skwierczącym upale, po chwili widzę, że nad nami unosi się chmura z łez, śliczna, szara chmura przetykana solnymi kryształami. Edek głośno i obrzydliwie wydmuchuje nos w wielką kraciastą chustkę, raz po raz. Kolor skrzydeł motyli zmienił się na pomarańczowy, ale nie wiem, co to znaczy. Mija czas, nienachalanie i lekko; niemalże niesłyszalnie fałszuję sobie i nucę „Cry me a river”, powietrze jest gęste od zapachów, jaśmin i konwalie, być może coś jeszcze…
- Nikt tak ładnie nie milczy jak ty, sąsiadko. Dobranoc – mruczy Edek. 
                Budzę się i od razu wiem, że coś jest mocno nie tak. Czuję odmianę. Zapach i upał pozostały,  pachnę przecież jaśminowym szamponem, pościel - konwaliami, wszystko się zgadza, „Cry me a river” szumi w radio – wykonanie mocno średnie, pomarańczowe światło wpada przez zaciągnięte zasłony… jestem sama i wiem na pewno, że Edek ma kłopoty. Wybiegłam z pokoju, znowu boso, znowu w szlafroku, znowu w wersji domowo-nieciekawej, otworzyłam drzwi na korytarz, Edek właśnie wchodził do swojego mieszkania, zgarbiony mocniej niż zazwyczaj, zastygł w pół ruchu, stając plecami do mnie. Poszarzał bardziej niż było to możliwe, skurczył się w sobie i stał się przezroczysty jak duch, mogłam zobaczyć ścianę za nim, patrząc przez niego. Stał i czekał.
- Edek… ledwo cię widzę, czemu jesteś taki… zwiewny.
- Już tylko ty mnie widzisz. Tak musi być – nie obrócił się, tylko zamknął za sobą drzwi.

------------------------------------------------------------------------------

                Spotykaliśmy się tysiące razy. Tymczasem Edek znikał, uważność mojego spojrzenia zupełnie nie wystarczała. Mijaliśmy się w snach i na korytarzu, mijaliśmy się w milczeniu lub zamieniając zaledwie kilka słów, nie zawsze znaczących, nie zawsze ciekawych, lecz za każdym razem wirowały między nami galaktyki możliwości i fioletowe planety pełne świateł. Mimo to znikał, a ja wiedziałam, że będę tęskniła za jego brzydotą , która ogołoci wkrótce przestrzeń.
                Tamtego dnia po prostu zapukałam do jego drzwi, niepewnie i ze wstydem, bo bez powodu. Otworzył, staliśmy naprzeciwko siebie, dzielił nas próg.
- Jesteś pustelnikiem? – spytałam – może przez to znikasz? Musisz przestać.
- Nie... Tak… Trochę… co to znaczy „być pustelnikiem”? – zawahał się prawie niewidzialny już Edek.
- Że żyjesz w pustce, że nikt cię nie widzi.
- A…. nie to nie to….  – spojrzał na mnie, ale jakby mnie nie zauważał. - To pustka żyje we mnie i to ja już nikogo nie widzę.
- A ja?!
- Ty jesteś już tylko głosem, kruchy skrzacie i musisz sobie iść.
- Ale dlaczego?
- Bo nie potrzebuję już nikogo i nie mogę przestać – wzruszył ramionami i zamknął mi drzwi przed nosem, cicho i powoli, bez ostentacji i bez bezczelności, zamknął je na pożegnanie, ostrożnie, obserwując mnie do ostatniej chwili.
                Wszystko się rozmyło, ściana, korytarz, cała nasza bura rzeczywistość zadrgała mi przed oczami i nie było już nic, żadnych drzwi od mieszkania Edka ani jego samego, nie było go na zawsze, czyli na długo, bez śladu i bez wątpliwości. Doskonałe pustelnictwo, doskonała pustka, doskonała samotność. Kogo ona chroni? Mnie czy Edka? Kto kogo porzucił, on świat czy świat jego? Kto kogo bardziej nie zauważył?
To tylko opowieść bez zakończenia. Czekam przecież na zmianę. Być może na powrót pustelnika, na list lub sen, na wirujący w ciemności punkt.
Jedyną pewną rzeczą jest zmiana i wirowanie galaktyk.

K. H. Sp. Z o.o.

piątek, 20 stycznia 2017

bajka ze strachu (Bajka o martwych kwiatach)

Jedna z moich najstarszych bajek, długo jej nie wyrzuciłam, a wyrzucałam wiele rzeczy, ale tę zawsze gdzieś ocalałam, bajka wyrosła z mojego strachu przed śmiercią i przemijaniem, naprawdę to jest chyba właśnie to, co mnie rzeczywiście przeraża, sam fakt, że istnieje być może kres, że może istnieć tylko proch i pył, wole wierzyć w wieczne wirowanie rozbitej na atomy materii, ale nie zawsze umiem.



Bajka o martwych kwiatach

                Była raz sobie kobieta tak stara, że nikt, nawet ona sama, nie pamiętał jej imienia; tak stara, że mogła tylko milczeć, bo nikt już nie mówił w jej umarłym języku; tak stara, że zawsze chodziła samotnie, bo bezpowrotnie odeszli już ludzie, którzy chcieli jej towarzyszyć. Żyła dłużej niż trwa wieczność, czas jednak nadal mijał, a jej tlące się z uporem istnienie stało się jedynym, co naprawdę posiadała. Mało kto widywał ją z bliska, więc nikt nie znał dobrze jej twarzy, nikt nie zaglądał w jej oczy, nikt jej nie dotykał. Położony w oddali dom staruszki błyskał sinymi ścianami, a wszystkie rosnące wokół drzewa były całkiem siwe. Budziła niepokój, jak wszystko, co niepoznane i nawet ci, którzy ją spotkali, nie umieli jej opisać, powstawały więc legendy, a każda z nich zawierała tylko drobny strzęp prawdy. "Pani Śmierć ma oczy koloru popiołu" - mówiono, "Pani Śmierć  ma smukłe, chłodne palce młodej kobiety", "Pani Śmierć nosi  nóż przy swojej sukni, a on ciągle ocieka krwią", "Pani Śmierć pachnie spalonym drewnem". Plotki, domysły, zagadki.
                Każdego dnia Pani Śmierć z metodyczną powolnością i skupieniem sadziła w swoim ogrodzie martwe kwiaty. W wilgotnej, rozkopanej ziemi pachnącej solą bezustannie tkwiły tysiące nieruchomych, nieprzekwitających kwiatów, z których uciekło życie. Z daleka wyglądały przepięknie. Urzekający był ogród Pani Śmierci. I zbyt prosta wiodła do niego droga. Spoglądano na jej domostwo z obawą i fascynacją, powstały nowe czarujące legendy... "Pani Śmierć nuci stare kołysanki naszych matek", "Dom Pani Śmierci daje schronienie wędrowcom i pachnie lawendą", "Zawsze można odwiedzić Panią Śmierć, furtka do ogrodu jest cały czas otwarta", "Pani Śmierć ma księgę, w której są odpowiedzi na wszystkie pytania". I zaczęli przychodzić. Ci zmęczeni, ci ciekawi, ci znudzeni, ci chorzy, ci, co zabłądzili i wielu, wielu innych. Pojedynczo wchodzili do jej ogrodu, by odkryć swą bezgraniczną samotność, której nic nie rozpraszało, bo po ogrodzie sztucznych kwiatów nie przechadzał się nawet wiatr. Nikt nie wracał, by opowiedzieć, jak wyglądają z bliska martwe kwiaty. Nikt nie wraca, choć nic się nie kończy. 
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
                Każdego dnia Pani Śmierć sadzi nowe kwiaty, które nie doświadczają zmiany, nie uczą się żyć i nie potrafią umierać. Plotki, domysły, zagadki, opowieści, bajki, legendy. W każdej tylko strzępy prawd: 
- Pani Śmierć ciągle sadzi kolejne martwe kwiaty. 
- Na stole leży księga, a na wszystkich jej stronach zapisano tysiącami rąk tylko jedno zdanie: "Nigdy nie jest dość". 
- Jest chłodno.
- Jest słono. 
- Oplata nas dym. 
- Nikogo tu nie ma. 
- Ziemia nie oddycha. 
- Jest za cicho. 
- Wszędzie są martwe kwiaty.
- Kropla okrucieństwa w ciemności lub wstążka iskier w mroku. To wszystko.

K. H. Sp. z o.o.

czwartek, 19 stycznia 2017

coś do kogoś o kimś (Bajka o bestii)

W minionym roku napisałam kilka tekstów, kilka... chyba bajek w sumie, nie wiem, co z nimi zrobić, więc zanim je wyrzucę i wykasuję albo zgubię, co mi się tysiące razy zdarzało z różnym rzeczami które pisałam, postanowiłam wysłać je w świat, jest to decyzja spontaniczna i pełna strachu, bo pisałam to wszystko tylko dla siebie, żeby zyskać perspektywę, obejrzeć jakiś problem z dystansu, te bajki znaczą Coś po prostu tylko dla mnie, ale znaczą też aż tyle, że boję się, że mi je ktoś skradnie i uczyni z nich opowieść o swoim życiu, a przecież to wszystko, każde słowo jest moje i jest o mnie, ostatnio jednak pomyślałam sobie, że nawet jeśli tak się stanie, to nie sprawi przecież, że te opowieści będą mniej moje, w końcu to ja dla mnie samej, w którymś momencie je tworzyłam, nie mogą być bardzie ani mniej Moja niż są, więc żeby ocalić, żeby nie zgubić, wrzucam na bloga moje bajki.... czyniąc to w dużej mierze pod wpływem znajomości z J., który po wielu filozoficznych dyskusjach przekonał mnie, że nic się nie zaczyna i nic się nie kończy, a wszystko jest trwaniem kosmicznych cząstek, lubię taką transcendentalną perspektywę, i to dla niej ocalam moje bajki przed unicestwieniem, którego lada dzień bym dokonała, niech sobie chociaż tutaj trwają, żyją, rozszarpują przestrzeń poza czasem.


Bajka o bestii

Stephen Crane
Na pustyni

Na pustyni
Ujrzałem nagą bestię,
Co przykucnęła na ziemi
Trzymała w rękach swe serce
Pożerając je.
Spytałem: czy to dobre, bracie?
Gorzkie jest, gorzkie - odrzecze;
Lecz mi smakuje,
Bo gorzkie
I - bo moje to serce.
(przełożył Leszek Elektorowicz)


          Kiedy jesteś zebrą wszyscy spodziewają się… wiadomo… pasków, czarno-białej zebrowatości, kopytek itd. itp. A kiedyś jesteś słoniem, to możesz mieć wielgachne uszy, wielki zad i trąbiasty nos, i naprawdę nikogo to nie dziwi, bo wszyscy właśnie tego od ciebie oczekują. Kiedy jesteś kwiatkiem to rzecz jasna ma być pięknie, delikatnie, pachnąco i jeszcze kolory, koniecznie, oczywiście. Tymczasem od potworów oczekuje się… potworności i tylko tego! Potworności w wersji hard: szczęk łamanych kości, krwiożerczość, rozszarpywanie; ewentualnie potworności w wersji soft: straszność, warczenie, wielkie buuuu i trochę obrzydliwości z człapaniem ciężkich łap w tle. Właśnie tak. Sieć cudzych oczekiwań, które oplatają cię pajęczą nicią lub krępują marynarskim węzłem... To zależy. Na przykład Szczękokrwist był bestią, był prawdziwym potworem i wiedział, czego się po nim spodziewają, wiedział to dokładnie od dnia, gdy zupełnie przypadkiem jako małe potworzątko definitywnie rozszarpał swą pierwszą owcę. Była to krwawa rzeźnia, pełna owczych bebechów jatka, okrwawione runo ofiary fruwało wszędzie, ale… nikt nie był zaskoczony. Ojciec nastroszył się dumny jak paw z dokonań potomka, matka otarła łzy wzruszenia, okoliczna ludność rozpierzchła się po domach, ale nikt, ale to nikt nie był zaskoczony. Nikt poza…. Szczękokrwistem, który zabił owcę w gruncie rzeczy zupełnie przypadkowo.
         Tu być może pojawi się sceptyczna refleksja (gdyż świat pełen jest ludzi małej wiary i złej woli): czy można rozszarpać owcę na sztuki przypadkiem? Ha, można, jeśli jesteś potworem, masz pazury jak rzeźnickie noże, a cholerna owca ni z tego ni z owego cię wystraszy, wyłażąc z jakimś obłędnym beczeniem zza krzaka, jak się nieco odruchowo zamachniesz… to jakoś tak wychodzi, że z owcy niewiele zostaje i nie bardzo wiadomo, co z jej truchłem uczynić. No.. i tak to było. Mniej więcej. Po tym przypadkowym sukcesie oczekiwano oczywiście od potwora kolejnych mordów, zniszczeń i dewastacji, a on - mimo iż nie był przekonany, że tym właśnie powinien się zająć - starał się bardzo zadowolić swe otoczenie: bił, miażdżył, rozszarpywał – odruchowo, mechanicznie, od niechcenia. I znowu nikt się nie dziwił, oprócz samego Szczękokrwista, który miał niejasne, irracjonalne przeczucie, że jego prawdziwym, póki co nieuchwytnym przeznaczeniem jest coś zupełnie innego, a wszystko to, czym zajmuje się teraz, choć być może wydaje się łatwe i oczywiste, jest  całkowicie pozbawione sensu. No bo tak: miał nasz potwór uzbrojone szczęki, ciało pokryte pancerną łuską i kosmatym włosiem, pazury i ponadprzeciętną siłę, co wydawało się dość jasno wskazywać mu jego los, ale też nie tyle nie lubił zabijać i szatkować, co zwyczajnie go to nudziło – niepomiernie, bezbrzeżnie, totalne. Więc może Szczękokrwist był kimś znacznie więcej, kimś zupełnie innym niż mogłoby się wydawać? Tak właśnie być mogło, tymczasem jednak potwór robił to, czego od niego oczekiwano, zabijał bezlitośnie i rzetelnie, choć bez przekonania i przyjemności. I wtedy właśnie zjawiła się Zuzia…
               Kim była Zuzia? Zuzia po prostu była Kimś, Kimś dla bestii. I jak to zawsze bywa, gdy ktoś dla kogoś jest Kimś, Szczękokrwist zachwycił się Zuzią i także chciał być dla niej Kimś, bo Zuzia wydała  mu się olśniewająca. Rzeczywiście, rozsiewała wokół siebie ogólnie zauważalny oślepiający blask, zwyczajnie była zachwycająca i ku zaskoczeniu wszystkich (ze Szczękokrwistem włącznie) spojrzała na oczarowaną nią bestię łaskawym okiem. W sumie czemu nie? Prawda? ale…. (czy zawsze musi być ale? Pewnie musi, aby było wiarygodniej, realniej - mimesis, prawdopodobieństwo życiowe, te sprawy). Zuzia miała do bestii kilka stanowczych „ale”, kilka drobnych zastrzeżeń, drobniutkich, maleńkich, malutkich, a wszystkie kręciły się wokół tego, że bestia to bestia. Zuzia podeszła jednak do sprawy metodycznie, bo była stworzeniem ambitnym. Spiłowała bestii zęby, pazury, uładziła futro, stosując hurtowe ilości żelu i brylantyny, wypolerowała szorstkie łuski na wysoki połysk…. Ostatecznie zaś zabrała bestię na zakupy. Były to zakupy wielkie, totalne, były to zakupy wszechogarniające, zakupy stulecia, a Szczękokrwist dostał podczas nich W S Z Y S T K O, wszystko prócz tego, czego rzeczywiście potrzebował. Ale czy to ważne? Może zupełnie nie? W końcu Zuzia była (warto to przypomnieć) zachwycająca, a kiedy ktoś jest zachwycający, to czasami wystarcza, to czasami bywa dość. I tak w zamian za zgolenie swego włosia (a włosie potworów jest cenne, co powszechnie wiadomo, bo przecież normalnie to tego nie dostaniesz, szanująca się bestia zatłucze każdego, kto zbliży się doń w celach golarsko-złodziejskich) Szczękokrwist przy wydatnej pomocy Zuzi zakupił: wielokolorowy zestaw krawatów na wszelkie okazje, muchę w grochy na co dzień (bo Zuzia lubiła takowe), dwurzędowy garnitur, o wiele za ciepły i równie zbędny wełniany płaszcz, trzy kamizelki z jedwabiu w abstrakcyjnych rozmiarach (czyli po prostu małe), 12 koszul w kolorze gaciowy róż i tyleż koszul w szaro-burą kratkę, buty zamszowe, które nie pasowały na wielkie łapy potwora, ale co tam, były, można się przemęczyć („niby można, ale czy trzeba?” – pomyślał Szczękokrwist, ale nic nie powiedział), cylinder, melonik i nauszniki, moherowy szalik, skarpety na wszystkie dni tygodnia (wszystkie z napisem: „poniedziałek”), kalesony w bladobłękitne kropki (ilość nieznana), gramofon i zestaw starych płyt z muzyką, której bestia nie znosiła (ale Zuzia lubiła, zatem cóż… okazały się ko-nie-cznie po-trze-bne), kino domowe, hulajnogę, rękawiczki bez palców, rękawiczki z jednym palcem, gruby sweter z podobizną łosia, sweter w romby zapinany na maleńkie (totalnie niefunkcjonalne) guziki, pantalony na specjalne, romantyczne okazje, szelki, na wszelką wszelkość, spodnie bojówki, bo mogą się przydać, zestaw do grillowania, komplet zielono-żółtych firanek, zestaw to manicure dla opornych, dezodorant „Równikowa bryza” o pojemności 2 litry, maleńkie filiżanki, które pasowały wyłącznie do drobnych łapek Zuzi, zestaw platynowch garnków, by gotować z klasą oraz szpilki i pinezki do dalszej tresury, a ponadto: sprzęt do garbowania skóry, gdyby tresura się nie powiodła, kaganiec i obrożę z ćwikami, żeby było wiadomo, że Zuzia bestię posiada, zestaw samonośnych pończoch (niby dla Zuzi, ale w gruncie rzeczy dla bestii, żeby Zuzię w nich podziwiała), sztućce w stylu wiedeńskiej secesji i mrowisko w akwarium. Trochę dużo? Być może. Szczękokrwist  nie powiedział: Nie; Zuzia powiedziała po tysiąckroć: Tak, zamigotała, zaświergotała, zaczarowała rzeczywistość i już. I po wszystkim. Zuzia była przecież dla bestii Kimś, więc bestia na potrzeby Zuzi stała się… Potworem Zuzi.
        I żyli sobie razem długo, kolejny raz wbrew oczekiwaniom zaskoczonej ludzkości i potworności. Olśniewająca Zuzia i Niegdysiejsza Bestia – para, o dziwo, ładna, dopasowana, idealnie dograna… Czasami przecież wystarczy kilka prostych zabiegów, tu obcinasz nóżkę, tam rączkę, trochę obdzierasz ze skóry, modyfikujesz, zmieniasz i przyczesujesz, aż pasuje wszystko, nawet to, co nie pasowało nigdy do nikogo, nawet to co pasować nie powinno i co miało być osobne. Zuzia miała po prostu wielki talent do takich działań dopasowujących, Zuzia uczyniła to profesjonalnie, a potwór… miał (ku swemu zaskoczeniu) kogoś, kto był dla niego Kimś i wierzył, że mu to wystarcza, za mordowaniem nie tęsknił, chodził w dziwnych pasujących mu do niczego ubiorach, gotował w platynowych garnkach, piłował pazury i golił gładko pysk, nawet przywykł do znienawidzonych melodii gramofonowych, czas mijał, bo czas mija zawsze, ale niekiedy przynosi też odmianę...

----------------------------------------------------------------

- Hej… kim jesteś Szczękokrwiście?
           Potwór rozejrzał się, ale że był zupełnie sam w swej przysposobionej do wspólnego życia przez Zuzię jaskini, szybko uznał, że nie słyszał nic… że to tylko wiatr czy coś tam innego.
- Hej, hej, żałosna imitacjo bestii…. Kim jesteś?
             Tak gruba złośliwość nie mogła być omamem…. Potwór wciągnął nosem powietrze, usiłując wyczuć woń bezczelnego obcego, ale zakrztusił się tylko zapachami kosmetyków Zuzi oraz konwaliowo-różanym odświeżaczem powietrza, ustawionym na odkażanie jaskini co 3 minuty.
- Skretyniały potworze podejdź do akwarium!
            Akwarium!!!!! Akwarium z mrówkami w ciemnym kącie jaskini koło łóżka z baldachimem (w którym bestia zwykle przewracał się cierpiąc na bezsenność, a Zuzia smacznie pochrapywała…..). Człapiąc i skradając się, potwór zbliżył się do akwarium.
- No wreszcie ciemniaku! – ryknęła gromkim głosem mrówka stojąca na szczycie przeszklonego mrowiska
- Ej no weź tak do mnie nie mów no….. – wymruczała onieśmielona nagle bestia.
- Przymknij się i słuchaj!
- Ale ja nie chce.
- Jasne, że nie chcesz, nie ma to niestety żadnego znaczenia, mrowisko demokratycznie rzecz przegłosowało, wysłuchasz nas, chcesz czy nie. Lepiej słuchaj i notuj tłumoku. Wyprowadzamy się z tego przybytku nędzy i rozpaczy, coraz częściej patrzeć na ciebie nie możemy cielaku, ale koleżanki i koledzy z mrowiska wysłali mnie (z litości oczywiście), żebym ci na pożegnanie to i owo powiedział, jakby nie był twoje smętne życie zastępowało nam telewizję i stanowiło główne źródło rozrywki, jesteś dla nas czymś w rodzaju telenoweli i musisz wiedzieć, że masz wielką oglądalność…
- Super… banda podglądaczy… - Szczękorkwist poczuł się dziwnie, słuchając aroganckiej mrówki, poczuł, że jest wkurzony.... i rzecz dziwna spodobało mu się.
- Dobra, do rzeczy bo czas goni…. – zniecierpliwiona mrówka zmarszczyła brwi i spytała znowu – Kim jesteś?
- Potworem, oczywiście.
- Bez żartów, kiedy się ostatnio dokładnie widziałeś?
           I wtedy zdezorientowana bestia zerknęła kątem oka w lustro nad toaletką Zuzi… „O jasna cholera….” – pomyślał Szczekokrwist i zerknął raz jeszcze, bo w lustrze zobaczył śnieżnobiałego pudla.
- Jakieś refleksje? – dopytywała mrówka nieco nerwowo postukując dolnym odnóżem.
- Ale ja… ja jestem Kimś, kto odpowiada Zuzi – wydukał bestia nie odrywając wzroku od swego odbicia.
- Stary… - wybacz, że powiem wprost, ale zrozum ciut się spieszę, wymarsz lada chwila – jesteś średniej urody pudlem zrobionym z wyjątkowo rosłego i dzikiego potwora – to raz. A co do tej twojej efektownej pudernicy, nie jesteś Kimś, nie jesteś nawet kimś, jesteś bardziej Czymś, posiada cię jak twoją jaskinię i te wszystkie rzeczy w tej graciarni, w której się z wami ciśniemy – to dwa. Jasne?
               Potwór rozejrzał się, ponownie zerknął w lustro i nagle ogarnął go gniew, wielki wypalający gniew, który porywa ze sobą wszystko, by zostawić tylko proch i perzynę, i wtedy właśnie bestia … zgniótł mrówkę (taki bywa ryzykowny los posłańców przynoszących złe nowiny, zwłaszcza jeśli są pyskaci).
- Jestem pudlem w graciarni, w której boję się już ruszyć… - wymruczał i już, już miał rozwalić całe akwarium i każdą mrówkę z osobna, całą jaskinię, a być może i cały świat, już, już miał się spotwornić, gdy nadeszła Zuzia. Wówczas Szczękokrwist spojrzał na Zuzię oczyma, które przyciemniła mu wściekłość i pierwszy raz blask Zuzi zupełnie go nie oślepił, zupełnie nie zadziałał: „Taka tam zwykła Zuzia, kim ona jest? – nie znam jej wcale…” – pomyślał i nie zniszczył niczego, tylko patrzył na Zuzię, patrzył, czekając na powrót olśnienia, które zawsze mu przy niej towarzyszyło. Zuzia krzątała się po jaskini, ale zachwyt nie wracał.
- Ej ty… - wyrzęziła zgnieciona mrówka. – Chodź tu pudelku…
               Bestia pochylił się nad dogorywająca mrówką, było mu trochę głupio.
- Słuchaj, w sumie to nie chciałem.. ja…
- Odpuść, czasu brak… - wychrypiała mrówka - mam gdzieś twoje przeprosiny, jesteś bestią, ja mrówką, mój los był przesądzony, zamknij się i słuchaj, największy sekret mrówek… nasza królowa, kazała przekazać…., ona lubi cię, nie wiedzieć czemu, apodyktyczna małpa, poświeciła mnie, żeby cię pouczać, wyobrażasz sobie? Pochyl się, sekret, opowiem….
            Bestia nachyliła się, a mrówka szeptała jej na ucho, zrobiło się późno. Była prawie północ, gdy mrówka umarła, szepcząc mrówcze sekrety, a jej śmierć przykleiła się do pamięci Szczękokrwista i wszystko zmieniła. Pazury odrosły, sierść się skołtuniła, łuska stała się matowa, pudel znikł, wrócił potwór - w jednej chwili. Bestia spojrzała na śpiącą Zuzię, tak doskonale osobną, że nie zwróciła uwagi na to, co się wydarzyło… Zuzię bez olśnień, Zuzię odartą z blasku. I wówczas potwór zrozumiał, że może zaufać sekretnej mądrości mrówek i ostatnim słowom najbezczelniejszej z nich: bycie dla Kogoś Kimś, miłość, przyjaźń, przywiązanie to wcale nie jest ten cały obezwładniający, zachwycający blask, w którym Zuzia chodziła jak w koronie, to nie ten wirujący lśniący pył, w orbicie którego bestia tak bardzo chciał się znaleźć… Bycie Kimś, tak jak i każda z niezniszczalnych nitek emocjonalnych prawdziwych więzi, które sprawiają, że się zostaje, że się trwa poza czasem i przestrzenią, bez strachu, bez żalu i wątpliwości - to jest dokładnie i tylko to, co zostaje, kiedy wszelki blask gaśnie, a migoczący jak mgła pył opada, kiedy jest ciemno, kiedy jest szaro i cicho. „Sprawdzamy siebie i nasze doskonałe niedoskonałe uczucia, stojąc w totalnej ciemności, gdy zgasną wszystkie światła. Wtedy wiesz na pewno” – ostatnie słowa mrówki, ostatni z mrówczych sekretów.  I tak właśnie było, tu i teraz zgasły wszystkie światła, a Szczękokrwist nie czuł nic, żadnego najmniejszego przywiązania. I nie mógł zostać.
„Powiedz pa, Zuziu” wydrapał na ścianie jaskini i już go nie było.

----------------------------------------------------------------

         „Kim jestem?” – myślał idąc wielkimi człapnięciami – „Rozszarpywaczem owiec? Morderczym potworem? Groteskowym pudlem? Kim? Ja… Jestem Szczękokrwist, znam przecież swoje imię i tylko ja je znam, bo nikt mnie o nie nigdy nie zapytał. Jestem Szczękokrwist, jestem Szczękokrwist, jestem Szczękokrwist…” - powtarzając to proste ustalenie potwór szedł, szedł długo, szedł szybko, szedł zamaszyście, zadeptywał świat przez wiele dni i wiele nocy, szedł tak daleko aż odkleiły się od niego cudze oczy, aż przestał czuć na sobie czyjekolwiek spojrzenie – próżnia doskonała, pustynia. Czasami pustynia to dobre miejsce.
                 Potwór zagrzebał się głęboko w piachu i zasnął na wiele dni, i być może zwinięty w pełen ciszy i ulgi kłębek, zasypany piachem i mijającym czasem spałby do dziś, gdyby nie obudził go głód - zwykłe, trywialne, niemetaforyczne i wyjątkowo dręczące mruczenie żołądka. Bo przecież ciało drwi sobie z naszych emocji, z naszych rozterek, ciało ma inne potrzeby, ciało bywa na przykład wściekle głodne… Z głębi piaskowej nory zaskowytała bestia aż zadrżało każde pustynne ziarenko. „Jestem głodny!!! jestem strasznie głodny!!!” – huczało w głowie nagle wzbudzonej bestii i ten złowieszczy huk od strony skręconych na supełki kiszek zagłuszył wszelkie inne niepokoje potwora. Szczękokrwist wynurzył się z piaskowego zagrzebania, zamknął oczy i zaczął nasłuchiwać śladów życia na pustyni, życia, które mógłby szybko zgasić i zjeść. Początkowo słyszał tylko swój wyjący z głodu żołądek, ale gdy już przywykł do jego gniewnego mruczenia, usłyszał coś jeszcze, bicie swojego serca, które dla każdej żywej istoty jest najbardziej kojącym dźwiękiem na świecie. „A może zjadłbym moje serce?” – przemknęło przez głowę potwora nagłe i kuszące pragnienie – „jest mało używane i na pewno pyszne”.  Dlaczego nie? Przecież serce można zjeść. Potwór powoli znużył pazury w swoim ciele, nie czuł bólu, czuł… przyjemność i ulgę. Dotknął trzepoczącego serca, zacisnął na nim łapę i już, już miał je wyszarpać, gdy nagle usłyszał coś jeszcze - tupanie tysięcy małych nóżek - nieustanne, zwielokrotnione w miliony tup-tup-tup, uporczywe i coraz bliższe.
- Cześć, możesz nas zjeść!!!! – ryknęły chórem miliony mrówek, które dotuptały wreszcie do bestii.
- Ale… ale… ale… - Szczękokrwist miał tysiąc pytań, lecz jak to zwykle bywa: gdy mamy tysiąc pytań, to nie zadajemy żadnego, więc i on utknął na tym jąkającym się „ale”, jednocześnie jednak puścił swoje serce i schował pazury.
- Nie gadaj, tylko zajadaj!!!! – ryknęły mrówki.
„Rymują i chcą, żeby je zjeść, mrówki na pustyni.. o co chodzi z tymi mrówkami!? jakaś moja nemezis czy co….” – potwór miał gonitwę myśli, lecz uporczywy głód szybko ugasił wszelkie wahania i Szczękokrwist pożarł mrówki, co do jednej, niemalże…. „Pożywne cholery… trzeba im było jakoś podziękować czy coś…” rozważał głaszcząc się po pełnym brzuchu.
- Hej, a ja? – zawołał cieniutki głos.
- Że kto?
- Ja!!!! – tuż obok łap bestii stała ostatnia mrówka.
- Daj spokój, już nie mogę.
- Ale ja też chcę być pożarty!!!!
- Mały, wracaj do mrowiska, nie dam rady... – mruknął potwór czując, że robi się przyjemnie senny i że definitywnie nie chce mu się z nikim gadać.
- Jak wracaj, jak wracaj?! i co ja tam powiem, że jestem niejadalny? ja jeden, czy wiesz, jaki mnie czeka ostracyzm i wzgarda? Myśmy tu przyszli z przyjaźni! ratować ciebie! Taka misja! Zjedz mnie i nie rób scen!
- Że co?! – bestia rozbudził się nagle. – Ja nie mam przyjaciół!
- A my to co?!
- Wy to… mrówki.
- Przyjaciele!!!
- Od kiedy?! – ryknęła zniecierpliwiona bestia.
- Od kiedy Edek zdradził ci sekrety mrówek, Edka nie pamiętasz?! Mały, irytujący, bezczelny, podobno go zgniotłeś, musisz pamiętać!
- No tak… więc miał na imię Edek… - potworowi nagle zrobiło się okropnie wstyd, że tego nie wiedział, że zgniótł, że teraz zjadł te mrówki, że zapomniał o tym, o czym powinien pamiętać.
- My mrówki jesteśmy klanowe i prostolinijne, jedna jest jak wszystkie, znasz nasze sekrety, jesteś przyjacielem, ratujemy, choćby nie wiem co, sekrety są przecież na zawsze, sekrety to podarunek. Zjedz mnie no…. – mrówka była wyraźnie zniecierpliwiona.
- A może mógłbym pójść z tobą? Do domu? – spytał cicho bestia.
- Chcesz zjeść wszystkich?! Co za żarłok?! no nie wiem, czy królowa się zgodzi…. Wiesz, musimy jednak jakoś przetrwać…
 - Nie, nie, nie. Ja bym chciał tylko z wami być. Jak przyjaciel.
- Tak bez zjadania? – upewniła się mrówka.
- Bez.
- Sekrety i przyjaźń?
-Tak – bestia była stanowcza i zdecydowana, więc mrówka po prostu uwierzyła jej, bo przyjaciele wierzą i już.
                Szczękokrwist opuścił pustynię w towarzystwie mrówki. Wkrótce stał się najsłynniejszym na świecie budowniczym mrowisk, architektem i znawcą mrówczego życia. Napisał też wiele książek w tej nie dość dotąd zgłębionej i nonszalancko traktowanej przez świat nauki dziedzinie. „Tajne życie mrówek”, „Mrówki i ja”, „Droga mrówki”, „Edek – mrówka mojego życia” -  to tylko niektóre, najbardziej poczytne tytuły. Nigdy więcej nie zjadł też żadnej mrówki, nigdy nie zapomniał o Edku i nikomu nie zdradził największych mrówczych sekretów, i oczywiście żył długo i był szczęśliwy w najlepszy z możliwych dla siebie sposobów.           


K. H. Sp. z o.o.

środa, 18 stycznia 2017

ostatnie słowa do księcia

Ja i Wojtek nigdy się nie widzieliśmy, ale czasami się zdzwaniamy, żeby pogadać, być może poflirtować w jakimś sensie, ale nagle, gdy kilka dni temu do mnie napisał odkryłam, że zupełnie już z tego wyrosłam, wyrosłam z tego naszego gadania i już się do niego nie odezwę, nie z jakiejś konkretnej przyczyny, po prostu ta formuła się wyczerpała, nie mam mu nic do powiedzenia, nic mam też nic  do usłyszenia, to ślepy zaułek rzeczywistości. Nie warto tam zaglądać nawet w chwili nudy. I właśnie tak skończyła się ta moja dziwna rzecz z Wojtkiem, czeskim księciem półkrwi.

W. - :*
K. - Bez żartów....
W.- I za to cię uwielbiam. W najśmielszych snach nie wyobraziłbym sobie takiej odpowiedzi.
K. - Już mi się nie śnisz, moment minął.
W. - Nie moment, a pół roku. Niemniej i tak chcę cię usłyszeć. I co najmniej małe co nie co o Twoim życiu. Skuś się.
K. - Książę, nie stanowisz dla mnie pokusy. Powiedz pa.
W. - Aaa tooooo, to ja już dawno wiem. Sama nie pałałaś chęcią napisania do mnie przez te pół roku. Ale lubimy ze sobą rozmawiać. Nawet jak pół książę i czarownica.
K. - Nie jestem w nastroju. I nie będę.
W. - A ja nie szukałem twojego numeru dłużej niż pięć sekund. Dobrze. Poczekam na nastrój. Wiesz, że warto.
K. - ....................

wtorek, 17 stycznia 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek (skórzana nocą)

szkoda, bo to piękna rękawiczka, prawie nie do zauważenia na ciemnych gałązkach, rękawiczka bez szans i nadziei, Mała Mi powiedziała ze smutkiem: "Zabierzmy ją do domu", ale nie zabrałyśmy, bo może jednak... nigdy i nic nie wiadomo, bo przecież może jednak


poniedziałek, 16 stycznia 2017

biel i brzask

obudziłam się rano, a za oknem świt i zima, strasznie pięknie jakoś, niesamowicie pięknie, 
zachwyt to jest to uczucie, które często mi ostatnio towarzyszy




niedziela, 15 stycznia 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek (beżowa, lekko zasypana)

rękawiczka ewidentnie jest damska i nie wiem czemu zrobiła na mnie wyjątkowo smutne wrażenie, z pewnością nie jest to klisza mojego nastroju, więc może było coś wsobnie smutnego w tej rękawiczce? leżała sobie na przystanku, śnieg ją przysypał - wyglądała jak ostatnia scena z jakiegoś obyczajowego filmu o rozstaniu i stracie


sobota, 14 stycznia 2017

dziś mam urodziny..... brawo ja

no to znowu mam urodziny, taka prawda, kolejny rok mija, dostałam niesamowity prezent ;)
i tyle, poprzestańmy na tym, bez rozdrapywania i apokaliptycznych refleksji


piątek, 13 stycznia 2017

wielkie zaskoczenia

zakwitła mi orchidea, zupełnie podstępnie i niespodziewanie, to raz, a poza tym mam w sobie jakieś emocjonalne poruszenie, jest to ostatnia rzecz, której się w tym momencie mojego życia spodziewałam, ale no tak... naprawdę zadrżało mi się tam w środku zimy niepokojem, dobrze wiedzieć, że nie obumarła mi jeszcze zdolność do nagłych przypływów emocji, no kto by pomyślał?....




czwartek, 12 stycznia 2017

Barańczak i stalker - wspomnienie

Kiedy Kuba odpływał już gdzieś indziej, choć wcale nie miał na to ochoty i nieudolnie się przed tym bronił, na jednej z ostatnich lekcji, na których zawitał, a także dlatego, że było to absolutnie konieczne, dostał ode mnie wiersz Barańczaka do analizy i oczywiście poradził sobie świetnie, on z jego twórczą nadwrażliwą wyobraźnią, jak mógł sobie nie poradzić? był z siebie taki zadowolony, patrzyłam na to z przyjemnością i sentymentem, wiedziałam już wtedy, że będzie mi go brak i martwiłam się o niego, w sumie zawsze się o niego martwiłam, wydawał mi się kruchy, nie chciałam, żeby te emocje, ta osobowość, to wszystko, żeby to się zniszczyło, zmarnowało, zatrzasnęło w sobie, a przecież nie mogłam zrobić prawie nic, mimo wszystko pamiętam go na zawsze i mam dla niego puste miejsce w moim krajobrazie. Kuba jest dla mnie Kimś.

Widokówka z tego świata ... (S. Barańczak)

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie,
z którego mam za darmo rozległe widoki:
gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
ta sama mroźna próżnia
milczy swą nałogową
odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie,
Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
Ale dosyć już o mnie. Powiedz co u Ciebie
słychać, co można wiedzieć
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zawarłem w chwili
dumnej, że się rozrasta w nowotwór epoki;
choć jak ją nazwą, co będą mówili
o niej ci, co przewyższają nas o grubą warstwę
geologiczną, stojąc
na naszym próchnie, łgarstwie,
niezniszczalnym plastiku, doskonaląc swoją
własną mieszankę śmiecia i rozpaczy -
nie wiem. Jak zgniatacz złomu, sekunda ubija
kolejny stopień, rosnący pod stopą.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Tobie mija
czas - i czy czas coś znaczy,
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zagłębiam się w ciele,
w którym zaszyfrowane są tajne wyroki
śmierci lub dożywocia - co niewiele
różni się jedno z drugim w grząskim gruncie rzeczy,
a jednak ta lektura
wciąga mnie, niedorzeczny
kryminał krwi i grozy, powieść-rzeka, która
swój mętny finał poznać mi pozwoli
dopiero, gdy i tak nie będę w stanie unieść
zamkniętych ciepłą dłonią zimnych powiek.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Ty się czujesz
z moim bólem - jak boli
Ciebie Twój człowiek.

środa, 11 stycznia 2017

moja babcia mawiała... (7)

Miłość dobrej kobiety może uratować mężczyźnie życie, 
a miłość do złej całkiem je zniszczyć, 
warto jednak być dobrą tylko dla dobrego człowieka.

*****

zupełnie inna babcia niż cytowana dotąd, ale babcia to babcia, ta akurat poiła mnie koktajlem malinowym i zabierałam mnie w wakacje na pogaduchy przy kawie do swojej przyjaciółki, one gadały, ja się grzecznie sobą zajmowałam i trochę podsłuchiwałam, jak to starsze kobiety, mówiły o zdrowiu i o sąsiadach, często o przeszłości, plotkowały oczywiście, czasem mówiły coś o mnie, ale rzadko, tylko pozwalałby mi ze sobą być i dobrze to wspominam; ostatnio widziałam na półce w Empiku powieść Munro "Miłość dobrej kobiety" i nagle przypomniały mi się tamte plotki i słowa babciowe, dziwnymi ścieżkami chadza moja pamięć, chyba trzeba po prostu kupić tę książkę, przeczytać i w ogóle...

wtorek, 10 stycznia 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek (zagubiona w śniegu)

wielka męska rękawica w sam raz dla wielkich męskich rąk wielkiego mężczyzny, widać nie tylko dzieci gubią rękawiczki, rzecz dotyczy także wielkoludów i może przydarzyć się każdej rękawiczce, pada śnieg, to już koniec


poniedziałek, 9 stycznia 2017

codziennie mijam.... (niebieskie "dobranoc")

idąc do pracy i nierzadko także wracając mijam pewien namolny napis i rysunek, nie wiem czemu, ale jakoś mnie on bawi, zawsze się przynajmniej trochę zdawkowo uśmiechnę, przechodząc obok, kamień milowy mojej codzienności, zwykła rzecz, niebieskie "dobranoc"


sobota, 7 stycznia 2017

przereklamowana i niespójna bajeczka ("Sing")

Po świetnych, zabawnych zwiastunach spodziewałam się... czegoś o wiele lepszego, tymczasem faktycznie najlepsze sceny są po prostu w zwiastunie i tyle, cała fabuła okazuje się mocno niespójna, a miejsca nudnawa, film niby jest dla wszystkich, ale przez to trochę też dla nikogo, bo niby świat jest bajkowy i dla dzieci, prawdopodobieństwo pewnych zachowań czy wyborów postaci rzeczywiście pozostaje na dziecięcym, naiwnym poziomie, a z drugiej strony główne postaci tej wielowątkowej opowieści mają problemy wycięte wprost ze świata dorosłych, które dla dzieci nie będą do końca czytelne, bo czy problemy małżeńsko-rodzinne świnki, kryminalne uwikłania ojca małpy, która szuka jego akceptacji, próżność i narcyzm myszy lub wreszcie kłopoty zdradzonej dziewczyny jeżozwierza, która tkwi w toksyczny związku albo niedojrzałość emocjonalna i życiowa owcy są dla dzieci jasne i zrozumiałe, skoro w ogóle w takiej postaci, w jakiej je ukazano nie leżą w spektrum ich doświadczeń? myślę, że na pewno nie są, z kolei dla dorosłych jest to mimo wszystko prezentacja irytująco uproszczona, poza tym... owszem usłyszałam fajne piosenki i bajkę się generalnie lekko ogląda, ale nie zachwyca, nie porywa, jest mocno przeciętnie, przewidywanie i niezwykle niespójnie na poziomie fabuły i budowy postaci, pogapiłam się, ale w sumie jestem rozczarowana.