czwartek, 19 października 2017

słodycz i rozpusta

przybyła do mnie niesamowita czekolada, mleczna, przepyszna ze słonym karmelem, więc pochłonęłam ją w zasadzie od razu, niezwykle rzadko decyduję się na tak drastyczny krok, ale... no cóż... nie oparłam się, czekoladzie towarzyszył marcepan, ale został oszczędzony, bo dosłodziłam się tą czekoladą jak rzadko, czekoladzie towarzyszyło także wiele słów, na które oczywiście jakoś tam czekałam, więc jadłam, pisałam sobie i jadłam, i zapijałam białym winem, taka rozpusta przy czwartku... a przecież  jeszcze wcześniej ciasto od Gosi i przedobre ptysie.... i winogrona.... w sumie wyjątkowo słodki czwartek, takim warto go pamiętać


środa, 18 października 2017

czas, o którym marzyłyśmy ("Pierwszy śnieg")

Przez wiele lat, w ciągu których Marta i ja wychowywałyśmy nasze córki często marzyłyśmy o momencie, w którym będą dość duże, by zostawały same, umawiałyśmy się, że wówczas my  zaczniemy chodzić do kina, do teatru, gdziekolwiek tylko we dwie, ten czas powoli nadciąga, nagle okazuje się jednak, że często jesteśmy zbyt zmęczone innymi sprawami, aby z tegoż czasu korzystać, ale czasami się udaje, czasami korzystamy i dziś byłyśmy w kinie, dwie kobiety w wieku okołobalzakowskim bez córek, bo te już jakby chcą nas mniej... a film... niezły, Fassbender boski, dla niego warto było iść, ładne plenery, intryga zawikłana, bo wielopoziomowa, ale jakoś głupio prowadzona, znowu reżyser, który uznał, że robi film dla idiotów i ciągle odbiorcy podpowiada psując klimat i napięcie, fabuła ma ślepe zaułki, które nie zostały dokończone, muzyka nie porywa, za to zdjęcia i owszem, sceny morderstw drastyczne, ale nie pozbawione sensu, nie jest to bezrozumne epatowanie przemocą, na drugim planie Val Kilmer, mało piękny, bardzo stary, zmęczony i zniszczony, przefatalnie zdubbingowany, oprócz niego świetna Charlotte Gainsbourg, do której mam słabość od czasów jej kostiumowej roli w "Dziwnych losach Jane Eyre" i uważam, że jest cudowną i niedoceniona aktorką, w sumie... film poprawny, ale przeciętny, nie ma w nim tego, co najważniejsze w kinie psychologicznym i thrillerze, czyli napięcia emocjonalnego, finał wypada płytko i jakby nie wiadomo skąd się bierze, gdzieś w scenariuszu i prowadzeniu opowieści jest skucha, mimo wszystko... fajnie było iść z koleżanką, bez dzieci... taka nowa i nowo odkrywana wolność

wtorek, 17 października 2017

dwa bajkowe buty

lubię rzeczy absurdalne i bez przyczyny, które sprawiają, że jakby rozdzierała się rzeczywistość, niepokoi mnie to i ekscytuje jednocześnie, bo nagle dzieje się coś innego, dziś znalazłam buty, dwa czarne kobiece botki, ustawione w parze, ładnie, jakby jakaś XIX-wieczna grzeczna dziewczynka (aż się prosi powiedzieć pensjonarka) ustawiła je w swoim panieńskim pokoju tuż przy łóżku, ale te nie stały wcale przy łóżku, tylko przy krawężniku, lekko ukryte w żywopłocie i osłonięte trawą, ładnie sobie stały, jakby czekały na właścicielkę, która już zaraz przyjdzie, jakby bawiły się z nią w chowanego, czyste, oczekujące na włożenie i spacer botki, i nie wiem po co one tam są ani nie wiem jak, nie wiem dlaczego ani skąd przybyły, zresztą nie muszę tego wiedzieć, ale pomyślałam, że strasznie te buty fajne są w swoim bezzasadnym staniu w miejscu, w którym nikt się ich nie spodziewa i w którym nikt zapewne na ich obecność nie czeka, ich wyczekiwania to nie narusza i jest w tym bajka, jest w tym Coś



niedziela, 15 października 2017

przypadkowi czytelnicy

jechałam dziś i czytałam, obok mnie Mała Mi też wtopiona w kolejną część Eragorna, zwykle tylko my czytamy, ludzie okoliczni, współpasażerowie zwykle siedzą w telefonach, prowadząc tam zapewne jakiś inne alternatywne życie... ale dziś nie, dziś czytelników było więcej, w dodatku każdy skupiony na swojej lekturze, myślę, że jest to rzecz warta odnotowania i dodam tylko, że nie wszystkich udało mi się ustrzelić, była też śliczna młoda dziewczyna, która wsiadła z Poświatowską w ręku, ale skończyła na Orwellu, brodaty chłopak, na oko student, który przez bite dwie godziny walczył z podręcznikiem do genetyki, a potem przerzucił się na "Poradnik wędrowca"... czytają  jednak ludzie i fajnie, i jakoś pomyślałam, że to chyba dobrze dla świata i dla nich samych, Mała Mi była najmłodszym czytelnikiem, a ja nie byłam najstarszym, co traktuję jako wartość dodaną


 

sobota, 14 października 2017

surrealistyczna jesień

dziś jest dzień autentycznej złotej polskiej jesieni, zatem spacer - ciągle towarzyszyło mi nieodparte wrażenie pewnego nieprawdopodobieństwa życiowego, bo mnóstwo słońca, kolorów, totalny surrealizm ściekał po świecie, na wielu płaszczyznach, bo widzę i patrzę i wiem, ale żeby aż tak? ale niech tak będzie myślę sobie, niech się dzieje, jestem, uczestniczę, współtworzę tę jesień, taka widać miała być




piątek, 13 października 2017

tęcza i kwiaty bez jednorożców

przyłapałam tęczę na podłodze i z automatu uznałam, że to dobry omen, nie dociekałam nawet, co tę tęczę zrobiło, zamiast tego wybrałam się do ogródka kompulsywne sadzić kwiatki: tulipany, hiacynty, przebiśniegi, krokusy i szafirki, było mi świetnie, oby tylko przetrwały zimę i na wiosnę się pokazały, dorzuciłabym jeszcze narcyzy i żonkile, ale to może innym razem, teraz ironicznie myślę sobie - tęcza, kwiatki, no jeszcze pojawią się jednorożce i będzie jak w ckliwej kreskówce o My Little Pony... jak widać nie jestem w szczytowej formie jeśli chodzi o skuteczny ironiczny dystans..., no cóż, to był po prostu strasznie fajny dzień, nie da się go obskrobać z tego całego słońca, radosnego grzebania w ziemi i ogólnej fajności, nie da się i chyba nie trzeba, jadłam lody karmelowe, w ogóle dużo dobrego jedzenia było... pies oszalał biegając wśród liści, "jest dobrze" - myślałam sobie, po prostu "jest dobrze"...


czwartek, 12 października 2017

"(...) krew nie woda, co wie każdy, kto próbował obu." (M. Atwood "Ślepy zabójca")

Dawno temu kupiłam tę powieść Atwood, bo jeszcze gdzieś na studiach, może nawet wcześniej, dość wcześnie by kilka lat leżała na strychu, na którym pogryzły ją trochę myszy, a potem ją odzyskałam, zabrałam z licznych życiowych zgliszczy, bo to Atwood i ładne wydanie mimo wszystko, także przez te ostatnie lata w Zielonej Górze leżała i czekała na mnie i chyba dobrze się stało, tytuł każe się spodziewać taniego melodramatyzmu lub równie niewyrafinowanej sensacji, a tymczasem jest to świetna postmodernistyczna powieść obyczajowa i być może rozumiem ją w pełni dopiero teraz, nie wyobrażam sobie, że czytam ją jako 20-latka i że ona rzeczywiście w pełni dla mnie Znaczy. Narratorką i kluczową postacią tej..  no w sumie sagi rodzinnej jest stara kobieta, która opisuje dzieje rodziny, może nie brzmi to porywająco, brzmi jak coś co już było, ale jest to rzecz genialnie napisana, ta perspektywa starości, która rzuca cień na wszystko, w tle nieusuwalne i zmienne znamię czasów, specyfika konstrukcji, bo w tej powieści ukryta jest druga zupełnie osobna powieść, do tego pomysł z wklejeniem wycinków z gazet, które mówią jednocześnie wszystko i nic o historii powolnie wymierającej rodziny, wchodziłam w ten świat z wahaniem, bo nie mogłam się w nim połapać, ale jak już mnie wchłonął, to nie mogłam przestać, do tego jest to też zwyczajnie piękna proza, bardzo kobieca w metaforyce i sensualnym postrzeganiu świata, bardzo dosadna i wiarygodna w warstwie psychologii, no świetna powieść.

Margaret Atwood "Ślepy zabójca"

Margaret Atwood "Ślepy zabójca"

Margaret Atwood "Ślepy zabójca"

Margaret Atwood "Ślepy zabójca"

"Nie zrozum mnie źle. Nie naśmiewam się z dobroci, która jest o wiele trudniejsza niż zło, a równie skomplikowana. Po prostu czasami trudno ją znieść."

środa, 11 października 2017

cytrynowe pokłosie

u schyłku wakacji posadziłam kilka cytrynek, prawdziwy egzotyczny, cytrusowy gaj, przynajmniej potencjalnie, nie miałam co do nich wielkich nadziei, a tymczasem.... są i rosną, cytrynowe drzewa rosną nam jesienią, w której wszystko zamiera i jest w tym jakiś paradoks i pokrętny optymizm, bo przecież robi się coraz ciemniej






wtorek, 10 października 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek - kawałek nieba

ktoś całkiem mi obcy zgubił błękitną rękawiczkę... jakby się strzep nieba obszarpał i spadł z nieba na trawę, dostałam ten strzępek w prezencie i jest to jeden z moich ulubionych typów prezentów - pamieć i uważność, której nie można kupić ani udawać, a która jest gestem mocniejszym i wiarygodniejszym niż wiele słomianych słów


niedziela, 8 października 2017

"Maniery zdobią człowieka" ("Kingsman. Złoty krąg")

się dawno nie było w kinie, zatem się wybrało, z założenia na coś lekkiego, ale nie bez ambicji, pamiętam część pierwszą Kingsmana, to było fajne kino, dowcipne, eleganckie, pełne udatnych parodii, druga część Kingsmana trzyma ten sam klimat, nie jest to tysięczny film o agentach korony, jest to film wykonany z dowcipnym dystansem do Bondowskich i wszelkich szpiegowskich tradycji, mnie to odpowiadało, bebechy nie fruwają obleśnie, mimo dynamiki całego scenariusza, dużej ilości pomysłowych scen walki i niebanalnych gadżetów, ale nie tylko.... bo nawet ktoś kogoś mieli w maszynce do mięsa i jakoś pokrętnie estetycznie to wychodzi..., a to wszystko w ironicznym, złośliwym sosie, który nie mógł mi się z przyczyn oczywistych nie podobać, opowieść zawiera nawet pewien dramatyzm, ale wiadomo, że musi skończyć się dobrze, zagrało w nim wielu naprawdę dobrych aktorów: Colin Firth, Julianne Moore, Halle Barry, Jeff Bridges czy Mark Strong, to jest jednak aktorska pierwsza liga, i te ich kreacje nawet lekko przerysowane, co jest specyficzne dla gatunku, przecież się bronią, no i wisienka na torcie, kapitalna drugoplanowa rola Eltona Johna w roli Eltona Johna.... cudna i autentycznie zabawna - film lekki, dobrze wykonany, trzymający uwagę, pełen czarnego humoru, dobra rozrywka

czwartek, 5 października 2017

krajobraz po burzy

no tak, tak to właśnie wyglądało.... drzew oczywiście szkoda, ale przede wszystkim ludzie... przyczajeni jacyś, niespokojni, wszyscy mówią o burzy, zerkają po okolicy, kto jest, a kogo nie ma, wszyscy mówią o wietrze, widać nie tylko ja wystraszyłam się zeszłej nocy...

 
 

 

środa, 4 października 2017

Ksawery

wystraszyłam się, to śmieszne jak kruche jest poczucie bezpieczeństwa, które człowiek ma w swoim małym pozornym życiu, wystarczy wiatr, który urwie kilka gałęzi, mroczne opustoszałe nagle ulice, wystarczy, że w jednej chwili zabiorą wodę i prąd, a miasto pochłonie całkowita ciemność i zostanie ci wcale nieromantyczne światło świec, gdy za oknem świszcze i huczy, gdy wyją i zwodzą syreny nieustannie kursującej straży, nie wiem kiedy poczułam się zagrożona i okazało się, że mam pod skórą taki sam instynktowny niepokój, jak moje głupie koty, pochowane po kątach, jak pies, który zaglądał mi w oczy z pytaniem o koniec świata, okazało się dziś w nocy, że skruszył mi moje poczucie bezpieczeństwa ten orkan, a przecież nic się nie stało...


niedziela, 1 października 2017

przybyły kasztany i co? i nic, zupełnie

wracałam do domu i no tak... po prostu trochę smutna byłam, jakaś odrealniona i rzeczywistość mi się rozkleiła, bo jakaś tęsknota, bo jakaś jesienna nostalgia, trochę chłodno, mocno osobno, szłam po liściach, po kasztanach, po opustoszałych ulicach, tak właśnie zaczął mi się październik, od słodko-gorzkich pożegnań, od pewnej mimowolnej niechęci, z którą myślę o tym miesiącu teoretycznie złotej polskiej jesieni, nie obchodzi mnie przecież to złoto, zauważam jedyne w swoim rodzaju piękno świeżych kasztanów, robię im zdjęcia jak co roku, ale mnie to nie obchodzi




sobota, 30 września 2017

kolejne grzybobranie

no i wychodzi na to, że zbieranie grzybów mi się spodobało, nawet trochę już się znam, choć ryzyko, że struję nimi cały świat nadal jest znaczące... co zresztą nie ma większego znaczenia, liczy się chodzenie przez las, trochę się błądzi, ale nie do końca, jest jeszcze słońce, bycie, zapach jesieni, która jeszcze nie jest paskudną pluchą, to był ładny, pełen słońca dzień pod każdym względem, znalazłam kurki, na balkonie suszą się grzyby, pięknie jakoś... poproszę więcej i jeszcze






piątek, 29 września 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek - szara w szarości


- Zobacz, rękawiczka...
- Ale taka, coś ty, to zwykła robocza jest, zostaw ją...
- Nie, chcę ją mieć.
- Tylko tego peta obok pomiń.
- Nieważne [ale ok, pomijam].

czwartek, 28 września 2017

prawie przegapiłam jesień

co roku robię zdjęcia jesieni i jesiennych liści, w tym roku prawie je przegapiłam, prawie mi to zaczęło umykać, jakoś tak jest, że wszystko odciąga moją uwagę, że zajmuje mnie życie, praca, miotnie się bardziej niż patrzenie na świat, i to jest bardzo dobrze w gruncie rzeczy, i nie ma tym raczej nic złego, cieszy mnie przecież to co jest i trwa, tylko że dopiero dziś to zauważyłam, więc mimo wszystko zatrzymałam się, bo warto jednak zauważać i pamiętać tę jesień


środa, 27 września 2017

wspomnienie, które nie jest wspomnieniem

nie wiem, nie umiem orzec, czy istnieją inne alternatywy, inne życia, inne wcielenia, nie wiem, bo nie umiem tego ustalić w sposób, który by mnie umocnił i przekonał, ale jeśli kiedyś coś było, jeśli moja dusza siedziała w innej skórze i innej rzeczywistości, to jedyne co pamiętam to nieustanny, niecierpliwy niepokój po niespełnionej obietnicy, mojej obietnicy, bo to ja przyrzekłam, coś kiedyś komuś przyrzekłam i wierzyłam temu przyrzeczeniu, przyrzekłam całą sobą, całą moją wolą i dlatego nie mogę się od tego uwolnić, obiecałam, że odnajdę, że poczekam, że będę.... i idę przez to moje życie w z poczuciem zagubienia, z jakimś gorączkowym niepokojem, rozglądam się, szukam, nie wiem kogo, nie wiem czego, nie wiem po co, wiem jedynie, że przyrzekłam, że obiecałam, że jak zobaczę to być może będę wiedziała, tak sądzę, nie mam pomysłu, skąd mi się to wzięło, ale jakoś mnie to goni przez życie, mglista klisza po nieudowadnialnym kiedyś

wtorek, 26 września 2017

pod skóra obcego miasta (Czerna)

Czerna to malutka miejscowość pod Zieloną Górą, malutka stacja, ma nowoczesne odremontowane perony, ale sam budynek już nie, w każdym razie nie do końca, jest tam napis, ale spod napisu wyłania się uparcie inny napis, i jeszcze inny, jedno słowo powielone kilka razy ręką, która zapewne już nie istnieje, nawet jako czyjeś wspomnienie, patrzę na to nie pierwszy raz, nie zauważałam, i on też pewnie nie zauważał, bo było to nieważne dla nas, a jednak, jest w tym ulotność, która mnie martwi, niepokoi, prześladuje, jestem na taką ulotność podatna


poniedziałek, 25 września 2017

"Czasem myślę, że jestem czymś przesłonięta." (Ł. Orbitowski "Szczęśliwa ziemia")

"Czasem myślę, że jestem czymś przesłonięta. Chciałabym, żebyś zerwał ze mnie tę zasłonę. Tylko boję się, że pod nią nic nie ma, że jestem tylko tą zasłoną."

Przeczytałam świetną powieść, już drugą Orbitowskiego, którą właściwie pochłonęłam, jest bardzo dobra, niby jak baśń, bo ma cechy i klimat baśni, baśniową metafizykę i magię, ale nie ma fantastycznego sznytu, nie ma cukierkowej dziecięcości, bo to baśń gorzka, przed którą nikt i nic cię nie uratuje i to wypada świetnie, cała ta opowieść jest tak wrośnięta w dotkliwie prawdziwe realia małego dolnośląskiego miasteczka i grupy dorastających  w nim chłopców, którzy bardzo chcą, ale nie mogą z różnych przyczyn i w różnych sensach poza to miasteczko wyjść,  że tej historii, pomimo fantastycznych wątków wierzy się jeden do jednego, bezkrytycznie, w jakimś sensie jest to powieść inicjacyjna, historia dorastania, uwalniania się, dojrzewania, ale to także bardzo uniwersalna opowieść o nieusuwalnej obecności zła, o rozczarowaniach, jakie niesie życie, o tym, jak nasze najniewinniejsze i najprostsze życzenia okazują się czymś innym niż to, czego rzeczywiście chcemy i potrzebujemy, o tym, że w swoim rodzinnym domu w pewnym sensie mieszka się całe życie; często mówiąc o trudnych wydarzeniach ludzie używają sformułowania, że coś jest "szczęściem w nieszczęściu", w tej powieści jest odwrotnie, w szczęściu jest nieszczęście, ukryte i pieczołowicie zwinięte, jak rachunek, który trzeba zapłacić za każdy dar, bo nic nie jest darowane za darmo, świetny ten Orbitowski, dobra historia, dobra narracja, genialna psychologia postaci, znakomicie prowadzona wielowątkowość, bo żadna nitka tej historii nie jest bezcelowa, wszystko ma sens w perspektywie całości, jest to zwyczajnie powieść dobrze skonstruowana, podoba mi się też piękny balans między zupełnie realistyczną i rzetelną opowieścią o współczesnych trzydziestolatkach uwikłanych w świat a bardzo ponadczasową baśniowością całej opowieści, to jest powieść naprawdę dobra, dojrzała i pełna niesamowitości, grozy, która jest bardzo prawdziwa, rzeczywistość ma tam w sobie zawsze coś więcej i to jest straszliwe Więcej, niesamowite Więcej, nie mogłam się oderwać

Łukasz Orbitowski "Szczęśliwa ziemia"

Łukasz Orbitowski "Szczęśliwa ziemia"

niedziela, 24 września 2017

pierwszy i jedyny

w tym sezonie to mój jedyny start w zawodach, przez wakacyjny sentyment właśnie w tym a nie innym miejscu, padał deszcz, a bieg był więcej niż kameralny, tymczasem ja kompletnie nierozbiegana, bo po anginie stulecia nie było na to szans, mimo to pobiegłam sobie czy potuptałam raczej i jakoś fajnie było, zapomniałam już, jaki pozytywny, mobilizujący klimat mają amatorskie zawody, nawet nie wiedziałam chyba, że trochę za tym tęsknię, ciekawy czas, ciekawy dzień...

sobota, 23 września 2017

tygodniowy plon wschodów

oglądam co rano wschód słońca, jakby z innego świata, na pewno z innej galaktyki, a potem zbieram je, i staram się każdy z nich dogonić i przecież doganiam

18.09
19.09
20.09

21.09
22.09

piątek, 22 września 2017

towarzyszka podróży

podróżuję, naprzeciwko mnie pewna pani uparcie zajęta sobą i ok, i fajnie, bo nie lubię podróżnych zaczepiaczy, czyta i czyta, nie udało mi się podejrzeć co to było, ale pochlania ja ta lektura całkowicie i konsekwentnie i myślę sobie, że ładnie jej w tym niebieskim sweterku, że ma groźną minę, ale to przecież o niczym nie świadczy, biała torebka jest nienagannie czysta, siwe włosy starannie ułożone... patrze na stare kobiety i zawsze przewiduje moment, w którym stanę się jedna z nich, czasami myślę o tym z żalem, czasami zaledwie z zaciekawieniem, a zaraz potem myślę o tym, że każda z nich była taka jak ja, że były kiedyś małymi dziewczynkami w kolanówkach i sukienkach, którym matki zaplatały warkocze, były dziewczynami skrycie zakochanymi w chłopcu, który się tego nie domyślał, był matkami lub tylko pragnęły nimi być, miały mężów, kochanków, przyjaciółki, z którymi plotkowały, i przecież wiem, że starość nie znaczy, że to się kończy, może tylko się zmienia, ogranicza wraz z kręgiem ludzi, którzy znikają zabrani przez czas, my kobiety żyjemy dłużej, czasami bardzo długo, więc są takie jak ja, a ja jestem taka jak one, kiedyś moje ciemne włosy będą całkiem białe i jestem tego trochę ciekawa


czwartek, 21 września 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek - czerwona

trudno mi ocenić, ale to chyba jakaś ogrodnicza, robocza rękawiczka jest, w sumie to nieistotne,  chodzi tylko o to, że ta czerwień tak pięknie wygląda i że nie da się jej pominąć ani nie zauważyć


środa, 20 września 2017

"Feel the vibe, feel the terror, feel the pain..." (Hooverphonic - Mad About You)

to nie jest zupełnie nowe odkrycie, ale się zasłuchuję aktualnie całą tą płytą "Hooverphonic with Orchestra", gdzieś mi się to ociera o Portishead, ale w gruncie rzeczy ociera się to o mnie i moje coraz mocniej przesiąknięte jesienią nastroje, ten specyficzny całokształt, świetna orkiestra w tle, piękna suknia w pasy, lekki skowyt wokalu... jakieś szaleństwo, jakiś niepokój lejący się płynną falą, coś czemu nie masz ochoty się opierać, więc się nie opierasz

wtorek, 19 września 2017

parodia to tylko parodia (M. Samozwaniec "Na ustach grzechu")

M. Samozwaniec "Na ustach grzechu"
sięgnęło mi się po starą powieść, prawdziwą ramotę... i niby to jest udolnie napisana parodia "Trędowatej" i innych romansideł z dawnych czasów, ale zarazem jest to tylko parodia, żadne przeżycie, żadna realna wartość, tylko zabawa konwencją, za którą nic poza drwiną nie stoi, jestem  zatem przedziwnie rozczarowana tą powieścią, choć widzę i doceniam, że jest ona parodią sprawnie wykonaną, może rzecz w tym, że nie ma tam nic więcej? opowieść o Don Kichocie też jest przecież parodią, ale jest nie tylko o tym, dlatego się broni, powieść Samozwaniec nie ma się czym bronić, przeczytałam, ale jej nie zapamiętam i nagle odkryłam, czemu filmowe parodie przepływają mi przez pamięć wartkim nurtem, zostawiając po sobie NIC


poniedziałek, 18 września 2017

jestem pusta i nie mam nic ciekawego do powiedzenia

chodziłam dziś i gapiłam się na ściany, a na jednej z nich ktoś coś powiesił i wynika z tego, że jestem pusta jak bęben i że nie mam nic ciekawego do powiedzenia, a co więcej - nie da się mi zaufać, tak mnie to zaskoczyło, że w pierwszej chwili nie poczułam, jak krwawię z oczu na widok mocno dyskusyjnej gramatycznej strony tego naściennego twierdzenia.... no cóż... lubię poplotkować, kto nie lubi? sama poetyka posiadania przyjaciółki wymaga plotkowania, posiadanie kolegów i koleżanek pozostających w bliższej zażyłości też niekiedy wymaga plotkowania, czy zatem plotkować zupełnie nie wolno? czy nie chodzi jedynie o kaliber i moc rażenia plotki? strasznie czarno-biała ta rzeczywistość się robi wokół mnie...


niedziela, 17 września 2017

mały koniec świata

wracałam dziś do domu z pewnym smutkiem, wlokło się z mną jakieś małe przedwczesne i zbyt pospieszne pożegnanie, była niedziela, dreptałam przez centrum miasta i nagle rozejrzałam się dookoła i stwierdziłam, że jestem całkiem sama, na głównej ulicy sporego miasta!, w którym jest remont co prawda, ale żeby tak nikogo nie było? ani jednego człowieka, samochodu, bezpańskiego kota czy ptaka nad głową, totalna samotność, pusta ulica bez życia, jakby skończył się świat, jakbym istniała tylko ja, jakby to musiał być sen, na krótki moment rozkleiła mi się rzeczywistość, pomyślałam sobie: "Wracaj już, jestem całkiem sama, zobacz, nikt inny nie istnieje, nikogo tu wokoło nie ma, wracaj."