czwartek, 17 sierpnia 2017

przynależności, czyli o tym jak odkryłam Beth Hart (Beth Hart - You Belong To Me)

przypadkiem, gdzieś między Krall, a Jopek i Amy zabłąkała się Hart, no to klikam i normalnie boję się tej kobiety, ma w sobie taką charyzmę i ostrość, takie spacerowanie po krawędziach, taki dramatyzm, w tym jak śpiewa, ale tez w tym jak się zachowuje, jak wypełnia przestrzeń, że wyobrażam sobie, jak by mnie to przytłaczało w kontakcie, jak by mi to zapierało dech, to jest babka, która w chwili namiętności spali świat, a w chwili gniewu wytłucze facetowi wszystkie talerze, przy czym połową w niego trafi, a jednak.... jakoś mi to imponuje, jakoś to podziwiam, i myślę sobie, jaka zachwycająca, ekstremalnie wyrazista babka... nawet jak to jakiś border jest, to co? i tak  - piękne zjawisko, mocne śpiewanie; a "You belong to me" to wspaniała opowieść i  trzeba właśnie być kimś takim ekstremalnym jak Beth Hart, żeby to zabrzmiało, żeby znaczyło

niedziela, 13 sierpnia 2017

biegając pod czwartą tęczą

biegałam wczoraj po małym stadionie, sama, jakoś się rozstroiłam, po myślach poszły mi fałszywe tony i postanowiłam to rozbiegać, sama już nie wiem, o co mi chodziło, o słowo lub gest, o coś błahego, co mnie zachwiało, łatwo mnie zbić z pantałyku ostatnio, choć nie wiem, czym jest pantałyk i w jednej chwili zjadają mnie wątpliwości i jestem najeżonym jeżem, nic nie jest łatwe, nie bywa, więc nagle wstałam i pomyślałam: rozbiegam to, pogoda taka sobie, szło na deszcz, na trybunach stadionu jakaś młoda para, jakiś piękny wakacyjny flirt, śmiechy, przekomarzania, a ja biegam i nie mogę się otrzepać, więc szybki dialog z przeznaczeniem, szybki zakład... jeśli będę tu biegała sama, to niech mnie już żrą te wątpliwości, bo może są słuszne, a jeśli zanim skończę biegać pojawi się współbiegacz (a dodam, że rokowania były niewielkie), to znaczy, że jestem wariatką i sama się nakręcam, i nie warto tego robić, nie warto ulegać słabościom i czarnowidztwu, i co? i tuż przed ostatnim okrążeniem okazało się, że ktoś za mną biegnie, potem deszcz się rozpadał, usiadłam na trawie, trochę mokłam sobie w tym deszczu, na niebie pojawiła się czwarta w te wakacje tęcza i okazało się, że jest mi doskonale, spłukałam z siebie zniecierpliwienia i kipiące myśli, których źródłem jestem głównie ja sama, i doceniłam, że to wszystko jest przecież dla mnie, z mojego powodu, i jeszcze ta mokra trawa, deszcz, tęcza, słońce i ten człowiek biegnący za mną - taki piękny moment, kawałek całkiem dobrego życia


sobota, 12 sierpnia 2017

niewiarygodne poranki

 sierpniowe poranki są ostatnio pełne jakiegoś mistycznego piękna, a ja dostaję codziennie szansę, aby na nie spojrzeć i to jest rzeczywiście niezwykły podarunek, można przecież podarować Spojrzenie na coś pięknego, można się nim podzielić i ten wybór, ta chęć - to właśnie jest podarunek, inny niż inne, zwykle cenniejszy niż góry złota i platyny, przynajmniej dla mnie, lubię to poranne światło sączące się przez chmury, cały ten niepodważalny blask, który nie mówi wcale, że czas mija i skazuje nas na to mijanie, ale raczej pokazuje, że jest nowy świeży dzień, pełen szans i okazji na wszystko, wystarczy nie psuć za dużo, usiłuję nie psuć zatem, plan minimum - nie niszczyć, to jest plan mimo wszystko ambitny

piątek, 11 sierpnia 2017

przyczyny gaśnięcia gwiazd (Miuosh feat. Krzysztof Zalewski - Perseidy)


ostatnio często ja i Silk wymieniamy kilka słów, Silk zawsze miała dar do pięknych słów, na które ja nigdy nie miałabym odwagi, bo wydają mi się zbyt górnolotne, by je wypowiadać czy czasami nawet pomyśleć, ale kiedy już Silk mówi, to myślę sobie często, że tak, tak jest, że jakoś czuję podobnie lub co najmniej rozumiem aż nadto, podziwiam odwagę Silk do ujmowania emocji w słowa, bez obawy, że narazi się na tani melodramatyzm czy śmieszność, ona mówi, kiedy ja przemilczam; ostatnio właśnie Silk powiedziała Coś jakiemuś swojemu ważnemu Komuś, a mnie echo tych słów zabrzmiało dziś w głowie wieczorem, kiedy tysięczny raz rozważałam mój stary dylemat: mówić czy milczeć - i oczywiście nie ma idealnego rozwiązania, rzecz jest więcej niż subiektywna i wiele zależy od konkretnej sytuacji, od tego kto, do kogo mówi także, ale Silk ma też rację, zbyt wiele milczenia czy raczej przemilczania tego, co powinno zostać wypowiedziane i nazwane, dookreślone - nie tylko na potrzeby Tu i Teraz, ale też na potrzeby Kiedyś i Potem - gasi ludziom ich gwiazdy i prowadzi do nieporozumień, niedomówień, które sieją zamęt - łatwo się w nim zagubić, w takim świecie, który nagle może stać się cudzy i obcy, któremu ciężko zaufać i jeszcze trudnej się w nim znaleźć, tak mi się wydaje, tak sobie pomyślałam; a przecież właśnie ja ostatnimi czasy zdecydowanie częściej milczę niż mówię, i nie do końca rozumiem, czemu tak jest, to nie tylko jakaś tam moja zwykła zachowawczość czy po prostu tchórzostwo, ja lubię milczeć, bo słowa płoszą mi rzeczywistość, bo wydają mi się nadmiarem w mojej przestrzeni, bo nie dość do niej przystają, bo pewne rzeczy są tak oczywiste.... a przecież jednocześnie wiem i rozumiem, że trzeba niekiedy to przełamać i mówić także o oczywistościach, właśnie z powodu tych gwiazd

Tako rzecze melodramatyczna Silk:
- Jeśli nie wiem, kim jesteś Ty, bo milczysz, nie mając odwagi mówić i nazywać, jeśli nie wiesz, kim jestem ja, bo odpowiadam moim równie tchórzliwym milczeniem na twoje milczenie, to naszym światem będą rządziły reguły oraz ograniczenia stworzone przez innych, a my zagubimy się w świecie, który nie został dla nas ani przez nas stworzony i stracimy nasze gwiazdy, szczerość można wymienić tylko na szczerość, a zaufanie na zaufanie.

czwartek, 10 sierpnia 2017

pewien kot i pewien człowiek

no lubię koty, tak po prostu, lubię i już, i jest taki jeden urokliwy kociak, strasznie ładny, przybłąkał się do zakładu kamieniarskiego do Pana Heńka, który zbiera wszelkie bezdomne zwierzęta i udziela im schronienia, myślę, że to jest wyjątkowo fajne i tak zwyczajnie miłe, że ktoś robi takie rzeczy, zgarnia zwierzaki, żeby przetrwały, że ich nie krzywdzi, tylko pomaga i mam nadzieję, że to będzie początek pięknej znajomości człowieka i kota, życzę im obu wszelkiego dobra

środa, 9 sierpnia 2017

wyciszając się biegiem i ciesząc się rowerem

rano biegałam, było przyjemnie chłodno, miałam ładne widoki na wielką wodę i dość monotonną ścieżkę, ale wyciszyłam się dzięki tej monotonii, co było konieczne, bo dzień wydawał się nie mieć końca w ten jątrzący, przykry sposób, w jaki ciągną się niektóre dni, podszyte niewypowiedzianym niepokojem i wynikającym z osobności smutkiem, martwił mnie ten dzień po prostu, na wiele sposobów, ale po południu okazało się, że wbrew moim przeświadczeniom jednak jadę na wycieczkę rowerową do Nysy... no to pojechałam, z pewną ulgą, i dobrze się okazało być w tej Nysie, wracało się rowerami wieczorem, pola pachniały zbożem, słońce zachodziło... i tym sposobem dzień, który ciągnął się do niemożliwości i zaczął dość cierpko, skończył się jakoś tak pięknie i harmonijnie, co rzeczywiście napawa mnie optymizmem, ostrożnym, ale... jednak optymizmem, moja pamięć robiła zdjęcia


wtorek, 8 sierpnia 2017

tysiąc porzuconych rękawiczek - ta najbardziej pomięta

To nie jest ładna rękawiczka, ale to jest rękawiczka. Dziś jestem pomięta jak ona, wstałam rano, wypiłam godną ilość kawy, zjadłam śniadanie, zjadłam nawet coś słodkiego, miałam zamiar pobiegać, po czym o 8 rano położyłam się do łóżka i zasnęłam, ocknęłam się koło 12... z uczuciem całkowitej dezorientacji, śniła mi się afera szpiegowska, prawie udało mi się ją uchwycić, wiem na pewno, że nielegalnie coś drukowałam na bardzo nowoczesnej drukarce, jakiś przedmiot, coś jakby klucz? nie wiem, w każdym razie był on niezbędny do dalszych działań, a ryzyko, że zostanę przyłapana było duże, współpracowała ze mną jakaś kobieta, ale nie wiem kto i jeszcze kilka osób, tyle pamiętam... byłam szpiegiem i kombinatorem, i to było jakby nie teraz i nie tu, jakby gdzieś indziej i w przyszłości, obudziłam się zmięta i odklejona od rzeczywistości... i to uczucie ogólnego wymięcia towarzyszy mi dziś wiernie, nie umiem się z niego otrzepać, mam jakieś zmęczenie w ciele, znużenie w myślach, nawet czytać mi się nie chce... jestem najbardziej wymięta dziewczyną w tej okolicy, za oknem słońce, wakacje, ludzie żyją, mają swoją dynamikę, a ja siedzę i gapię się w nic, i w ogóle nie jestem ładną dziewczyną, choć jestem dziewczyną.


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

"Życie nas rani. Nie da sie tego uniknąć" - strzępy i fragmenty (J. Carroll "Kolacja dla wrony") - wspomnienia

mam przewrotną i wierną sympatię dla pisarstwa Jonathana Carrolla, którego odkryłam jako dziewczynka bodajże 17-latnia, więc cholernie dawno temu... im jestem starsza, tym więcej widzę warsztatowych luk, z tym większym dystansem podchodzę zarówno do tego, co pisze, jak i do tego, jak pisze i jakim się poprzez to pisanie mi ukazuje, daleko mi obecnie do bezkrytycznego zachwytu, bywam nawet cynicznym i złośliwym odbiorcą, ale i tak mnie ta specyfika jego pisania trochę czaruje, i jeśli Carroll pisze coś nowego, to sięgam po to, czasem z dużym poślizgiem, ale przecież sięgam, no i ukazało się w tym roku coś takiego jak "Kolacja dla wrony", czyli w sumie.... hm... zbiór notek, notatek, wspomnień, spostrzeżeń w formie krótkich tekstów, każdy z nich ma swój tytuł, często są to ewidentnie notatki do powieści wykorzystane w nich potem w zmodyfikowanej formie, często to także chyba niewykorzystane pomysły oraz wspomnienia o inspiracjach do powieści, zapamiętane lub wyobrażone strzępy dialogów, drobne fantazje na uniwersalne tematy, trochę biograficznych uwag, w sumie wszystko to bardzo mi mojego bloga miejscami przypomina, oczywiście głównie na poziomie struktury i trochę tematyki, w związku z tym jednak nie bardzo też wiem, jak taki "utwór" ocenić, ma on pewien postmodernistyczny sznyt, choć bardziej Carroll wchodzi tu w dialog z sobą samym i swoja twórczością niż z kulturą w ogóle, nie można mu jednak odmówić zauważalnej intertekstualności, z drugiej strony trochę złośliwie wydaje mi się, że może Carroll nie miał mocy lub pomysłu na kolejną powieść, więc zebrał co miał po szufladach i notesach, przerył piwnice i strych swego pisarstwa, pozbierał, co się dało, zbił, potytułował i proszę jest materiał na ponad 200 stron... zupełnie serio uważam, że tak mogło być, ale czy mi to w zasadzie przeszkadza? w sumie nie bardzo i tak czytało się to interesująco, dla czytelnika, który w ogóle nie zna pisarza może to nie być aż tak porywająca lektura, bo zabraknie mu trochę kontekstu, ale dla tych, co czytywali jego powieści, a w Polsce trochę ich jest, "Kolacja dla wrony" będzie czymś ciekawym, co pozwoli nabrać być może innej perspektywy oglądu zarówno co do pisarza, jak i jego powieści, dla mnie ciekawostką były uwagi o tym, jak pisze, co go inspiruje, no i bardzo mnie ujęło to, że za najbrzydziej reprezentatywną powieść dla swoich poglądów na fundamentalne sprawy, jak miłość, śmierć, życie, przyjaźń itp. Carroll uznał powieść "Na pastwę aniołów", która jest moim ulubionym jego utworem i zapewne przyczyną mej wiernej dla tego pisarza sympatii, poza tym jak zazwyczaj znalazłam tam wiele spostrzeżeń, z którymi się mocno utożsamiam i które jakoś wyrażają mnie;

Jonathan Carroll "Kolacja dla wrony"
spotkałam Carrolla dwa razy, raz na studiach, gdy stałam w gigantycznej kolejce, by podpisał mi książkę, miałam ze sobą "Całując ul", który należał do mojego przyjaciela Patryka, ale nie zamierzałam mu oddać tej książki, zresztą bez żalu z jego strony, Carroll spojrzał na mnie, spytał o imię i napisał "for beautiful Kasia" -  nie muszę chyba mówić, jak mi to zrobiło miło, gdy miałam 20 lat i tysiące wątpliwości co do siebie... potem pożyczyłam tę powieść uczniom i zaginęła mi, nie mam pojęcia, kto ją ma; drugi raz spotkałam Carrolla na kameralnym przyjęciu polskiego wydawcy na jego cześć w małym patio poznańskiego hotelu, byłam w ciąży wtedy, a zaproszenia dostał skądś mój ówczesny mąż, który jako kierownik działu książkowego wielkiego marketu został zaproszony jak potencjalny zamawiający, nie odważyłam się wówczas podjeść do Carrolla, ale obserwowałam go jak krąży wśród, wydawców, handlarzy, dziennikarzy, był znudzony, ale uprzejmy, wydał mi się też kompletnie nieatrakcyjny jako mężczyzna, ale intrygujący jako człowiek, pomyślałam, że chciałabym go znać, i tyle, od tego czasu Carroll często przyjeżdżał do Polaki na promocje kolejnych książek, ale - zwłaszcza odkąd mieszkam w Zielonej Górze - notorycznie go przegapiam, postanowiłam jednak, że jeszcze kiedyś pojadę na spotkanie autorskie, kiedyś jakoś, naprawdę tylko po to, żeby dostać zwykły podpis po tych wszystkich latach wiernego, choć nie bezkrytycznego czytelnictwa

Jonathan Carroll "Kolacja dla wrony"

niedziela, 6 sierpnia 2017

wspominki postwycieczkowe

dziś mam spokojny stacjonarny dzień, wakacje mijają i czuję to mijanie i żal mi tego przedziwnego czasu, który mi się przytrafił w tym roku i który przecież nadal trwa, nadal mi się przytrafia... myślę o wczorajszym dniu, długo jechałam na tym rowerze i dużo widziałam, dużo się stało, kolekcjonowałam spojrzenia, wrażenia, teraz roztrząsam je i przetrawiam, widziałam dom w Javroniku, spod którego wychyliły się niemieckie napisy, bo przecież całe to miasteczko, ten zamek, to były niemieckie tereny, więc tak jak w Zielonej Górze tak i tutaj spod budynków wychylają się napisy, które przypominają o przeszłości, nic się nie kończy ani nic nie ginie wbrew pozorom, byłam też niby mimochodem na Końcu Świata, a więc to tu... przyznam, że spodziewałam się przepaści i... nie wiem, czegoś spektakularnego i wiejącego grozą,  a nie zielonej łączki i knajpy z rakami tuż obok, oto tysięczny raz rzeczywistość zaskoczyła mnie nieprzystawalnością do wyobrażeń, ale tym razem zaskoczyła pozytywnie, za co nie da się nie być w pewnym sensie wdzięcznym, poza tym... widziałam abstrakcyjnie wielki stół i dwa krzesła na środku pola, na wzgórzu, można się poczuć tam jak dziecko lub kolacja dla olbrzymów, mnie na tym stole trawił jakiś smutek, jakiś nagły żal, jakby mi się kruchość znowu nadkruszyła, ale widać tak być musi, że nawet na zwykłym polu wiatr (nie, nie wolno, nie rób mi) może przewrażliwionego człowieka wysmagać, wywiałam sobie to prawie całkiem z głowy, jadąc na rowerze i tyle, wczoraj było dobrze i dziś też jest dobry dzień, jakiś spacer, jakieś dobre jedzenie, słodkość, snucie się, czytanie, światło i leniwość...

sobota, 5 sierpnia 2017

zapominając o sobie na zamku (Jánský Vrch, Javorník)

rowerowe się zrobiło to lato... byłam na wycieczce napędzanej moimi własnymi nogami, zajechałam na rowerze na czeski zamek w Javorníku, pochodziłam po dziecięcych pokojach, było ładnie, to był w ogóle ładny i dobry dzień, pomimo upiornego gorąca i słońca, które okazało się absolutnie wykańczające, jakby nie było po powrocie położyłam się i zapadłam w więcej niż głęboki sen, mimo to jestem dumna z siebie, że aż tyle przejechałam i bez problemu dałam sobie radę, ale... wracając do zamku.... pięknie góruje on nad miasteczkiem i jest dobrze utrzymany, drzemie w jego pokojach jakaś lekko bajkowa magia, może to dlatego, że ruszyliśmy trasą, w ramach której odwiedzaliśmy pokoje dzieci, oglądaliśmy ich zabawki i meble, co mogłoby być w sumie upiorne, ale okazało się całkiem miłe, widziałam też piękne piece kaflowe, do których mam nieustająco wielką słabość, czułam się jakbym podglądała cudze życie, jakbym nim trochę żyła na moment i podobało mi się, oczywiście żaden ze mnie materiał na księżniczkę czy damę, ale na sprytną pokojówkę... i owszem, tuż pod zamkiem stoi taki mały żółtawy domek, mijałam go myśląc, że tak, tam mogłabym mieszkać, nie w zamku, ale tuż obok, na mgnienie stałam się kimś innym, lubię o sobie zapominać, podejrzanie łatwo mi to przychodzi



















piątek, 4 sierpnia 2017

"świat jest wielką siecią (...) światu opadły płatki" (O. Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych")

Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
Znowu wróciłam sobie do Tokarczuk, przypadkiem, bo Marta miała, to pożyczyła i tyle. Oczywiście nie mogłam tego czytać, nie myśląc jednocześnie o filmie "Pokot" Holland, pewne wyobrażenia mi się nakładały, książka to jednak co innego, w niej bohaterka jest inna niż filmowa, mniej histeryczna, bardziej pełna gniewu i żalu, za to postaci drugiego planu znacznie wyrazistsze są w filmie... zresztą nieważne, o filmie już kiedyś coś tam pisałam, teraz książka, oczywiście to jest dobra powieść, jak to u Tokarczuk, jakoś odpowiada mi ten sposób myślenia o świecie, jego czujna obserwacja ludzi i metafizyka, która szumi w tle, nie wiem, jak to jest, ale nikt tak jak Tokarczuk nie umie pokazać, że każdy człowiek, każda jej postać jest na swój sposób wyjątkowa i każda ma historię wartą zauważenia i usłyszenia, i to jest ładne, to mnie pociąga, ci bohaterowie, których chce się znać, którzy są pełnowymiarowi i ludzcy, bo dobrzy i źli zarazem w przeróżnych proporcjach, fabuła jest płynnie i mądrze poprowadzona, Tokarczuk jest bowiem więcej niż sprawnym rzemieślnikiem, trochę to jest kryminał, bo są tajemnicze morderstwa, które spadają na maleńką społeczność pewnego miasteczka i pobliskie osady, jest tajemnica i nawet groza, ale chyba przede wszystkim jest to powieść obyczajowa, o ludziach, o ich relacjach, o ich naturze... do tego:  poezja Blake`a w tle, fajnie podana astrologiczna wiedza, kosmiczne porządki, w które wpisane jest każde jedno istnienie, bo "świat jest wielką siecią" (bardzo bliskie jest mi takie myślenie), a zarazem zupełnie lokalny, pełen uroku koloryt (natura i atmosfera) górskiej wioski - wyraziste tu i teraz, do tego zwykle nienamolne, choć radykalne ekologiczne wątki, świetnie pokazana miłość ludzi bardzo dojrzałych, no i pewna nieusuwalna odwaga pisania i nazywania świata i ludzi (typowa dla tej pisarki), a także moje przekonanie, że za tą książką stoi osoba inteligentna, wykształcona, z otwartym, upartym, niezależnym umysłem, który rozumie, zauważa, widzi, no chyba właśnie tak... książki Tokarczuk sprawiają, że ją szczerze i ogromnie podziwiam, nawet jeśli nie zawsze ją lubię czy nie zawsze się z nią zgadzam, bo mam niekiedy wrażnie pewnej przesady, zawziętości nawet, to pomimo tego - starsznie tę kobietę podziwiam, często ogladam siebie, moje rozterki, moje emocje, moje myśli od nowa poprzez jej słowa, więc... zupełnie nieobiektywnie Tokarczuk to ja mogę tylko polecić, zawsze jestem na tak. Czytać, czytać, czytać....

******************
Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
"Gniew sprawia, że umysł staje się jasny i przenikliwy, widzi się więcej. Zagarnia inne emocje i panuje nad ciałem. Nie ma wątpliwości, że z Gniewu bierze się wszelka mądrość, ponieważ Gniew jest w stanie przekroczyć wszelkie granice. (...) Czasami gdy człowiek doświadcza Gniewu, wszystko wydaje się oczywiste i proste. Gniew zaprowadza porządek, pokazuje świat w oczywistym skrócie (...). Gniew zawsze pozostawia po sobie wiele pustego miejsca, w które natychmiast, jak powódź, wlewa się smutek i płynie wielką rzeką, bez początku i końca."  

Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
 "Śmierć kogoś znajomego pozbawia każdego pewności siebie."

Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
"Rzeczywistość się zestarzała, stetryczała, bo przecież podlega ona zdecydowanie takim samym prawom jak każdy żywy organizm - starzeje się. Jej najdrobniejsze składniki - sensy, ulegają apoptozie jak komórki ciała. Apoptoza to śmierć naturalna, spowodowana zmęczeniem i wyczerpaniem materii. Po grecku to słowo znaczy "opadanie płatków". Światu opadły płatki."

Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
 "Świat jest pełnym cierpienia więzieniem,  skonstruowanym tak,że żeby przeżyć, trzeba zadawać ból innym. Słyszeliście? (...) Co to za świat? Czyjeś ciało przerobione na buty, na pulpety, na parówki, na dywan przed łózkiem, wywar z czyichś kości do pisa.... Buty, kanapy, torba (...)."

Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
  
"Nie spałam całą noc, nawet się nie położyłam. Siedziałam w tej samej pozycji do rana. Byłam spocona i brudna. Czułam, że słowa, które wypowiedziałam tego dnia, pobrudziły mi język i usta."

Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
  "Proszę, żeby mi pan dał coć, co by mnie znieczuliło. (...) Na pewno sa takie leki. To by mi się podobało. Żebym nie czuła, nie martwiła się, żebym spała. Czy to możliwe?"

Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

czwartek, 3 sierpnia 2017

doskonałe zachody słońca

zachody zawsze się udają, do ich doskonałości nie dorasta tylko gapiący się na nie człowiek, tylko ja, dziś było właśnie TAK - doskonale, najwyraźniej właściwa dziewczyna jest na właściwym miejscu, i wystarczy, i wystarcza, ciche, miękko przelewające się przez czas domatorstwo, "ty to TY" i perfekcja zachodów słońca, nawet pies był zachwycony na swój psi sposób


środa, 2 sierpnia 2017

optymizm o irracjonalnych źródłach, czyli o sztuce wybaczania

Pewnie to głupie jest jakieś i naiwne, ale tęcza napawa mnie zawsze optymizmem i uważam ją za dobry omen, w ciągu ostatniego miesiąca widziałam trzy piękne tęcze, ale najładniejsza, najbardziej spektakularna, wyrazista, pełna i kolorowa była ostatnia tęcza nad Zieloną Górą, mogłabym nawet uwierzyć, że na którymś z jej końców jest garniec złota i pilnujący go skrzat... rozbłysła tęcza nad moim domem, pełny, intensywny łuk, była tam tylko 15 minut, ale uwierzyłam jej w tamtej chwili i znowu pomyślałam, że życie jest dobre, być może zatem rzeczywiście jest lub bywa.
*******************************************
Zawsze wydawało mi się, że mam kłopot z wybaczaniem i tak było, tak jest trochę, problem chyba jest powszechny zresztą... Przepalał mnie gniew, pamiętliwość, uraza, pragnienie odwetu. Nie wybaczyłam mojemu ojcu, gdy powinnam była. Nie wybaczyłam mamie, że stanęłam po stronie Z., a nie mojej, że mnie wtedy porzuciła. Nie wybaczyłam... kilka razy i widziałam, jak mnie to oddzielało grubą szyba od ludzi, którym nie umiałam wybaczyć, bo zawsze sądziłam, że wybaczyć znaczy zapomnieć, że muszę zapomnieć, że nie wolno mi się źle czuć, skoro wybaczam i nie umiałam tego zrobić, chciałam, ale nie umiałam. Myślę o tym ostatnio. O tym, jak wszystko zatruwa taki brak wybaczenia i o tym, jak on szkodzi, tak naprawdę głównie mnie. I dziś chyba widzę to wszystko inaczej... Godzę się na to, że wybaczenie to tylko decyzja, postanawiam, że odpuszczam, że nie będę o tym już mówić, zamykam to i... po prostu odpuszczam, nie będę wypominać, wygrywać na tym mściwych melodyjek przy innych okazjach ani wykorzystywać tego do skarg i zażaleń, których ktokolwiek musiałby wysłuchiwać, dziś wierzę, że wybaczyć znaczy odpuścić, skończyć, zamknąć, i takie wybaczenie przynosi ulgę i wydaje mi się prawdziwe, co wcale nie oznacza, że jest łatwe. Nigdy nie jest. Jedyną zmianą względem tego, jak myślałam o tym kiedyś jest raczej to, że dziś daję sobie prawo do pamiętania i smutku, pozwalam sobie na nie, bo kiedy wybaczam, kiedy o tym decyduję, to nie znaczy, że zapomniałam, bo nie zapomnę, nie znaczy też, że nie cierpię, że mnie nie boli to, co się stało, znaczy tylko tyle, że odpuszczam, żeby móc swobodnie oddychać. Takie wybaczenie robi tęczę i na takie mnie stać być może.