wtorek, 30 czerwca 2015

gitarowe kostki

mam ich w domu kilka, cztery, a może tylko trzy? nie potrafię i nie chcę ich wyrzucić, więc regularnie na nie trafiam, od lat, gdzieś się zapodziewają i wracają po czasie, a ja przecież nie umiem nawet grać na gitarze, niczego to zresztą nie zmienia, w końcu i tak ich nie wyrzucam, w ramach kapitulacji wobec nieusuwalności tych kostek jedną noszę w portfelu, tak, tak, jestem trochę beznadziejna z tym moim (tanim w gruncie rzeczy) sentymentalizmem, traktuję to jako słabość i bywa mi z jej powodu przed samą sobą niekiedy odrobinę wstyd; za tymi kostkami jest opowieść oczywiście (jakaś dłoń, jakaś gitara, ktoś dla kogoś grał, ktoś trzymał te kostki w zębach, drapał nimi struny, ktoś je gubił, ktoś inny znajdywał i nie zawsze oddawał - zwykła, przewidywalna opowieść, dosyć ładna), jedna z tych, co to ukrywają się w zakamarkach pamięci i wiesz, że tam są, ale nie wydobywasz, nie nawracasz do nich, zwyczajnie upychasz je po kątach, żeby cię nie napadły, żeby nie rozpamiętywać, chyba że właśnie wydobywasz i rozpamiętujesz, chyba że cię jednak napadają, chyba że się chwilowo nie da, co też jest słabością, moją słabością na dziś, tak wyszło, obracam w palcach niebieską kostkę gitarową i już, wszystko na raz pamiętam, szybki pokaz slajdów i skojarzeń, bez końca i początku, i to ma moc, ma na mnie wpływ, jakby mnie ktoś dotknął, popchnął, jakby wiatr mi nadmuchał suchym piaskiem w twarz, i wiem, że trochę to jest śmieszne, że taki efekt wyzwala kawałek przetartego po brzegach plastiku, mimo to nadal się nim bawię, trochę się uśmiecham, trochę niepokoję, trochę mnie to uwiera i czekam aż to wszystko, ten cały nastrój minie i tyle, nic więcej

poniedziałek, 29 czerwca 2015

elektronicznie (Rebeka)

"Rebekę" odkryłam jakiś rok temu (przeczytałam o zachwytach, nagrodach i postanowiłam sprawdzić, czy mnie to też zachwyca), ich (bo to duet jest) debiutancką płytę mam przesłuchaną wiele, wiele razy, mogę też śmiało powiedzieć, że jest to rzecz oryginalna i dobra, dziewczyna ma ciekawy głos, elektronika, która mnie zwykle umiarkowanie porywa, tutaj jest po prostu stylowa, kawał świetnie pomyślanej muzyki, mimo dynamizmu i pewnej drapieżności są też emocje, poza tym ewidentnie te utwory są o czymś, co nie jest bez znaczenia także, a może zwłaszcza w muzyce elektronicznej. Wczoraj byłam na koncercie i okazało się, że w warunkach koncertowych (pod wieloma względami spartańskich) też wypadają świetnie, dziewczyna ma charyzmę, jest niezwykle muzykalna, wyrazista, świetnie wygląda (rusza się, gada) na scenie, no i ten sprzęt, z którego wychodzą te wszystkie dźwięki (syntezatory, bębny, gitary, niby zwykłe klawisze Casio i wszelka elektronika, której nie ogarniam), wydaje mi się kosmiczny, więc bardzo mi imponuje sposób, w jaki wszystko to na bieżąco jest splatane, tworzone, grane. Bardzo nowoczesna rzecz, ale w pełni dostępna dla współczesnego słuchacza. Świetni są, zwłaszcza Iwona, dziewczyna z Zielonej Góry, niebanalna postać.



niedziela, 28 czerwca 2015

po starcie - veni, vidi, vici


ok, mimo deszczu i chłodu, i stadnie zgromadzonych współbiegaczy, pobiegłam, dobiegłam i uczyniłam to godnie, fajnie było, spodobało mi się

sobota, 27 czerwca 2015

przed startem

a było to tak.... pewnego razu rzekłam nieopatrznie do moich znajomych: wrócę do biegania, zaprawdę powiadam wam będę biegać, niech tylko potomek od ziemi odrośnie! słowo się rzekło i kiedy potomek podrósł, zaczęłam truchtać, oj bolesne to były próby i katorżnicze doświadczenia, ale szybko przypomniałam sobie, jak lubię uciekać (a przecież wiele razy chciałam rzucić w diabły to wszystko, ba, niemalże rzuciłam); no i w tym roku wypadało już gdzieś, jakoś, w czymś wystartować (Bartek ciągle startuje i strasznie mu pozazdrościłam), bo w sumie czemu nie? tymczasem zgodnie z zasadą biednemu (vel. głupiemu) zawsze wiatr w oczy próchno zaczęło się z mego tyłka sypać; zatem nie pobiegłam Icemana w lutym (choć strasznie chciałam mieć to zaliczone), bo po zimie, podczas której nie trenowałam prawie wcale i po moich zdrowotnych zawirowaniach umarłabym po kilometrze, generalnie umarłabym po prostu tak w ogóle; nie pobiegłam Przytoku, bo unicestwiłam kolano (pamiętam złośliwą sugestię Macieja, że oj czas ustawić się w kolejce po endoprotezę... niezwykle zabawne...), po prawdzie rzeczywiście bolało jak jasna cholera czas jakiś, nie dałam rady się przygotować, było nadal za wcześnie; dlatego też... niniejszym.. sezon biegowy zaczynam.... uwaga: jutro - jutro biegnę, jeśli coś się wydarzy i nie pobiegnę (lub - odpukać: nie dobiegnę), to usiądę po trasie i będę ryczeć z frustracji i wściekłości, proszę mnie nie pocieszać i generalnie nie zbliżać się, gdyby do tego doszło, bo nie ręczę za siebie; póki co jestem podekscytowana i trochę się denerwuję, ostatecznie zawsze mogą mnie inni biegacze zadeptać, poza tym średnio lubię fizyczny kontakt, zwłaszcza z obcymi ludźmi, a przez pierwsze 3-4 kilometry będzie ścisk, czyli mało wygodnie i zdecydowanie mało przyjemnie, więc trochę stres, ale też... ekscytacja!! bardzo, bardzo, bardzo


piątek, 26 czerwca 2015

kwiatki, cukiereczki, poszumy


Koniec roku, miły dzień, wszyscy są nagle zadowoleni, uśmiechnięci, nie pamiętają gorszych momentów i dobrze, i tak być powinno, Mała Mi już na wakacjach, dzieciaki-cudzaki też na wakacjach, ja nie do końca, ale takoż na wakacjach, na które nadal nie mam pomysłu. Dostałam kwiatki, co zawsze jest przyjemne, choć przecież nigdy tego nie oczekuję, byłoby w końcu wielką arogancją wymagać kwiatów, nikt nie ma obowiązku mi ich dawać. Poza tym słodycze, uroczyste obiady, rozjazdy, świętowania, drinkowania, pożegnania, dużo, dużo słów, jakieś tańce, jacyś ludzie, dzień pełen szumu i świstu. Kwiaty zostały, patrzę na nie z przyjemnością.

czwartek, 25 czerwca 2015

idiotyczność

Nie ma znaczenia jak dużo biegam i jak szybko, ile kilometrów przejdę, przejadę, bo i tak nie wybiegam, nie rozchodzę, nie oddalę się wystarczająco od samej siebie i prostego faktu, że w pewnych okolicznościach (z powodu moich nieusuwalnych słabości, wariactw, uporów) jestem kompletną idiotką, sama podkładam sobie nogę i wywalam się (a upadać umiem całkiem ładnie) o nią bez specjalnego zdziwienia, leżę i patrzę, i dopiero wówczas nie wierzę, no nie wierzę....że to ja sama, własnymi kończynami i roztargnieniami robię z siebie kretyna, totalnego przygłupa nawet, w dodatku jakby mimochodem, niechcący prawie, choć niby sama, niby świadomie "wybieram swoje intencje", a może to one się wybierają lub one wybierają mnie? Oj, głupia, głupia, głupia.... cóż, bywa; i jaka niekiedy to piękna mimo swojej żałosności porażka. Porażka z rozmachem.



******************************

DIALOGI PRZEDBIEGOWE

- Ale fajnie, że B. z nami pobiegnie!
-Tak, super... koleś, który biega 100 km po górach, pobiegnie sobie z nami 12, chyba, żeby nas wkurzać, dla niego to spacer.
- No wiesz, ale może nas jakoś za sobą pociągnie?
-Uhm, chyba ciebie, bo mnie to najwyżej tyłkiem po betonie...

środa, 24 czerwca 2015

egzystencjalna matematyka ("Powolność" Kundery)

          Więc jesteśmy tancerzami? może racja, może własnie teraz bardziej niż kiedykolwiek świat jest teatrem, globalnym teatrem, od którego nie można się uchylić, bo pełen jest oślepiających fleszy, bezlitosnych świateł, wirtualnej wszechdostępności, która czyni pospolitą każdą opowieść. Ale przecież i to nie jest pierwszy plan. Chodzi o szybkość, przeszkadzającą mi szybkość świata, w której zapomina się o wszystkim, co minutę temu było kwestią życia i śmierci; prawie na siłę, prawie od zawsze staram się zatrzymywać i zwalniać, by pamiętać, na swój własny użytek, o samej sobie, o własnym życiu, o wadze drobnych wydarzeń i gestów. Spędziłam dziś czarujący pod każdym względem dzień z Kunderą - kiwałam głową, zakreślałam fragmenty, piłam czerwone wino trochę, zgadzałam się na jego konstatacje, na piękną obsceniczność opowieści, w której znów przestrzeń wygrała z czasem, bo czas mija, a przestrzeń trwa. Co za niesamowita opowieść. Osiemnastowieczny romans, współczesne relacje - inne, a przecież ciągle takie same, zamkowy sztafaż - wszystko to tylko taka gra, zmieniło się tempo wydarzeń i poziom ich zapamiętywalności, ale nie relacje, nie taniec, nawet nie scena, choć może ona najbardziej, bo wielka, publiczna, zniewalająca. Cokolwiek robię staję po stronie powolności.

Milan Kundera "Powolność"

Milan Kundera "Powolność"

****************************

Milan Kundera "Powolność"

*****************************

Milan Kundera "Powolność"

wtorek, 23 czerwca 2015

listopad w lecie

.....świat jest mokry i zimny, jest mi nieprzyjemnie, jest spinająco (No jestem tobą zaskoczona, powinnaś to przemyśleć), chciałabym się zwinnie od tego uchylić, bo umiem przecież, ale sieć zawikłanych, niepokojących zdarzeń przygina mi ramiona i trochę nie mogę się ruszyć, osadził mi się jakiś lepki kurz na moich krajobrazach, nic mi się nie chce śnić, topię się więc w rojeniach (czemu się gapisz przez okno? co ty tam widzisz?), które nie mają sensu ani porządku, które nie mają żadnych szans, rozmawiam, ale mówię raczej niewiele, i jest trochę tak jakbym mówiła (teoretycznie) w wielu obcych językach, ale w żadnym nie miała nic znaczącego do powiedzenia... zrobił mi się w lecie listopad....

poniedziałek, 22 czerwca 2015

niezawodna Paloma ("A Perfect Contradiction")

Wspominałam już o Palomie Faith? Że lubię rudzielca? ten typ lekko histerycznych emocji w wokalu, dobre teksty, niezwykle stylowy koktajl jazzu, soulu, trochę popu.... solidna rzecz, rzemiosło i piękno. Mimo to prawie przegapiłam trzecią płytę, która ukazała się w tym roku, spóźnione, przypadkowe odkrycie, więc nadrabiam trochę, świetna jest znowu Paloma, do tego teledyski, które jak to zawsze u niej są estetycznie bardzo atrakcyjne dla oka, coś opowiadają, coś sugerują, są dość teatralne, pełne aktorstwa, znaczących gestów, przemyślanych dekoracji, pożerają soczystością kolorów, taką elegancją trochę jakby z kina noir, stylistyką pin-up girls i elegancją w stylu mocno retro, wszystko to razem sprawia, że ogląda się je rzeczywiście, tzn. ja je oglądam ze sporą przyjemnością. Słucham i oglądam. Zdecydowanie moja płyta na kilka kolejnych dni i kilka powrotów do niej w przyszłości, płyta do chodzenia, biegania, skakania, myślenia, czytania, podkład pod bieżącą rzeczywistość.




niedziela, 21 czerwca 2015

10. rocznica

mija 10 lat od kiedy ja i Mała Mi rozpoczęłyśmy naszą burzliwą znajomość, był to czas wyjątkowy, głównie ze względu na niepodważalną wyjątkowość Małej Mi, dziś mamy 10. rocznicę, to najważniejszy związek w moim życiu i jedyna miłość, która nigdy nie budziła żadnych wątpliwości i ma wszelkie cechy uczucia wiecznego i ponadczasowego; wszystkiego najlepszego magiczna dziewczynko, wszystkiego naj dla mojej Małej Mi


sobota, 20 czerwca 2015

"nikt się aż do tego stopnia Tobą nie interesuje"


Tomasz wtargnął ostatnio do pomieszczenia i gromadce młodych ludzi z dużą swadą i wyczuciem  (choć nieco za szybko) wyrecytował ten oto wierszyk, nikt go nie zrozumiał, choć wszyscy słuchali z rozdziawionymi paszczami, ja się śmiałam, wierszyk przedni, niby polityczny, ale przecież nie tylko, bo jaka piękna opowieść o pospolitej obsesji... że ktoś szepcze, mówi, że się o nas gada, obgaduje, dogaduje nam za plecami, pamięta nasz skuchy, że ludzkość zwraca uwagę na nas i nasze dupska, a przecież nie, przecież "nikt się nami aż tak nie interesuje". Ulga czy smutek? dobrze to czy źle? i czemu jest to mimo wszystko śmieszne? czemu jesteśmy śmieszni? i jacyś tacy mali? oczywiście śmiałam się także z siebie.

piątek, 19 czerwca 2015

lektury zaległe (Pilch, miasto, wyrafinowanie)

Mama taką stercinkę książek (stertę jak hałda pokopalniana po prawdzie), co to już nie są nowościami, ale chcę przeczytać i sięgam tam co czas jakiś, umownie nazywam tę stertę: "lektury zaległe", nie wiem, jak znalazł się tam Pilch, ale się znalazł, a ja lubię Pilcha, łyżkami bym go jadła, za... w zasadzie za wszystko, lubię faceta, za styl, rasowy postmodernizm, cynizm, intelektualne wyrafinowanie i umysłową kompatybilność - pod wieloma względami podzielam jego widzenie świata, a poza tym, cóż, jego książki są niezwykle dobrze napisane, a ja cenię dobre rzemiosło. Czytam zatem sobie "Miasto utrapienia" - lektura tak mocno zaległa, że aż strach (!!) - i podoba mi się, czytam wolno, żeby nie przeoczyć niczego, zresztą Pilcha zawsze czytam wolno, bo niby komunikatywny, przejrzysty, a stanowi wyzwanie dla intelektu, no i lubię go czytać długo, zwykle złośliwie się uśmiecham, potakuję trochę, wiem, co do mnie mówi, słyszę, rozumiem. Jestem fanką? Tak, tutaj jestem.

Jerzy Pilch "Miasto utrapienia"


"... nie mieć żadnych ubocznych zamiarów w stosunku do kobiety to jest wielka nieuprzejmość..."

czwartek, 18 czerwca 2015

przeczucia (Linke "Biała głowa")

B.W. Linke "Biała głowa"

Za słowami czają się inne słowa i poza twarzami są inne twarze, przeczuwam ich istnienie, dość nieomylnie, po prostu wiem, że są, wszystkie te nasze i cudze drugie, trzecie, tysięczne dna, nie umiem ich tylko uchwycić, nazwać, niepokoję się, jest to przecież jakieś wielkie oszustwo, jakby proponowano mi grę na śmierć i życie, bez wcześniejszego podania reguł, i jeśli za tym czai się tylko pokruszony umysł, większy lub mniejszy świr, to rzecz bywa oczywista, tak jest, bo ktoś tak ma, to tylko obłędne majaki przełamanych osobowości, ale bywa i tak, że człowiek niby zwykły/zdrowy/z twarzy podobny do nikogo i nagle taka pustka tych jego cudzych oczu, za która niby nic nie ma, a przecież jest, i słowa nie znaczą tego, co znaczą, choć nie mogę tego udowodnić, bo to tylko niejasne przeczucie, słyszenie kątem ucha, zauważanie kątem oka. Przecież nawet B. - dobroduszny, prostolinijny człowiek - o którym póki co staram się po prostu nie myśleć, miał swoje mielizny totalnej nielojalności, co do których długo nie było jasnego dowodu, a przecież przeczuwałam je od pierwszej chwili, tak jak i to, że nie będę ich w stanie zaakceptować; siedzę sobie na ramieniu białej głowy, widzę dalekie plany, tła, ukryte pod skórą, ale nie umiem ich dookreślić, nie umiem dowieść, że są. Za słowami czyhają inne słowa i poza twarzami żyją zupełnie inne twarze - dokładnie tak.

środa, 17 czerwca 2015

Panna M. ("Chciałabym nie czuć nic")

Panna M. ma złamane serce, brzmi to może melodramatycznie, ale ona naprawdę ma i nie da się tego inaczej określić, złamane, zgniecione, rozwalone w drobnicę - takie ma, oj nie powinna była go tak często zabierać ze sobą z domu; Panna M. nie wie, co zrobić, żałuje wszystkiego teraz i wiem, wiem to na pewno, że gdyby był wybór, to chciałaby właśnie tak: nie czuć nic, bo M. jest porzucona nagle i bez sensu, a w dodatku nie pierwszy raz, więc tym bardziej wolałaby totalny reset, próżnię, niepamięć; tymczasem straciła grubą skórę, cały swój zwykły blask, łazi po kątach i siąka nosem, czarna rozpacz, beznadzieja, frustracja. Rzecz jest niby zwyczajna, bo porzucenie to towar ogólnodostępny, choć nie jest to oczywiście żadna (czy wręcz gówniania) pociecha, w końcu co niby znaczy powszechność owego zjawiska wobec jednostkowego tu i teraz? nic, nic po prostu. Czy i mnie się to zdarzało? owszem, ale... dawno już nie i przecież to wszystko nie o mnie. I to także nic nie znaczy i nie stanowi dla nikogo pocieszenia.

Panna M. sama sobie stoi na przeszkodzie - o tym dziś myślę - i niepokojąco słabo to wygląda. A ona jest przecież taka... no zwyczajnie bardzo ładna jest! wkurzająco ładna, stylowa, zgrabna - babka z bezwysiłkową klasą i wdziękiem (lekką ręką za samo to mogłabym jej nienawidzić, ale jakoś nie nienawidzę, ciekawostka? pozornie, tak wyszło), jest bystra, jest artystą, ma też co prawda tzw. charakterek, swoje absolutnie irytujące wady i kilka niepodważalnych zalet - jak wszyscy zresztą; np. bywa upierdliwa i zafiksowana, ale też pozostaje wielkoduszna i lojalna, a jednak... sama stoi sobie na przeszkodzie, i oni odchodzą, się ewakuują, zwiewają ino się kurzy, znikają jak kamfora z dnia na dzień, koniec, fiasko, siwy dym. Czemu? Hipoteza: Panna M. ma wysokie wymagania pod każdym względem, a przynajmniej czyni takie wrażenie, wydaje się surowa, właśnie nie rajcownie chłodna, ale surowa, zasuszająca, i zabiera związkowi lekkość, zabiera oddech - może to to? Ma też wielką słabość do popaprańców i niebieskich ptaków wszelkiej maści, co zapewne też jej nie pomaga. W sumie  - nieważne... chodzi tylko o to, czy można naprawić Pannę M.? Po tym wszystkim, co się dotąd stało (a stało się, oj, stało...)? Czy się da? Skleić to, co potłuczone? Podobno połamane kości po zrośnięciu stają się mocniejsze, ale czy faktycznie? ale czy zawsze i czy za każdym razem? Myślę, że mnie to martwi.

wtorek, 16 czerwca 2015

o tym czemu mnie cieszy Silesius dla Podsiadły


Podsiadło, Jacek, powtórzmy to, by było oczywistym i wybrzmiało: JACEK, a nie Dawid (czyli ten wokalista, skądinąd przyzwoity), zatem Jacek Podsiadło dostał nagrodę główną Silesiusa, która oznacza duże pieniądze, zdaje się 100 tys.? i co? i mnie to osobiście jakoś cholernie cieszy, bo: primo - wspaniale, że za inteligencję i niekomercyjną sztukę (zupełnie niekoniecznie z pierwszych stron gazet) można jeszcze czasami dostać spore pieniądze; secundo - choć Podsiadło jest człowiekiem irytującym i przywiązanym do swoich mniemań, to nie sposób go nie cenić za świetne wiersze, które tworzy od lat (chociaż szeroka publika go nie głaszcze) i za konsekwentną szczerość, osobność, bezwysiłkowe bycie outsiderem i człowiekiem bezkompromisowo i po swojemu myślącym, jakoś po prostu faceta szanuję, lata mijają, czytam wywiady, czytam wiersze, wkurzam się na niego, za to i owo, ale ciągle mam ten 24-karatowy podziw dla pana Podsiadły za intelekt i osobowość, za twórczość takoż, stad cieszy mnie nagroda, prawie jakby dla mnie była, co oczywiście jest bez sensu, bo ona nie jest dla mnie (no to co?). ale w sumie... przecież to jest trochę dla mnie, dla mojej wizji bycia w świecie, o! więc.... bez zadęcia, zupełnie zasłużenie, poecie i osobowości dano nagrodę (przecież nie pierwszą) i żywe pieniądze za prawdziwą sztukę, cieszę się, bardzo, a co? i jeszcze jedno: nie jest to mój idol, wydaje się dość typowe i znamienne (a nawet w perspektywie wypowiedzi Podsiadły z wywiadów zrozumiałe), że jego byli pracodawcy odżegnują się od niego jak od ognia lub zarazy, definitywnie nie chcąc go znać, ma facet talent do spontanicznego kłócenia się ze wszystkimi o wszystko, ale... wiersze, no wiersze pisze wybitne, i pozostaje sobą, i tyle. Gratulacje po prostu.

wywiad 29.03.2009 dla "Wysokich obcasów"


wywiad 31.01.2011


wywiad 13.06.2015 dla "GW"





 "Noc nr 90"
Kocham te jej ognistą nieobecność, choć przerasta to moje możliwości.
Niebieska ozdoba u zapięcia buta odbija promień światła
i trafia nim w dziesiątkę mojego oka.
Czytam swoje grzeszne wiersze nadaremnie wzywające jej imienia.
Czytam smutny list od Oli Pietraszewskiej.
Śpiewam w duecie z Linda Ronstad smutną hiszpańska balladę,
lecz ta jej ognista nieobecność przerzyna mi gardło
jak ostrze czerwonej papryki.
I patrzę na swoją fotografię z czasów, gdy byłem kochany.


"Noc nr 140. Pół noc, pół uśmiech'
Niech krążą gwiazdy, niech się obracają,
dokądkolwiek sięgają nieskończone osie, na których je osadzono.
Nasze ciała wędrują, zbliżają się, oddalają,
rozumiem teraz nasze niebieskie ciała.
Wybaczam sobie pragnienia
proste i niecierpliwe jak białe korzenie
roślin żyjących na piasku.
Świat sprowadzony do sześciu, siedmiu osób,
kilkunastu książek i najprostszych czynności
zyskuje powagi, choć już mniej zagraża. Miłość
jakkolwiek mała, nie pozwala mi zasnąć, 
myślę więc o ludziach, którzy żyją w wielkich miastach i tracą rozum.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

śniło się (Czy możesz we mnie uwierzyć?)

Na początku byłam trochę w ciąży ;), ale to był tylko senny epizod, tylko jakieś chwilowe wspomnienie. Tak naprawdę pierwszy raz od wieków śnił mi się Robert, w żaden sposób nie mogę sobie wyjaśnić, skąd się to wzięło w mojej głowie i o co chodzi, ale było to bardzo prawdziwe. Szliśmy razem przez miasto i byłam bardzo spięta, nie wiedziałam, jak się zachować, ale chciałam z nim tak iść, podobało mi się, szliśmy prawie nic nie mówiąc, ramię w ramię, jak dobrzy znajomi i chciałam, żeby to jeszcze trochę potrwało, a byłam pewna, że zaraz sobie pójdzie; potem była wysoka trawa, jakiś rzadki las, suchy, było lato, ciepło, wręcz upał, szliśmy dalej, raczej szybko, nagle się potknęłam i jakoś tak obróciłam? czy może on mnie złapał? w każdym razie nagle zatrzymaliśmy się i stanęliśmy twarzą w twarz (co w rzeczywistości byłoby zupełnie niemożliwe, bo Robert jest bardzo wysoki), rozdzielał nas tylko jakiś stary, zmurszały pień drzewa, który kończył się na wysokości moich obojczyków, staliśmy tak chwilę, blisko i nie mogłam wytrzymać jego wzroku, więc odwróciłam twarz, nagle zrobiło mi się niezwykle niezręcznie, ale też jakoś miło, tak, to było po prostu miłe tak stać z nim i wtedy powiedział: - Czy możesz we mnie uwierzyć?; a ja nie odpowiedziałam i staliśmy dalej, byłam zaskoczona i czułam ulgę, i nie umiałam ani nie chciałam mu odpowiedzieć, i już, i tyle, obudziłam się... właśnie cała taka zaskoczona i było mi gorąco, jak w tym śnie, jakby był środek lata i upał. To był dobry sen, pogłaskał mnie ten sen zupełnie pod włos.
Ech... trzeba to chyba wreszcie załatwić, dograć, zamknąć.

niedziela, 14 czerwca 2015

człowiek, który ma nie po drodze (czerwona głowa Linke)

B.W. Linke "Czerwona głowa" - jakbym w moje
wewnętrzne  lustro patrzyła...
no bo trzeba było coś napisać, papier taki, to napisałam, bo trzeba i bo ważny (chociaż wiadomo, że cholera nieistotny kompletnie), siedziałam i marnowałam czas, ale jest, napisane, no a potem drugi papier, zupełnie nie ja go powinnam robić, ale ten papier to dla mnie trochę niby jest, choć nie ja miałam go robić, ktoś coś za to dostał (pieniądze w sensie), ale wyszło na to, że znowu ja to piszę, bo niby obiecałam, że będzie, pewnie i obiecałam, często takie pierdoły lekką ręką obiecuję; tak czy siak: wszystko (papierologia cała) do oddania na jutro, papier numer jeden ja muszę przynieść w zębach merdając ogonem, a papier numer dwa ma dostarczyć człowiek, który się wykręcił od pisania, ja mu napisałam, on miał tylko jutro podnieść zad i zanieść, bo tak ma być, tak ustalono, że on ten drugi papier zanosi, i co? co? a nico! klasycznie, on by zaniósł, bo przeczytał łaskawie, co stworzyłam i ładnie nawet napisałam, choć wielkodusznie poprawił mi literówki (ja go pieprzę... solą i kardamonem...), więc poprawił i zaniósłby, a co, w końcu pod tym papierem jest jego imię i nazwisko, że niby on pisał...., ale.... on jakby "nie planuje być jutro w tej okolicy, gdzie to ma zanieść" i... jak to rozwiązać? (no kłopot, no), bo on bidula nie wie, no co on może, że mu jest nie po drodze (jasna cholera, niech mu potomstwo futrem porośnie...); rób jak uważasz - rzekłam (szczyt asertywności normalnie, Everest), ale już mam niejasne przeczucie, że z tym jego papierem w łapach to ja też jutro pójdę, gęsto się po drodze tłumacząc; a dlaczego tak się może stać? a dlatego, że jestem kretynką pierwszej wody, pod prostu jestem nieludzko głupia, i mam poczucie obowiązku za 100 innych ludzi, którzy dzięki mnie mogą mieć kompletnie i na wszystko po całości wyrąbane... ( !@#$%^&*()%^$); siedzę i trawię to wszystko, czując jak zielenieją mi włosy i czerwienią zarasta twarz...., gówniano się czuję, więc nawet pojawianie się much jest prawdopodobne, jasne nadlatujcie dziewuchy, całą eskadrą....

sobota, 13 czerwca 2015

bezsensowanie skradające się wspomnienia

duszący zapach dzikich róż i słodko-mdła woń akacji - dokądkolwiek pójdę, są wszędzie, nie wiem, skąd je pamiętam, ale wspomnienia wywołane tymi zapachami już, już nadpływają i zatrzymują się drażniąco na krawędzi pamięci, zatem nadal nie wiem, co, jak, skąd, dlaczego? może akacje-wakacje? duże drzewo, które rosło pod starym domem babci Lidki, zawsze się koło tego drzewa chodziło, przełaziło przez siatkę, żeby było bliżej, a akacja pachniała wtedy tak bardzo, i drapała skórę, że bolało, właśnie wówczas, ale przecież tu nie chodzi o to, chodzi o inne wspomnienie, o jakąś słodycz, której nie umiem nazwać, coś z moją babcią, coś takiego, że może to był jakiś park? nie... a może jakaś droga po prostu koło akacji i dzikich róż? zbyt dawno i zbyt wcześnie, aby pamiętać, ale tamte zapachy żyją gdzieś we mnie i na moment znowu jestem bardzo mała, matka mojego ojca jest, pilnuje mnie i te róże dzikie pachną na jakimś skwerze, nie wolno mi ich dotykać, bo mogę się ukłuć - to wszystko; a teraz to wszystko jest zupełnie inaczej, kiedy idę przez las, to jest raczej tak, że leśne drogi są pełne wilgotnych, zadeptanych, beżowych kwiatów, idę i myślę o czymś kompletnie innym: niebieski w niebieskim, jak można mieć takie dziwne oczy, w dodatku po matce? (i boli mnie łydka, kiedy idę, bardzo, nie wiem, co to znaczy? nieważne), więc... niebieskie oczy tamtej kobiety i jej zepsuta niebieskawa sukienka, zamek, który się nie dopina, a ona i tak w tej sukience (niby tylko po domu) chodzi i ma takie niebieskie oczy w dwóch odcieniach, a jej syn, zupełnie do niej niepodobny ma te same oczy, zawsze kiedy na nich patrzyłam myślałam, że to najładniejszy niebieski jaki znam, a dzikie róże? nie, chyba nie mieli ich w ogrodzie; ani akacji nie mieli, a mimo to, idąc wśród róż i akacji, myślę o nich, nie wiem, czemu tak jest;


piątek, 12 czerwca 2015

Żegnaj, kotku vel. Jarli


więc przy takich okazjach (koniec, krach, pożegnania)
chciałoby się teoretycznie w podskokach nucić tak (fason, lekkość, styl, wdzięk): 


ale w praktyce  to raczej w najlepszym razie jest tak (ironia, powarkiwanie i złość, rumakowanie trochę, wszystko to smutna sprawa - choć do przeżycia, bo przecież się przeżywa):


Koniec rzadko bywa końcem, poza tym wszystkim.

czwartek, 11 czerwca 2015

śniło się

jestem kimś innym, ale to ciągle ja, dziewczyna o czarnych prostych włosach, w szarej długiej sukience, do kostek, w białej luźnej bluzce, bez makijażu, czarne oczy, ciemna skóra, ale jasna jak na Hinduskę, inni ludzie mają wyraźnie ciemniejszą, jestem szczupła, drobna, na nogach skórzane sandałki, idę przez miasto i jest wieczór, budynki z piaskowca parują jeszcze ciepłem, ściemnia się, nie powinnam tu być sama, nie powinnam tu być zwłaszcza o tej porze (!!!), więc rozglądam się z niepokojem, na ulicach nie ma  już innych kobiet, czasami mijają mnie grupki mężczyzn, niskich, jasno ubranych o ciemnych oczach i śniadej skórze, przyglądają mi się, nie powinno mnie tu być, znowu niepokoję się, idę szybkim lekkim krokiem, wiem, że mój ojciec nie byłby zadowolony, gdyby wiedział o tym wszystkim, ale też dziwnie cieszy mnie ta sytuacja, mam poczucie wolności, niezależności, to ekscytacja, mimo to martwią mnie baczne spojrzenia innych ludzi, idę szybko, lekko zbiegam po schodach, na dole zaczepia mnie mężczyzna, młody, inny niż tamci, nie jest Hindusem, wygląda inaczej, wysoki, chudy, ma niebieskie oczy, jest spalony słońcem, ale jego włosy są znacznie jaśniejsze niż innych; czy może mi jakoś pomóc - pyta, życzliwie, a ja nie czuję się zagrożona, pyta dokąd idę, może mógłby mnie odprowadzić, wiem, że chce dobrze, potakuję; idę do domu wuja, to jest gdzieś na ulicy Salomona, nie mogę znaleźć - tak mu wyjaśniam, obiecuje mnie zaprowadzić, idę szybko, on obok, wiem, że ojciec byłby niezadowolony z tego towarzystwa, bo to ktoś obcy, ale idziemy razem, jest mi raźniej, widzę szyld przy rozwidleniu ulic i napis "Salomon", nagle jest noc i robi się bardzo zimno, marznę, mój towarzysz okrywa mnie swoją marynarką, idzie blisko, wiem, że to niestosowne, jestem skrępowana, ktoś może nas zobaczyć, trochę się denerwuję, więc choć zrobiło mi się na moment cieplej, wymykam się z marynarki, która spadami mi z ramion na ziemię, idę szybciej niż on, ale wiem, że nadal idzie za mną, lubię go, ale martwi mnie coraz bardziej, że jestem tu z nim, że mogę być z nim widziana; czemu? - pyta mnie, pyta o tę zrzuconą marynarkę; dobrze wychowane kobiety tak nie robią - wyjaśniam krótko, czy on tego nie wie, nie rozumie?; idzie ze mną, szukam domu wuja, nie mogę tam trafić, błądzę i nagle wiem, że nigdy tam nie trafię, idziemy.... szybko, szybko, jest noc i jest mi zimno, prawie biegnę

środa, 10 czerwca 2015

mimochodem - na stronie.... (niebieska głowa Linke)

B.W. Linke "Głowa z niebieskimi włosami"
(rozmowy, których dość często zwyczajnie nie cierpię, choć rozumiem ich konieczność).... rozmowy niby nieważne, podczas gdy robi się coś innego, ale na marginesie, w towarzyszeniu tłumu, który nie słyszy tego, co może powinien usłyszeć (bo przecież, żeby żyć, czuć i istnieć, trzeba zauważać, słyszeć, widzieć), czasami są takie szybkie dialogi, a za nimi ukryty strach (także mój), udaję, że jest w tym lekkość, że nie rozmawiamy o tym, o czym rozmawiamy (o umieraniu, o samotności, bólu, braku miłości, o bezradności, o beznadziei  - do wyboru) i że nie jest to ciężkie jak betonowa ściana, cedzę i destyluję każde słowo, aby nie intensyfikować szkód i tak nie mając pewności, że którekolwiek jest właściwe. 
Tymczasem jednak prawie zawsze jest tak, że cholerne "nic" zwykle znaczy "coś". I za każdym razem mnie to dziwi, nawet kiedy słowo "nic" wypowiadam ja sama.

- Kończmy już.
- No wiem.
- Nie chcę tu być.
- Ja też.

*****

Kiedyś myślałam, że niebieska głowa Linke nie ma oczu, a ona ma, tylko takie za duże, takie za bardzo. Wyobrażam sobie, że każdy człowiek ma taką twarz z lekkim wytrzeszczem w sobie, jest ukryta na wszystkie te straszne lub gnębiące okazje, kiedy mówimy "nic" albo nie mówimy już wcale.

wtorek, 9 czerwca 2015

migotania

a było to tak.... kupiłam na Owocowej dwa zdechnięte krzaczki, zielone trochę, ale takie małe, małe, nikt ich nie chciał, to ja wzięłam, bo listki ładne, fajny kształt, posadziłam w wielkiej donicy na balkonie, podlewałam, dolewałam i krzaczki się rozrosły jak porąbane i zaczęły kwitnąć, i mają prześliczne kwiatki, nie wiedzieć kiedy im wyrosło to całe ukwiecenie, większość w pączkach jeszcze i dużo ich będzie chyba, nawet nie wiem, co to jest za roślinność, ale strasznie się ucieszyłam, taka już durna jestem, bo ładnie to wyszło i ta cała zmienność świata i rzeczy często napawa mnie optymizmem, robisz coś drobnego, niepozornego, nie przywiązując do tego ani nadziei, ani wielkiej wagi i nagle się okazuje, że to się przeistacza w jakąś niezwykłość, lubię jak mi tak życie zamigocze, jak już wspomniałam bywam durnowata, co zresztą kompletnie mi nie przeszkadza;

lekkość i drżenie w każdym słowie i geście, właśnie tak




poniedziałek, 8 czerwca 2015

"stajesz się wrogiem samego siebie" (Hendel "Szaleństwo psychiatry")

przeczytałam coś dziwnie napisanego, ale po chwili wahania, muszę rzec: dobre to było, bo mimo rwanej narracji, która pożarła wszystko (żeby tylko dialogi, ale nie: totalnie wszystko) na rzecz skrajnie subiektywnego, ale co ciekawe nie pierwszoosobowego strumienia myśli, wizji, przeczuć, wspomnień i przeświadczeń, które wirują wokół umysłu ogarniętego (jak dla mnie w pełni zasadną) obsesją, czytało mi się to niepokojąco lekko i wciągnęłam się w tę psychozę, chciałam wiedzieć, gdzie to się kończy, gdzie jest punkt dojścia; a styl miejscami poetycki, aż się prosi o mętność i nudę, tymczasem opisy nienazwanych, ale oddanych poprzez fizyczne odczucia emocji - super, sytuacja związkowej psychodramy z zazdrością w tle, choć słowo zazdrość nie pada ani razu, jakoś zaskakująco mało kliniczna jak na powieść psychologiczną, za to bardzo wiarygodnie wprzęgnięta w życie, tak by mogło być, takie wydarzenia, takie emocje, rozwiązania, ciekawa rzecz, dobrze skomponowana, trująca i przytłaczająca zupełnie naprawdę, bo rzeczywiście może właśnie tak być, że jest się wrogiem samego siebie, a wówczas nie da się od tego uciec, trochę to mam sprawdzone

Jehudit Hendel "Szaleństwo psychiatry"

niedziela, 7 czerwca 2015

oglądając się przez ramię

słowa i dźwięki, być może także zapachy mają swoją pamięć; zapominamy o nich, ale one z pewnością pamiętają nas, nawet kiedy wydaje się, że już nic nie znaczą, że (prawie) ich nie było, nawet kiedy żadnych "nas" już nie ma; więc żongluję słowami, więc mówię czasami dość lekko "słowa-słoma", ale też wiem, że mają one swój ciężar i każde z moich słów o mnie pamięta, każde mnie wiąże, zobowiązuje, każde znaczy, jak dotyk, jak odcisk na ścianie; melodie i zapachy o mocy magdalenki Prousta skradają się dwa kroki za mną,  bo przeszłość to jedyne, co tak naprawdę każdy posiada, zatem oglądam się za siebie, sonduję strzępy minionego czasu, te nieliczne jakoś zapamiętane, kalkuluję puste miejsca i straty; niemal wszystko, co sobie wyobrażam jest dotykiem, fakturą i zapachem albo ich brakiem

sobota, 6 czerwca 2015

dialogi o pamięci

- A to pamiętasz?
- Pamiętam. Wszystko przecież pamiętam.
- I co?
- Nic, nie myślę już o tym.
- Pamiętasz, ale nie myślisz? niby jak?
- Zupełnie zwyczajnie, z trudem.

piątek, 5 czerwca 2015

pole walki o próżnię (Houellebecq)

Chciałabym tylko powiedzieć, że lubię bezlitosną dosadność M. Houellebecq, nawet jeżeli bywa ona przytłaczająca. Cały ten cynizm i zdystansowanie do świata i ludzi, jakby oglądało się wszystko z jakiejś wciśniętej w mały, czarny, brudnawy kąt loży szyderców też jest mi dość bliski, co oczywiście nie jest żadnym powodem do dumy, raczej się tego trochę wstydzę, tymczasem Houellebecq wcale, on właśnie nie i to także jest ok. Widzenie świata, stan psyche współczesnego człowieka, poziom jego osobności, który jest totalny - nie ma w tym ani grama optymizmu, a jednak jest to wszystko prawdziwe i nie mogę powiedzieć, że nie wiem lub nie rozumiem, co chce się mi w tej książce powiedzieć - wiem i rozumiem. Pustka i niepokój graniczący z pewnością, że poza nią nic nie ma, życie bez wydarzeń, na które się już nie czeka, próżnia i nuda, z którymi się godzisz i które stają się treścią twojego życia i jeszcze ten styl, chłodne konstatacje, raczej orzekanie niż opowiadanie, pełna neutralność nawet w najbardziej osobistych wyznaniach. I wszystko to jakoś gra razem - boleśnie przekonująca prawda o tu i teraz. Nie dla ludzi w kryzysie, nie dla ludzi z depresją, chociaż może i nie, może własnie to jest dla nich? Mocna rzecz ten Houellebecq. 
Jego pisanie przypomina mi sposób patrzenia na świat i to jak zawsze mówi do mnie Marcin, muszę mu o tym kiedyś powiedzieć, może znalazłby swoją bratnią duszę w tej kryzysowej narracji?

"Poszerzenie pola walki" Michel Houellebecq
"Poszerzenie pola walki" Michel Houellebecq


czwartek, 4 czerwca 2015

historia pewnego obrazu ("Złota dama")

Adele Bloch-Bauer
Wybrałam się wreszcie po dłuższej przerwie do kina. Motywacja była banalna, cenię filmy, z których mogę się czegoś nauczyć w sposób nienamolny i oczywiście lubię obrazy Klimta (czy jest ktoś, komu się nie podobają?). Dostałam to, po co przyszłam i trochę więcej. Z pewnością zapamiętam już teraz Adele Bloch-Bauer, a dotąd mimo szczerych chęci nie byłam w stanie zapamiętać imienia i nazwiska tej jedynej modelki, która Klimt dwa razy malował. Helen Mirren świetna, może nawet oskarowa. Historyczne retrospekcje umiejętne wplecione w główny wątek, w historycznych aspektach przekonujące, straszne (nigdy nie widziałam nazizmu i holocaustu z perspektywy Austrii, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak to u nich wyglądało, już wiem). Opowieść jako całość nieprzegadana, trzyma w napięciu, nie ma dłużyzn, co w historii o sądowym procesie ciągnącym się latami mogłoby się przecież łatwo zdarzyć. Także emocjonalny ładunek filmu jakoś mnie przyciągnął i przekonał, oczywiście wiadomo, że w procesowaniu się o warte wiele milionów obrazy zawsze chodzi o pieniądze i film szczęśliwie całkowicie się od tego nie odżegnuje, czułabym się okłamywana, gdyby tak było. Rzecz w tym, że również inne motywacje zostały wyciągnięte na plan pierwszy na tyle rzetelnie i prawdopodobnie, że to odzyskiwanie obrazów stało się czymś więcej, że stanęła za tym historia, sprawiedliwość, troska o przeszłość, cenne, choć bolesne wspomnienia, szukanie tożsamości, więzi rodzinne. Dałam się temu trochę przekonać i uwieść, może dlatego, że sama jestem sentymentalna i tak bardzo staram się pamiętać i zapamiętywać chwile, słowa, nastroje. Oczywiście ważne były też te ogromne pieniądze za dzieła Klimta i czasami cynicznie patrzyłam na to, jak ten wątek upycha się chwilami po bokach, przyklepuje i zamiata pod dywan, poza tym podziały na tych złych i tych dobrych są trochę za wyraziste i jednoznaczne jak dla mnie, no i aktorzy - jak to w często teraz bywa - byli znacznie ładniejsi od ludzi, będących pierwowzorami filmowych bohaterów. Pod wieloma względami jest to jednak film ważny i prawdziwy, a poza tym dobrze skomponowany, o pięknych zdjęciach, przemyślanej muzyce, miejscami genialnym montażu (scena wesela, w tle której pojawia się dźwięk tupania wojskowych butów po bruku, wprowadzając dysonans i szarpaninę w weselny taniec - super), Mirren cudna, scenariusz wyważony emocjonalnie, pełen różnego kalibru napięć i bardzo rozległych emocji, czasami przytłaczający, czasami dowcipny, no i dużo piękna, ten Klimt, stroje i wnętrza z XX-lecia, piękne suknie, fraki, Wiedeń z całą swoją imponującą architekturą... Solidne, dobrze wykonane kino.



- Muszę zrobić coś, aby te wspomnienia przetrwały. 
Ludzie maja teraz słabą pamięć, zwłaszcza młodzi.

**********

"Adele Bloch-Bauer I" G. Klimt

środa, 3 czerwca 2015

Krótka teoria końca ("Już tylko się znamy...")


Wczoraj zrozumiałam coś nowego, organicznie, obserwacyjnie, widząc, pytając, słuchając odpowiedzi, sprawdzając, próbując, czy raczej obserwując (jak zawsze) przestrzenie między słowami. Koniec wcale nie jest wtedy, kiedy się żegnamy, rozdajemy sobie zdjęcia, rzeczy, książki i żale, bo za tym jest jeszcze piekło niewystygłych emocji i wspomnień, a one są żywe. Koniec wcale nie jest wówczas - a tak zawsze sądziłam - gdy następuje totalna obojętność, bo i ona może być wyrafinowana i ona może być tylko politurą, pod która coś żyje, coś jest w ukryciu. Koniec jest wtedy - i wiem to na pewno - kiedy pozostaje tylko życzliwa uprzejmość, sympatyczne zainteresowanie, które nic nie kosztuje i które każdy może okazać każdemu, a więc jest ono pospolite i rzeczywiście zupełnie nic za nim nie stoi, poza tym jest bowiem tylko prawdziwe, przejmujące nic. Przekonaj mnie, że jest inaczej, że to nie tylko życzliwa kurtuazja... A może jest właśnie tak, że już "tylko się znamy", jesteśmy mili, dowcipni, sympatyczni, jesteśmy dla siebie dobrzy, mówimy o pogodzie, mówimy o czymkolwiek, ale w przestrzeni między słowami (tak zawsze dla mnie cennej) nie ma nic, żadnego drugiego dnia, żadnego nawet najpłytszego sentymentu. I to jest koniec, tak go widzę. Sensy dosłowne bez metafor i całej tej magii, która daje choć pozory (nadzieje) na istnienie duszy, to jest koniec, to jest ściana, za którą nie ma nic. Być może stałam przy niej i płakałam w moich wyobrażeniach, być może było tak naprawdę, być może jest to tylko taka fantazja, taka myśl, taki sen, być może to sieć symboli, jakiś dźwięk, jakiś odblask, wspomnienie. "Już tylko się znamy..." to ładna piosenka, prawda?

wtorek, 2 czerwca 2015

"when enough is enough?"

mam pewien trudny do zdefiniowania sentyment do filmu "Mexican", jest w nim wiele scen świetnych, zabawnych w sposób wyrafinowany lub zaskakujących, nieszablonowych, głównie z Gandolfinim właśnie, ale Julia też... zwyczajnie fajna jest, ciekawa, nieznośnie, totalnie irytująca, babska, barwna, wariatka po prostu;
***
co do pytania kluczowego "when enough is enough?", nie znam odpowiedzi, ale oczywiście, gdyby to było "never", gdyby tak było rzeczywiście, to byłoby w tym coś ładnego, chyba więc pozostaję niepoprawnym idealistą, wyjątkowo podatnym na takie formułki, nawet jeśli im nie dowierzam, taksując je cynicznym spojrzeniem, to trochę zawsze chcę, by były prawdziwe, przyjemnie jest wierzyć, że mogłyby..., że powinny



"- When two people love each other, totally, truthfully, all the way love each other...the answer to that question is simple, especially in your case...When do you get to that point when enough is enough?...Never, never." ("Maxican" 2001)

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Kiedy byłam mała....

Kiedy miałam 7 lat, chodziłam po drzewach, miałam zawsze potłuczone łokcie i kolana, a mój brat miał pół roku i ściągał zainteresowanie całej rodziny, co dla mnie oznaczało wielką wolność, wszyscy podejrzewali, że jako dotychczasowa jedynaczka jestem o niego piekielnie zazdrosna, ale ja nie byłam, nigdy. Chodziłam już do szkoły i byłam prymusem, choć nie było to powiązane z najlżejszym wysiłkiem, co oczywiście totalnie mnie rozbestwiało, nie rozumiałam, czemu innym dzieciom nie jest w szkole tak łatwo jak mnie, wydawało mi się, że skoro ja coś umiem, to inni też na pewno umieją, wszystko było łatwe i oczywiste. Rodzice byli z tego dumni i ja pod ich wpływem też. Miałam długie włosy, a ludzie często mówili, że mam tak czarne oczy, jakby mnie kominiarz wyciągnął z komina, mnie ten żart w ogólne nie bawił, uważałam go za dość głupowaty. Byłam tak zwanym niejadkiem, czyli straszna chudziną, ale nie chorowałam już zbyt często. Dużo czytałam i często śniły mi się czarownice. Teraz dopiero widzę, jak bardzo byłam podobna do mojego ojca... uderzająco. Uśmiechałam się wówczas nie pokazując zębów, bo właśnie dopiero co wypadły mi jedynki, wiec uśmiech tracił na urodzie, jeśli był pełny. Ja się tym nie przejmowałam, moja mama - tak. Jadłam agrest i czarne porzeczki prosto z krzaków i nielegalnie chodziłam z innymi dzieciakami nad Wartę popatrzeć na prom. Starałam się być grzeczna i zależało mi, żeby inni też byli dla siebie mili, bardzo mnie dziwiło za każdym razem, kiedy nie byli. Miałam nadwrażliwe sumienie i zawsze mówiłam prawdę. 
To były trudne czasy po wieloma względami, ale też jakoś ładne, wszystko czym (kim?) jestem teraz zaczęło się przecież wtedy, i to złe, i to dobre.
Kiedy miałam 7 lat, to wyglądałam właśnie tak.