wtorek, 7 listopada 2017

ostatni taki listopadowy list


bardzo piękny i prawie nierealistyczny, jakby wykrwawiało się ostatecznie lato, które gdzieś jeszcze przecież nieprzemijalnie trwa i za którym mimo to tęsknię, listy, listy, listy, lubię listy, których można dotknąć, mam do nich sentyment....

poniedziałek, 6 listopada 2017

na miękko, naprawdę (Kortez - Pierwsza)

podoba mi się nowy Kortez, nie cała płyta jakoś bardzo, ale sporo piosenek - tak; i ta tutaj najbardziej jest moja, w dodatku dziś jest poniedziałek, a w poniedziałki mam miękki brzuszek i kruszeję mimowolnie w obliczu listopadowego świata, jestem bezbronna nawet wobec siebie samej, zwłaszcza wobec samej siebie, pewnie dlatego właśnie dziś szczególnie mnie ta piosenka wzrusza, dotyka i dotyczy, taka słabość przypełzająca do mnie tu i teraz, w taki czas pełen szczelnie przemilczanej tęsknoty, bo właśnie to jest To - zazdrosny niepokój, tęsknota i żal, choć przecież widzę, gdy to piszę i słyszę w sobie, gdy mi to na wyobrażonych dźwiękach mieli mózg, jak to sentymentalnie i kiczowato brzmi, być może mnie to nawet jakoś zawstydza, ale tak jest, ta piosenka jest dziś dla mnie o Tym i nie umiem ani nie chcę w tej sprawie kłamać

niedziela, 5 listopada 2017

blask

wracam pełna jakiegoś blasku, drżącego od łez, w których nie ma smutku, bo oto przytrafił nam się w listopadzie dzień pełen słońca, a mimo to wszystko nagle wydaje się stratą, wracam i łapię słońce, jakbym łapała oddech, niby lekko, ale przecież także z jakimś trudem - jednocześnie jest tak i tak; często myślę z żalem o tym, że nasze ludzkie życia, nasze ludzkie historie, jakie by one nie były, nieuchronnie kończą się tak sobie, po prostu nieuchronnie gdzieś tam się kończą, samo to wystarczy, by czuć się przytłoczonym i zmiecionym przez beznadzieję, ale wierzę też, a wierzę, bo chcę, że dopóki te historie trwają to trwają i czuję gdzieś tam w sobie, że Koniec to kłamca i to mi robi blask, ta wiara, że umiem pokonać Koniec, że już umiałam, to mi robi ten blask, nawet w listopadzie


sobota, 4 listopada 2017

"wszystko ci oddałam (...), a ty to rozdałeś" ("MOTHER!")

Piękna i straszna alegoria, żaden bzdurny horror, żadna komercja, w całym zalewie kina zaledwie znośnego, jak dla mnie jest to film wybitny i niesamowity. Bardzo antyreligijny, w jakimś niefeministycznym sensie nawet antyptriarachalny, chyba przede wszystkim jednak antyludzki, bo my ludzie jesteśmy tam wielkimi dewastatorami, którymi rzeczywiście jesteśmy przecież w całej naszej wielowiekowej historii, do tego "Mother!" pełen jest odniesień biblijnych, ale pozostaje przeokropnie surowy wobec Boga, religii i właśnie ludzkości w ogóle, a zarazem jest dotkliwie przekonujący i prawdziwy, utkwił mi w głowie niesamowicie. Materiał do rozważań, refleksji i wspomnień na kilka dni i na długo. Wiele razy myśląc o Ojcu, myślałam o tym, czy jest jakaś Matka, czy oprócz kreatywnej siły, jest też materia, która jest jej tworzywem, siłą napędowa, brakowało mi pewnego ogniwa, czegoś co fizycy teoretyczni nazywają czarną materią, czegoś nieuchwytnego, ale istotnego, bo trudno mi wyobrazić sobie jakikolwiek Koniec Ostateczny w tym samym stopniu co Nicość, z której wyłania się wszechświat, i ten film jest dla mnie pewną odpowiedzią... mocna rzecz, ale no... trzeba zobaczyć, warto zobaczyć. Recenzję "Mother!" zrobił świetną Kinomaniak, więc nic tu więcej nie dorzucam, poza tym tylko, że dawno nie widziałam filmu, który bym mnie tak poruszył i tak mi utkwił w głowie. Jest to w moim odczuciu obraz całkowicie niekomercyjny, ale chyba miał jednak coś zarobić, dlatego zapowiedzi w ogóle nie oddają tego, o czym on rzeczywiście jest, zapowiedzi zwiastują horror, co naprawdę jest bzdurnym przyporządkowaniem. "Mother!" może się ludziom podobać lub nie, ale obojętny nie pozostanie nikt.



Ojciec: - Kocham cię...
Matka: - Nigdy mnie nie kochałeś. Kochałeś tylko to, jak ja ciebie kochałam. A ja wszystko ci oddałam, wszystko, a ty to rozdałeś...

piątek, 3 listopada 2017

Prawie (Natalia Przybysz - Dzieci Malarzy)

była dziś w ZG Natalia Przybysz i nawet Prawie wybrałam się na koncert, Prawie miałam na to chęć i Prawie kupiłam bilety, Prawie się udało, ale w końcu okazało się, że gdzieś tam podskórnie wymarzonym czasem jest czas w domu, czas w domatorskiej ospałości, bez wycierania tyłka po koncertach, dlatego Prawie poszliśmy, ale w sumie nie poszliśmy, tylko zostaliśmy i było to Całkowicie wystarczające, swobodny dryf przez tu i teraz;

[wybór piosenki -nieprzypadkowy]


Dzieci malarzy cokolwiek się zdarzy
Umiemy chleb bez masła jeść
Dzieci malarzy są poza obrazem
Szare pejzaże dzień za dniem 
dzień za dniem

czwartek, 2 listopada 2017

to jest kolejna efektowna, komercyjna rąbanka o końcu świata ("Geostorm")

dziś kino lekkie i łatwe, wybór zamierzony, wybraliśmy się na klasyczny koniec świata spowodowany tym, co w ludziach najgorsze - zwłaszcza egoizmem, walką o władzę, pieniądze i innymi takimi typowymi zmiennymi, na pierwszym planie silna indywidualność, co do której od razu wiadomo, że jak nic to ten koleś uratuje świat, w tle oczywiście kłopoty osobiste tejże postaci, nad wiek inteligentna i dojrzała córka, która mówi "Tato wróć", do tego rywalizujący, ale w gruncie rzeczy poczciwy brat, trochę nowinek technicznych, trochę efektownych efektów, cudowne i prawie niemożliwe ocalenia wykonane zawsze rzutem na taśmie, czyli w ostatnich sekundach, trochę ofiar w ludziach, epizod z ocalałym psem, mocno przewidywalna intryga podana trochę za bardzo na tacy i rozwikłana w tempie ekspresowym, w sumie straszliwa sztampa, wszytko to już było i być może nawet było to lepiej wykonane, ale... oglądało się przyjemnie i całkiem ciekawie, nie zabiło mnie to pod żadnym względem, nie zaskoczyło ani nie zszargało emocji, ale pogapiłam się z popcornem w dziobie i fajnie było, tyle;

środa, 1 listopada 2017

to nie jest kolejna rąbanka o robotach dla kretynów ("Blade Runner 2049")


nie jestem do końca przekonana, czy filmy noszące miano kultowych powinny mieć swoje kontynuacje, zbyt często wypada to jak dość żałosna popłuczyna, jak odcinanie kuponów po sukcesie, który okazuje się nie do podrobienia i nie do odtworzenia, dlatego dość długo wahałam się co do "Blade Runnera", liczyłam się z tym, że mnie ten film zirytuje, a fakt, że w głównej roli obsadzono ślicznego Goslinga, który w "Lala Land" był cudny, ale nijak mi do mrocznej i ciężkiej atmosfery "Blade Runnera" nie pasował, dodatkowo mnie zniechęcał.... jednakowoż... niniejszym odszczekuję własne niewypowiedziane wątpliwości - film jest godną kontynuacją, ma świetny klimat, przepiękne zdjęcia, dobrą reżyserię, wciągającą fabułę, bez efekciarstwa i zbędnych strzelanek, jest spójną wizją, jest kinem psychologicznym i wizjonerskim po prostu, to film o ludziach, przede wszystkim o nich i to w przekonującej apokaliptycznej tonacji, Gosling... aktorsko ok, po prostu wołałabym na tym miejscu dojrzalszego aktora, trochę bardziej zszarganego życiem..., za to drugi plan mocny, stary dobry Ford, Jared Leto, który zawsze wypada ekstremalnie wyraziście, no i Robin Wright, wspaniała aktorka i tyle; muzyka... no nie jest to Vangeils, ale umówmy się - nie ma drugiego Vangelisa, a muzyka jest mimo tego mocną stroną filmu, przede wszystkim genialnie współgra z akcją; cały obraz jest długi, ale... ogląda się go w napięciu, bo jest to historia, która absorbuje i wciąga, która jest o czymś, co odbiorcę poprzez swą uniwersalność obchodzi, czyli o człowieczeństwie, okrucieństwie, altruizmie, ale też zupełnie indywidualnej pojmowanej samotności, miłości, marzeniach czy nadziejach jednostki uwikłanej w świat, wizualnie film zachwyca, wygląda zresztą na drogi i zastanawiam się, czy na siebie zarobi, bo w gruncie rzeczy nie jest to kino łatwe i komercyjne, jeśli chodzi o minusy.... no ten Gosling, za młody na taką rolę... do tego bezsensowna postać brutalnego androida Luv, przerysowana i jakaś groteskowa, chyba miała zdynamizować akcję, ale jest nieprzekonująca i komiksowa, nie przystaje do reszty, jest psychologicznie płytka, Leto mógł zagrać więcej, jest jakby niedokończony...; globalnie jednak "Blade Runner 2049"to dobry film, powiedziałabym piękny nawet