sobota, 7 marca 2015

pod moimi drzwiami....

..... umierają sobie (oczywiście więdnąc z mojej winy) czerwone róże (oczywiście róże, oczywiście czerwone, a przecież wiadomo, że wolę goździki, goździki bym ratowała), żal mi ich trochę, róże są z przybraniem (oczywiście wstążki i jakieś chaszcze zielone, żółta szarfa, a ja nie lubię żółtego, chyba, że to mlecze kwitną, no ale te róże w sumie niczemu nie są winne, oczywiście), leżą w pudełku (z czerwonym serduszkiem, oczywiście) i chyba jakiś prezent obok (oczywiście kosmetyki, doceniam wbrew pozorom, ale jestem złą, dumną kobietą, tak mam), jeszcze bilety na koncert, który raczej przepadnie (znowu z powodu moich wad, oczywiście), mam niezły burdel pod tymi drzwiami generalnie, podziwiam cierpliwość sąsiadów (pewnie mają to gdzieś, oczywiście), wszystko to prawdopodobnie jest dramatyczno-romantyczne (oczywiście) i zbędne...

piątek, 6 marca 2015

ostoje równowagi wszechświata

I kiedy już na serio myślę, że wszystko jest nie tak, że świat oszalał, a w jego chaosie można się jedynie zgubić, to wracam do domu i patrzę na moje głupie koty, które ciągle z tym samym niezmąconym spokojem patrolują okolicę; mówię do nich: hej, koty - odwracają się prawie jednocześnie, patrzą na mnie i niemalże od razu wiadomo, że jest ok, że wszystko jest w porządku, bo one mają świat pod pełną kontrolą, uff... rzeczywistość od razu wraca w swoje ramy.





czwartek, 5 marca 2015

Birdman - no, no, no....


Iñárritu powinien był dostać Nobla, a nie tylko Oscara tak generalnie, bo to w ogóle jest niesamowity reżyser. "Amores perros" było trudne, ale dobre jak dno piekła, a "21 gram" to film, pod którego wpływem jestem w surmie nadal. To są filmy inne niż inne. No i teraz "Birdman", czarna komedia, chyba najbardziej amerykański (w sensie wrośnięty w amerykańskie realia obyczajowe, wynikające z dominacji kultury komercyjnej i masowej) z jego filmów, nie wiem, czy to dobrze, odniosłam jednak wrażenie, że momentami jest to wręcz bezlitośnie prawdziwie. Generalnie mam w sobie swego rodzaju "wow..." i sporo skojarzeń. Przypomniałam sobie np. że przecież Keaton był pierwszym Batmanem i grał go w dwóch częściach filmu, pięknie mi się to komponuje z fabułą "Birdmana" - to raz. Dwa: realizm magiczny najlepszego sortu, taki, że Marquez mógłby to wymyślić. Rzeczy kolejne: świetny scenariusz, oniryzm i nieoczywistości płynnie wbite w realia, cudaczna schizofrenia, w którą chcę się wierzyć, jak w jakąś magię, niesamowite zdjęcia i montaż, drugi plan - epicki (Edward Norton, Emma Stone zwłaszcza), ale najlepsze jest to, że nadal nie wiem, co myśleć o tym filmie. Nie wiem nawet, czy rzeczywiście mi się podoba, bo mówił on tak wiele rzeczy i mówił je jednocześnie, że mi zamigotał słowami, sensami, scenami i póki co tak mi nadal migocze i nic nie wiem. Tzn. jestem pod wrażeniem, ale... no nic nie wiem... film inny niż inne - to na pewno.



****


- W realnym świecie tysiące ludzi walczy o to, aby zaistnieć. (...) A ty ich olewasz. To ty nie istniejesz (...), srasz po nogach ze strachu, że jesteś nikim. I masz rację. Jesteś. I to jest nieważne. Ty jesteś nieważny. Pogódź się z tym.

środa, 4 marca 2015

Charlie do Lindy - "ultramarynowa miłość"

Myślę, że Bukowski rzeczywiście kochał Lindę King, być może była to pożerająca wszystko (najwyraźniej także wątpliwości), dewastująca miłość, ale jednak była i wierzę w to, czytając chociażby "Kobiety". I co z tego, że było też sporo niepohamowanego pijaństwa? co z tego, że złamane nosy, zdrady i mnóstwo wściekłości czy zwyczajnie sporo wrzasków było w tak zwanym międzyczasie? co z tego, że go w końcu wykopała razem z jego maszyną do pisania, która zapewne przeleciała nad ulicą (tak to sobie wyobrażam) łukiem koszącym? Ona tańczyła, a on nie umiał jej zostawić, wyrzeźbiła jego głowę i zachowała ją nawet po tym, jak wywaliła jego książki i nic już nie było, no i jeszcze ta lodówka.... mocno obsceniczna, "ultramarynowa miłość". Rumienię się jak pensjonarka, czytając, aż mi przed samą sobą głupio. Bo niby czemu? że ta lodówka? przecież nie. Że kilka dosadniejszych słów? Być może. A jednak jakoś tak ładne te "lust letters".

„Podobała mi się ta twoja zagrywka z trzymaniem się za ręce; napaliłem się przez to jak cholera… napalam się jak cholera przez wszystko, co robisz… rzucanie gliną w sufit… ty dziwko, gorąca sekutnico, ty cudowna cudowna kobieto… dałaś nowe wiersze, nową nadzieję i nowe sztuczki temu staremu psu, kocham cię, włoski twej cipki, które czułem pod palcami, wnętrze twojej cipki, wilgotne, ciepłe, które czułem palcami, ty przy lodówce, masz taką wspaniałą lodówkę, twoje włosy opadające dziko w dół, ty, dzikie ptaszysko w tobie, twoja dzikość, podniecająca, lubieżna, cudowna… obracanie się za twoją głową, próbując uchwycić twój język moimi ustami, moim językiem… byliśmy w Burbank i byłem zakochany, ultramarynową miłością, moja ty dobra cholerna bogini, wodzisz mnie na pokuszenie, moja dziwko, moja, moja, moja, moja pulsująca, oddychająca pizdo z Edenu, kocham cię… i twoją lodówkę, i kiedy objęci siłowaliśmy się, ta rzeźbiona głowa, obserwująca nas z lirycznym, cynicznym, miłosnym uśmieszkiem, rozpalała…
Pragnę cię,
Pragnę cię,
Pragnę CIĘ
CIEBIE CIEBIE CIEBIE CIEBIE CIEBIE CIEBIE” (1972 Ch.B. do L.K.)

poniedziałek, 2 marca 2015

ta przedziwna rzecz

Pod wpływem niedawnego koncertu oczywiście maltretuję Finka, przy okazji odkryłam piosenkę, której nie znałam, a którą on na koncercie wskazał jako jedną ze swoich ulubionych, być może przypadkiem, być może poprzez natręctwo wielu odsłuchań, właśnie dziś ta piosenka bardziej niż cokolwiek innego opowiada o minionym dniu i o moich nastrojach, a także o wielu rzeczach, które pełzają mi po głowie w ostatnim czasie, więc czemu nie, Fink, raz jeszcze...

*****

And the things that keep us apart
Keep me alive
And the things that keep me alive
Keep me alone
This is the thing


I wszystko, co nas dzieli, 
trzyma mnie przy życiu
Wszystko, co trzyma mnie przy życiu, 
sprawia, że jestem sam
W tym rzecz

niedziela, 1 marca 2015

"Dodatkowy powód, żeby się bać".

          Czytam Modiano chyba już tylko po to, żeby zrozumieć, czemu mnie tak męczy. Bo to nie tak, że to jest zła proza, zły warsztat, temat, wtórny język lub niespójność wątków, wszystko to nie zdarza się w jego powieściach. Modiano jest intelektualistą i pisze dobrze. Jest to co prawda zimna inteligencja, surowa i sterylna jak ostrze chirurgicznego skalpela, lecz trudno to uznać za wadę, pod takim chłodnym pisaniem, jest przecież piekło uczuć, hipotez i domysłów, przynajmniej może być. Wiem jednak na pewno, że brnę przez Modiano jak przez grząskie bagnisko, niecierpliwie wypatrując końca. Jestem zainteresowana, ale nuży mnie to czytanie, drażni. I zapewne problem tkwi we mnie. Ten świat, ci ludzie, to, co im się przytrafia, to wszystko zwyczajnie sprawia mi przykrość, tak jakby ciągle trwał tam wilgotny, zimny listopad bez nadziei i szansy na zmianę. Trujące emocje, wspomnienia, cudze, ale przecież przypełzają do mnie i oblepiają mnie, a ja jakoś tak tego nie chcę. Nie ma tam postaci, wydarzenia, do którego chciałabym się zbliżyć, w które byłabym gotowa się zaangażować, bo wszystko to jest cholernie nieprzyjemne. Właśnie nie tak, że zupełnie mi obce, nierealistyczne życiowo, ale po prostu zbyt przykre, zbyt dotykalnie rzeczywiste na płaszczyźnie emocji i... no nieprzyjemne jak diabli i tyle.
           Ostatnio czułam coś takiego, oglądając (chyba rok temu) film "Sierpień w hrabstwie Osage" - świetny, ale totalnie traumatyczny film psychologiczny, po którym ledwie się podniosłam z krzesła w kinie (wrażania tym gorsze, że niespodziewane, bo w zapowiedziach film wyglądał na zaprawioną gorzkim, ironicznym humorem historię rodzinną, ale nic nie kazało się spodziewać rasowej psychodramy z piekła rodem). Pamiętam, że w czasie jego trwania przez większość czasu myślałam: Już dosyć, wystarczy, niech ci ludzie już przestaną, niech już tam nikt niczego nie dorzuca, jeszcze jednak okropna rozmowa, jeszcze jedna świszcząca wymiana zdań czy trup wylewający się zza szafy, a zatkam sobie uszy i zacisnę oczy, i tak będę siedzieć do jutra... co najmniej. Czytam trzy, cztery strony Modiano i mam podobne odczucie: Wystarczy, dość tych wspomnień, strzępów, ogólnego podtruwania... i sprawdzam, ile stron jeszcze do końca.  Uff, coraz mniej.

P. Modiano "Perełka"