poniedziałek, 30 grudnia 2019

Agnieszka Zakrzewska "Do jutra w Amsterdamie" - book tour 15

Książka Agnieszki Zakrzewskiej "Do jutra w Amsterdamie" jest trochę powieścią obyczajową, trochę romansem, a chwilami trochę kryminałem czy wręcz powieścią sensacyjną, ma nawet cechy rodzinnej sagi, do tego niekiedy pisana jest prostym, choć konsekwentnie literackim językiem, a niekiedy bardzo zmetaforyzowanym i poetyckim, balansującym wręcz na krawędzi kiczu i nie zawsze to gatunkowe oraz stylistyczne rozdarcie służy utworowi, a pomimo tego jest w tej historii coś niezwykle przyjemnego, coś co sprawiło, że kończyłam ją z pewnym żalem i niedowierzaniem, że tu Już. Jest to bowiem książka warta uwagi, zabierająca odbiorcę w ciekawą i przyjemną podróż do Niderlandów, a przede wszystkim książka, w której miło się człowiekowi czytającemu przebywa.


Główną bohaterkę - Agnieszkę, poznajemy w chwili, gdy wezwana przez starszą siostrę, Julkę z dnia na dzień podejmuje decyzję o wyjeździe do Haarlemu w Holandii. Początkowo wiemy tylko tyle, że Julka sprząta domy, by spłacić długi byłego męża i nagle za bardzo sowitą opłatą musi wyjechać z jednym z pracodawców do Afryki, ale że nie chce tracić pozostałych klientów, to prosi siostrę o zastępstwo. Agnieszka pakuje się i jedzie, w Polsce nic jej nie trzyma, nie ma pracy, mężczyzny, żadnych wyrazistych planów, jest młoda, gotowa na wyzwania i przede wszystkim chce pomóc Julce. W Holandii okazuje się, że Julka wyjechała wcześniej i mimo obietnicy nie odebrała młodszej siostry ani też nie ostrzegła jej, że wysyła po nią Prospera, przyjaciela i jak się później okazuje swojego ukochanego. On ma zaopiekować się zdezorientowaną Agnieszką i wdrożyć ją w pracę wykonywaną dotąd przez starszą siostrę.... I już na początku, w pierwszych rozdziałach można zauważyć, że autorka zawiązuje mnóstwo wątków, nad którymi ciężko będzie w pełni zapanować, a warto dodać, że w toku powieści pojawią się jeszcze kolejne. Jest tajemniczy wcześniejszy wyjazd Julki, która - jak szybko się okazuje - wplątała się w aferę przemytniczą. Jest wątek romansu Julki z Prosperem, rodowitym Senegalczykiem. Jest dość długo niedookreślona i złożona przeszłości Agnieszki, która znacząco rzutuje na jej zachowania oraz postawy w toku powieści, w tym są to nie tylko jej osobiste przeżycia z młodości, ale także przeszłość jej rodziny, w tym szczególnie związana z ojcem. Są rodziny, u których sprząta Julka, a w jej zastępstwie Agnieszka i z których każda ma jakby osobną linię tematyczną w powieści, osobne problemy, swoją historię (przezywająca kryzys rodzina Hanka, Charlotte i ich córek pełen; pełen pięknych, ale i traumatycznych wspomnień dom staruszki Annemarie; dom prokuratora Jana, który ma tajemniczą przeszłość i służącą Anneke, której starania o adopcję też poznajemy). Jest wreszcie wątek przyjaźni Agnieszki i Prospera oraz rasistowskiego napadu, którego doświadczają - więc w zasadzie wątki o zacięciu sensacyjnym są w powieści dwa (afera przemytnicza, którą odkryła Julka i napad na Agnieszkę i Prospera), są one zupełnie osobne, ale całe czas obecne na drugim planie wydarzeń powieściowych. Wątki miłosne na pierwszym planie są aż trzy: Julka i Prosper, Agnieszka i szef Prospera - Jeroen, Agnieszka i Stijn, do tego drugi plan, w którym też pojawiają się zawikłane relacje romantyczne innych postaci, które Agnieszka poznaje w Holandii. Jest wreszcie rozbudowany wątek emigracyjny, historia grupki Polaków, których bohaterka poznaje, jadąc do siostry i z którymi utrzymuje kontakt, którym pomaga, spotyka się z nim, i którzy siłą rzeczy zostają uwikłani w jej losy, szczególnie dotyczy to Bożeny i jej syna, doświadczających wszelkich trudów emigracyjnego życia. Jak widać powieść aż tętni od różnorodności tematycznej. I to w jakimś sensie jest to imponujące, tylko z drugiej strony nie da się tych wszystkich wątków z tą samą uważnością poprowadzić. Więc z jednej strony "Do jutra w Amsterdamie" kipi bogactwem treści, a z drugiej konstrukcja powieści nie zawsze ten natłok wytrzymuje. Niektóre wątki więc się rwą, wykolejają w toku akcji, i w sumie nie wiadomo po co są,  bo giną nieukończone, niedopowiedziane, choć nie brak też takich, które są dobrze prowadzone i skutecznie utrzymują napięcie powieściowe oraz uwagę czytelnika. Czytając, nie mogłam oprzeć się  jednak wrażeniu, że autorka powieści jest osobą niepospolicie pomysłową i ma sporą twórcza wyobraźnię, ale chce na raz powiedzieć za dużo, boi się stracić dobre pomysły, więc upycha je na raz w jednej powieści, by niczego nie stracić. W efekcie "Do jutra w Amsterdamie" porusza wiele tematów, ale nie każdy z nich wyczerpuje i dopowiada, bo zwyczajnie kompozycja nie wytrzymuje ich natłoku, a szkoda, bo de facto zarówno to jak zbudowane są poszczególne watki, jak i same pomysły na tematy poruszone w powieści są ciekawe i warte by je rozwinąć i dokończyć.

Przykładowo: najsłabiej wypada jeden z wątków kryminalnych. Opowieść o tym jak Julka uwikłała się w walkę z handlarzami ludźmi jest może ciekawa i dotyczy rzeczywistych problemów, ale zawiera wiele logicznych luk. Znamy ją tylko z powierzchownej relacji Julki, wiemy też, że musiała wyjechać, bo sytuacja była dla niej groźna, ale potem nagle wraca z powodu wypadku Prospera i nic z tego powrotu nie wynika. Ani się specjalnie nie ukrywa, ani nie ma policyjnej ochrony, ani nie uczestniczy w żadnym procesie, w sumie nie wiadomo, co się stało z tą całą sprawą, wszystko się rozmywa, nawet zaangażowany w całą sytuację prokurator, który ciążko pracuje nad jej sfinalizowaniem, z czasem jakby zapomina o wszystkim i przestaje nawet aluzyjnie ten temat poruszać. Wątek ginie i urywa się niedopowiedziany, co więcej wydaje się, że można by bez szkody dla całości utworu z niego zrezygnować, poprzestając na tym, że ot Julka wyjechała, żeby zarobić duże pieniądze i spłacić stare długi, brak innych motywacji nie zaszkodziłby wcale logice akcji. Wraz z tym wątkiem można by usunąć prokuratora Jana, który jest też najbardziej niedokończoną postacią. Julka u niego pracowała, wiemy, że pomógł jej wyjechać i prowadził sprawę, w którą była uwikłana, ale po jej powrocie ani razu ze sobą nie rozmawiają, ani się nie spotykają. Wiemy, że Jan kiedyś kochał Polkę, ale nie skończyło się to szczęśliwie. I tyle. Jako postać jest to bohater ciekawie wymyślony (godny osobnej powieści), ale pozostaje nieukończony, jego tajemnice, osobowość pozostają w ukryciu, z czasem ten bohater ginie w natłoku innych i trudno orzec, jaką pełni funkcję w całej opowieści, jakie treści wnosi. Jego także można by bez szkody dla głównego nurtu akcji pominąć. O wiele ważniejszy dla losów kluczowych postaci jest drugi wątek sensacyjny, czyli kwestia rasistowskiej napaści na Prospera, w obronie którego staje przeciwko dwóm agresywnym Polakom Agnieszka. To jest ważny temat: tolerancja i postawy wobec jej braku. Poza tym ta dość sprawnie prowadzona na drugim planie historia wnosi wiele napięcia i dynamiki do całej akcji, jest dobrze zakończona, wybrzmiewa, dodatkowo wprowadza zmianę w relacji Julki i Prospera, pozwala im niejako scementować związek. To własnie jest dobrze prowadzony i celowy wątek i on w zupełności by wystarczył. Prokuratora Jana, jego gosposię Anneke, czy dziewczynę, która odkrywa nieuczciwe interesy i stara się pomóc ofiarom handlu ludźmi można by wyjąć w całości z "Do jutra w Amsterdamie" i stworzyć osobną powieść, bo sam pomysł jest dobry, ale tu nieco na siłę wciśnięty wiele traci ze swojego fabularnego potencjału, ta jak wiele tracą uwikłane w tę historię postaci, o których można by powiedzieć pełniej i więcej, gdyby dać im szansę zaistnieć w innej powieści. 

Pomimo tej tematycznej klęski urodzaju powieść Agnieszki Zakrzewskiej jest jednak interesująca i przyjemna, bo stworzono w niej świat, w który czytelnikowi łatwo jest się zaangażować. W głównej mierze jest to zasługa dobrze opisanych i zbudowanych relacji bohaterów. Więzi rodzinne, przyjacielskie, miłosne wypadły bardzo przekonująco, prawdziwie. Wyjątkiem jest nieco zbyt cukierkowy i nie do końca podbudowany psychologicznie romans Agnieszki i Stija, długo trwa rozbudzanie wzajemnego zainteresowania, jednak samo to jak bohaterowie dojrzewają do tego, by się odnaleźć jest ciekawe i ładne, ale potem nagle, niemal szast prast po jednej scenie robi się z tego wielkie uczucie. Niewiele ten gwałtowny przeskok zwiastowało, nie wynikał on też z osobowości bohaterów, gdyż oboje są raczej zachowawczy, on nieśmiały, a ona z bagażem złych wspomnień. Oczywiście w romantycznym sensie ten emocjonalny wybuch wypada bardzo efektowne i ekscytująco, ale na płaszczyźnie psychologicznej wiarygodności nie do końca przekonuje. W dodatku towarzyszą temu uczuciu dość napuszone i poetyckie opisy emocji, które zgrzytają na tle dotychczasowego języka narracji i dialogów. Można to wszystko jednak uznać za dziedzictwo rodem z romansowej konwencji, z którego autorka korzysta i dla której takie bajkowe zwieńczenia miłosnych relacji oraz kwieciste słownictwo są dość typowe. Tego zresztą czytelnik romansu oczekuje. Poza tym przede wszystkim wypada docenić, że w powieści ładnie i bardzo prawdziwie pokazano rozmaite inne relacje, np. rodzinne, miłość między siostrami czy miłość rodzicielską oraz przyjaźnie, które zawiązują się między postaciami. Piękną i wzruszającą bohaterką jest staruszka Annemarie - opis jej starości, wspomnień, ale także umiejętności cieszenia się życiem u jego schyłku są bardzo ujmujące, podobnie jak jej pełna czułości i troski zażyłość z Agnieszką. Ciekawą relacją była też znajomość Agnieszki z Jeroenem, poznawczo chyba jest to najbardziej interesująca i nieszablonowa znajomość o romantycznym charakterze w całym utworze. Dużo się z niej dzieje. Przeszłość obojga ma wpływ na rozwój tej znajomości, są dokładne opisy emocji, wahań dziewczyny, są trudne decyzje, nie zawsze  do końca w porządku zachowania, ale to jest taki bardzo "ludzki" i prawdziwy opis znajomości dwojga ludzi, którzy po wstępnym oczarowaniu muszą sprostać skomplikowanej rzeczywistości. Pomysł na ten wątek był w ogóle oryginalny i trudny, ale też świetnie przez autorkę poprowadzony. W ogóle "Do jutra a Amsterdamie" obfituje w niebanalne opisy relacji, a z perspektywy całości utworu można powiedzieć, że jest to także powieść pełna pozytywnych wartości, nie tylko rodzinnych, ale też bardziej uniwersalnych. Przekonuje ona, że rodzina jest ważna, ale też przyjaźń i pomaganie obcym ludziom mają wielkie znacznie. Autorka wskazuje w swoim utworze, że bycie dobrym dla innych, bycie tolerancyjnym, życzliwym ma wielką wartość, że bycie lojalnymi i uczciwym czy podejmowanie starań na rzecz innych ludzi to są rzeczy bardzo istotne, które wpływają nie tylko na bohaterów, ale także na świat, w którym żyją. Dzięki "Do jutra w Amsterdamie" można się przekonać, że bycie szczerym jest trudne, ale niezwykle cenne, że walka o samorealizację, wiara w siebie, odwaga, by pokonywać przeszłość i wątpliwości, by cieszyć się życiem to są sprawy nie do przeceniania. Pod tym względem, czyli na płaszczyźnie wartości i emocji powieść Agnieszki Zakrzewskiej ma duży pozytywny ładunek i chyba dlatego kończyłam ją z żalem, bo to był dobry świat, zamieszkany przez wartościowych ludzi. 

I jeszcze rzecz osobista. "Do jutra w Amsterdamie" jest bardzo wciągającą historią o życiu w Niderlandach - o języku, zwyczajach, pogodzie, mentalności, postawach ludzi, nawet o mechanizmach działania urzędów, potrawach, przyrodzie czy elementach historii. Mam do tego kraju wielki sentyment, zdarzyło mi się w nim pomieszkiwać i na tej podstawie oceniam utwór Agnieszki Zakrzewskiej jako bardzo rzetelny i współgrający z moimi obserwacjami i wspomnieniami. Holandia to kraj intrygujący. Co więcej wszelkie informacje są bardzo płynnie i nienachalnie wlane w narrację i dialogi, co umożliwia czytelnikowi bardzo naturalne i naprawdę interesujące poznawanie tego kraju oraz jego kultury i obyczajowości poprzez towarzyszenie głównej bohaterce w jej osobistym odkrywaniu Niderlandów. Jeśli ktoś się wybiera do Holandii, powieść Zakrzewskiej będzie dla niego miłym wprowadzeniem, a jeśli ktoś już tam był - źródłem fajnych wspomnień. Ludzie tam naprawdę ładnie żyją, jakoś spokojniej i pogodniej niż my w Polsce, chociaż znacznie częściej  pada tam deszcz.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję autorce Agnieszce Zakrzewskiej oraz organizatorce book tour Ewelinie Kwiatkowskiej-Tabaczyńskiej, czyli Ewelce ;)








wtorek, 24 grudnia 2019

ozdoby Małej Mi - bałwanek

co roku skłaniam Małą Mi do robienia ozdób, zbieram je, nie wszystkie przetrwały ostatnie lata, ale trochę ich jest, w tym roku dostała drewnianego bałwanka, dwa dni go męczyła, bo Mała Mi jest już duża, ale ulega tej mojej samozwańczej tradycji, a dla mnie to jest kwintesencja świąt, mnie to w tych świętach co roku zakorzenia


poniedziałek, 23 grudnia 2019

Renata Kosin "Nić Arachny" - book tour 14

"Nić Arachny" Renaty Kosin to pierwsza część rodzinnej sagi. Pełną tajemnic i zawiłych relacji historię rodu Śmiałowskich poznajmy na równolegle prowadzonych dwóch płaszczyznach czasowych: w ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku oraz w latach 70. i 80. XX wieku. Powieść ta jest jednak czymś znacznie więcej niż opowieścią o rodzinie i jej sekretach, przede wszystkim dotyczy ona bowiem uwikłania człowieka w historię, obyczajowość, a także - co najważniejsze - w innych ludzi. Bohaterowie utworu ponoszą bowiem konsekwencje wyborów i trudnych decyzji, nie tylko własnych, ale też cudzych, bo dziedziczymy po naszych przodkach nie tylko nazwisko, wygląd czy osobowościowe predyspozycje, nie tylko rzeczy i tradycje, ale też dziedziczymy ich wybory, których skutki mają realny wpływ na życie kolejnych pokoleń. To właśnie jest główną treścią "Nici Arachny" - przeszłość i przyszłość, które splatają się i przenikają w niemal magiczny sposób. Poza tym saga skupia się na kobietach, one bowiem stanowią oś rodziny Śmiałowskich, wokół nich toczy się życie, one są - każda na swój sposób - autorkami rodzinnego losu. W części dotyczącej wieku XIX - kluczową postacią jest Arachna - kobieta jak na tamte czasy niezwykła: samodzielna, niezależna, mająca wiele wiedzy, siły i niezłomnej woli. W bardziej współczesnych rozdziałach śledzimy dorastanie Michaliny - inteligentnej wrażliwej dziewczyny, która jest nie tylko błyskotliwą i krytyczną obserwatorką świata oraz własnej rodziny, ale przede wszystkim dziewczyną, która nie do końca świadomie dorasta do tego, by stać się odkrywcą zawikłanych losów swojego rodu oraz zarazem orędowniczką obecnego w nim w każdym pokoleniu uznania dla kobiecej niezależności i prawa do samorealizacji. Takie kobietocentryczne tworzenie sagi to samo w sobie bardzo ciekawe ujęcie, bo takich wyraziście matriarchalnych sag rodzinnych jest niewiele. Inna rzecz warta uwagi - jest w tej opowieści pewna doza starosłowiańskiej magii koncentrującej się wokół kobiecości (w tym zwłaszcza kult bogini Makoszy oraz trzech Zórz). Warto tu szczególnie docenić autorkę za to jak dobrze wyważyła ona proporcje między typową dla sag rodzinnych realistyczną poetyką, a mistycznym fundamentem, który wzbogaca całą opowieść, nie odbierając jej zarazem wiarygodności obyczajowej. 


Żeby być rzetelnym... nie jest to powieść wolna od usterek. Ekspozycja trwa za długo, więc czytelnika może znużyć, w dużej mierze wynika to z tego, że wprowadzanie czytelnika w akcję, opisy osób i miejsc, sama wielość postaci, która niemal od razu na odbiorcę spada - wszytko to we wstępnej fazie zajmuje nieco zbyt wiele miejsca. Być może jest to konieczne ze względu na rozmach utworu oraz fakt, że "Nić Arachny" to pierwsza część cyklu i to na niej ten cykl zapewne zostanie osadzony, tzn. na zainicjowanych w tej pierwszej powieści wątkach. Ale w tej sytuacji może warto było nieco okroić sceny obyczajowe, które wniosły co prawda ładny koloryt, ale przeładowywały i tak pełną wiadomości ekspozycję? Mimo wszystko trzeba przyznać, że z biegiem kolejnych stron pełna tajemnic i niedopowiedzeń historia rodziny Śmiałowskich oraz związanych z nią dworków i wsi jest bardzo absorbująca, odkrywanie kolejnych rodzinnych i pozarodzinnych misternych powiązań, zapomnianych konfliktów, sekretów, czy nawet przemilczanych tragedii jest fascynujące i  ma niekiedy wręcz sensacyjny rozmach i temperaturę. Duża  tym zasługa przemyślanej kompozycji utworu. Na linii czasu prowadzonej od lat 70. XX wieku kluczowy jest dziennik stworzony przez mającego coraz większe kłopoty z pamięcią dziadka Antoniego, dziennik pełen luk, usuniętych stron, ale i cennych wspomnień, który jest latami czytany i ciągle na nowo odkrywany przez młodziutką Michalinę. Jej odkrycia w połączeniu w równolegle prowadzonymi wątkami z życia rodziny sprzed 100 lat sprawiają, że skomplikowana historia Śmiałowskich układa się przed odbiorcą powoli jak tworzony z drobnych skrawków informacji obraz, coś na kształt mozaiki, w której jednak wiele pozostaje do wypełnienia poprzez domysły i intuicję czytelnika. W tej opowieści o rodzinie sporo jest bowiem rysów uniwersalnych - trochę lojalności i oddania, trochę płytkiej zazdrości, trochę sporów o nic, trochę miłości, trochę niewypowiedzianych żali, trochę pięknych rodzinnych chwil - narodzin, ślubów, rocznic, świątecznych zwyczajów, trochę poważnych konfliktów i trochę wielkich zniewag, trochę czułości i wybaczenia, trochę egoizmu, a trochę życzliwości.... ta ponadczasowość warstwy emocjonalnej i rodzajowej powieści sprawia, że czytelnik może zaufać swojej intuicji, współtworząc na swoje potrzeby rodzinny portret Śmiałowskich, nawet jeśli w narracji nie wszystko zostaje wprost mu dane czy dopowiedziane.  

Postaci w "Nici Arachny" jest naprawdę dużo i łatwo się wśród nich zgubić, pewną pomocą jest więc drzewo genealogiczne zamieszczone na końcu powieści, które jednak nie rozwiązuje wszystkich wątpliwości, bo zawiera jedynie członków rodziny, ale już nie ich przyjaciół czy powinowatych. Wielość bohaterów jest zrozumiała ze względu na to, że autorka prowadzi dwa równolegle plany czasowe, w których bohaterowie się nie powtarzają, co zresztą daje dość interesujący efekt, jakby stworzenia dwóch powieści w jednej, ich płaszczyzną wspólną pozostaje miejsce akcji, czyli dworek Przytulisko i jego okolice, ale już nie bohaterowie, których dzieli 100 lat. Zdarzają się jednak Renacie Kosin, która generalnie dobrze panuje nad logiką wydarzeń i kompozycją powieści - pewne drobne niekonsekwencje w prowadzeniu postaci. Początek sugeruje, że kluczowy dla osadzonej w XIX wieku części powieści będzie Witold Śmiałowski, dość niefrasobliwy młody szlachcic, nie stroniący od hulanek i swawoli. Jego przyjacielska relacja z hrabią Brzostowickim zarysowana już w pierwszej scenie też wydaje się znacząca, tymczasem zarówno Witold, jak i jego przyjaźń blakną z każdym kolejnym rozdziałem. Witold zmienia się pod wpływem  miłości do Arachny i konfliktu z bratem, jest to jednak przemiana dość bajkowa, nie do końca psychologicznie podbudowana, gdyż chłopak, który nigdy niczym się nie interesował poza zabawą i miał w sobie - mimo sympatrycznej osobowości - mało dojrzałości nagle z dnia na dzień okazuje się wzorowym gospodarzem, a z miesiąca na miesiąc wzorowym mężem i ojcem, żyjącym w cieniu uwielbianej żony. Bardzo jednowymiarowa postać robi się z bohatera, który tak oczywistym we wstępnej fazie powieści wcale nie był. Szybko z akcji powieściowej znika też hrabia, który staje się postacią pełniącą swego rodzaju rolę służebną względem losów Witolda, rozwiązuje lub generuje problemy w jego rodzinie, ale sam w sobie nie jest osobowością, której losy są jakoś mocniej rozwijane. Szkoda, bo ten wątek męskiej przyjaźni oraz dość dokładny opis osobowości i emocji obu bohaterów na początku powieści sugerowały, że ich znaczenie będzie większe. Bardzo jednowymiarową postacią staje się też w toku rozwoju akcji powieściowej Jędrzej Śmiałowski, początkowo nieco stereotypowo myślący, ale dobry i troskliwy brat, ojciec i mąż, taki trochę Sędzia Soplica z "Pana Tadeusza" - tradycyjny szlachcic z wszelkimi wadami i zaletami typowymi dla niego. Z czasem Jędrzej okazuje się złym duchem rodziny, anachronicznie myślącym, skłonnym do awanturnictwa, skupionym na swoich archaicznych przeświadczeniach despotą, który w każdym widzi przeciwnika. I niby ciekawe są te męskie postaci i osobowości, wyraziste, pełne emocji, ale bardzo jednostronnie prowadzone. Ci trzej panowie to kluczowi męscy bohaterowie, a tymczasem brak im osobowościowego bogactwa. Na XX-wiecznym planie czasowym jest zresztą bardzo podobnie, najciekawszą postacią jest dziadek Antoni, który cierpi na zaniki pamięci i demencję, ale jest jakoś wzruszający, tragiczny i piękny w swoim zagubieniu. A reszta.... wujkowie, ojcowie, kuzyni, sąsiedzi, znajomi zlewają się w jedno rodzajowe tło bez bohatera charakterystycznego. Wszystko wynagradzają jednak kobiety, które są rozmaite i cudowne, ja w każdym razie jestem po czytelniczemu w tych bohaterkach "zakochana"! Prezentują one różne typy kobiecości i to na obu płaszczyznach czasu powieściowego, i jak dla mnie wynagradzają usterki w prowadzeniu postaci męskich. W ogóle "Nić Arachny" jest bardzo prokobieca i bardzo uniwersalna, jeśli chodzi o opisy kobiecego losu, dotyczy bowiem: bycia żoną, nie zawsze pierwszą lub nie zawsze akceptowaną przez resztę rodziny, niekiedy kochaną, a innym razem całkowicie niedocenianą przez męża; bycia matką, która nie zawsze zdoła uchronić własne dziecko, nie zawsze umie je mądrze kochać, ale zawsze będzie próbować, będzie się starać i poświęcać siebie; bycia wdową, nagle osamotnioną i zagubioną; bycia obiektem surowych ocen i wymagań społecznych oraz rodzinnych; bycia córką, od której wiele się oczekuje, którą się rozpieszcza lub której potrzeb nie zauważa się, bo bracia są ważniejsi; bycia przyjaciółką, kochanką, babcią, ciotką... Wielość i bogactwo relacji, w jakich może być kobieta, przeróżne doświadczenia, uwikłania i to w kilku możliwych odsłonach są w tej powieści świetnie ukazane, i to z dużą wrażliwością i zrozumieniem dla kobiecej natury i specyfiki. Co więcej w tych historiach jest wielki szacunek dla kobiet, a ich losy są opisane z ogromną życzliwością, do tego nienachalnie, ale zauważalnie, gdzieś pomiędzy wierszami powieści ukryte są słowa mądrości i wsparcia, które warto usłyszeć, zobaczyć, przeczytać. Dlatego myślę, że każda czytelniczka znajdzie tu bohaterkę, która stanie się jej bliska, której losy będą ją osobiście dotykały. W "Nici Arachany" jest wiele kobiet mądrych, wrażliwych, wyjątkowych, które wzajemnie się wspierają i mają wielką siłę by zmieniać życie swoich rodzin i przyjaciół, a przede wszystkim by kreować los. Każda z nich przędzie swoje przeznaczenie, każda z nich ma wielki, prawie zawsze dobroczynny wpływ na innych ludzi. Małgorzata, Arachna, Bogusia, Marcjanna, Anna, Michalina, Rozalia.... to galeria kobiet niezwykłych.

Co do uwag o historii i narodowym charakterze Polaków Reneta Kosin po prostu mi zaimponowała, przede wszystkim poprzez rzetelność nawet najsurowszych ocen w tym zakresie. Historyczne rozważania o powstaniu styczniowym oraz innych zrywach niepodległościowych oraz życiu w niewoli są oparte na wiedzy, ale też swego rodzaju życzliwości, z którą autorka pisze o ludziach. Zauważa błędy, docenia starania. Chwali odwagę i patriotyzm, martwi się porywczością i bezmyślnością, która sprawia, że Polacy "umieją walczyć, ale nie umieją wygrywać". Wydarzenia historyczne i charakter narodowy, w tym zarówno wady jak i zalety narodowe Polaków, nie są co prawda  na pierwszym planie powieści, ale regularnie się pojawiają, jako temat rozmów czy refleksji postaci, jako elementy rodzinnych dyskusji. Podkreślam to, bo doprawdy nie wiem, czy jeszcze ktoś w popularnej literaturze obyczajowej podejmuje próby rewizji narodowych mitów i przeświadczeń Polaków, w tym zwłaszcza przekonania o szczególnej opiece boskiej nad naszym narodem oraz mesjanistycznego przeświadczenia o tym, że narodowe cierpienia zostaną nam z całą pewnością ostatecznie wynagrodzone w niedookreślonych okolicznościach (z tymi między innymi mitami dyskutował w literaturze pięknej Wyspiański, robił to Gombrowicz, współcześnie czyni to np. Jacek Dehnel). Jest rzeczą cenną i wartą uwagi to, jak subtelnie i dyskretnie tę trudną tematykę podejmuje także Renata Kosin, bo świadczy to o jej dużej wiedzy i refleksyjności, a także o pewnej odwadze, w końcu podejmowanie tak poważnych rozważań w literaturze obyczajowej i popularnej wymaga wiele wyczucia i nie jest sprawą oczywistą. Świetną stroną "Nici Arachany" są też niezwykle trafne i przenikliwe obserwacje obyczajowe, zwłaszcza dotyczące lat 70. i 80 XX wieku. Wielu czytelników odeśle to do wspomnień z dzieciństwa. Znakomite i precyzyjne są refleksje dotyczące ról społecznych mężczyzny i kobiety w różnych czasach, zwłaszcza te ukazane z perspektywy małej dziewczynki, Michaliny, która uważnie obserwuje rodziców i  podsłuchuje ciotki. Wszystko to sprawia, że "Nić Arachny" to poznawczo powieść bardzo cenna. Pokazuje nie tylko piękne tradycje i wartości życia rodzinnego, ale także schematyzm ról społecznych, które często są krzywdzące zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, bo uniemożliwiają swobodny rozwój osobowości, samorealizację czy nawet szczęście. Pod tym względem utwór Kosin może wnieść rzeczywistą odmianę w sposób myślenia o świecie wielu czytelników, nie jest to rzecz jasna wielka rewolucja, bo "Nić Arachany" pozostaje przede wszystkim sagą i nie ma cech literatury moralizatorskiej, ale poprzez snucie opowieści o rodzinie Kosin znajduje bardzo dobry sposób na pokazanie tego, że człowiek, jego wolność, godność, szczęście są ważniejsze od zbiorowych przeświadczeń, konwenansów czy przesądów. 

I na koniec coś szczególnego. Renata Kosin w "Nici Arachny" odgrzebuje w bardzo interesujący i twórczy sposób zapomnianą słowiańską mitologię, która wlała się w chrześcijaństwo tak płynnie, że w naszych czasach nie mamy już prawie żadnej świadomości jej istnienia. Tymczasem mity Słowian były bardzo piękne, pełne szacunku dla natury i dla człowieka, pełne wiedzy o tym, jak harmonijnie i zdrowo współżyć z przyrodą, warto o nich pamiętać, warto je choćby znać, i "Nić Arachny" to umożliwia. Kult Makoszy i Zórz dzięki postaci Arachny wkraczają do rodu Śmiałowskich, odbywa się to w nie do końca uświadomiony dla większości z członków rodziny sposób, ale jednak znacząco odmienia życie rodu. Symbolem tego dziedzictwa jest kołowrotek, który obecny jest na obu planach czasowych powieści oraz związana z nim magia, pewna zdolność do wpływania na los ludzi przez niektóre kobiety siedzące za kołowrotkiem. Arachna ma talenty niezwykłe, ma wiele wiedzy o ziołach, umie leczyć, ale umie też przewidywać, niejako wyprzedać los, wpływać na niego poprzez swoje działania i nić, którą przędzie na kołowrotku. Dzięki tym starosłowiańskim wierzeniom powieść Kosin zyskuje mistyczny fundament, który dodaje powieści wiele uroku, nie niszcząc życiowego prawdopodobieństwa. I wypada to uznać za kolejną zaletę "Nici Arachny".

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję:
autorce Renacie Kosin oraz organizatorce book tour Andżelice Jaczyńskiej z Czytam dla przyjemności








niedziela, 22 grudnia 2019

ważne i mniej ważne ("Osierocony Brooklyn")

A mnie się to podobało.... gówniarzeria wychodziła mówiąc, że nudne... a mnie się podobało, no cóż zrobić, widać lubię nudne... kryminalna historia z czasów niedawnych, ale nieteraźniejszych, ładny scenariusz, cudowna muzyka, która chyba robi w tym filmie wszystko, Edward Norton, który się jakoś tak po ludzku i fajnie starzeje, zawsze go lubiłam, i tu ma świetną rolę, ma co grać i robi to dobrze, na drugim planie Baldwin nie widziany od tysiąca lat w niczym dobrym, a tutaj proszę, pasuje, gra, jak za starych dobrych czasów, William Defoe szalony jak zawsze, Bruce Willis przez chwilę, ale z wdziękiem, ładne zdjęcia miasta, dobry scenariusz, ciekawa intryga i rozwiązanie, którego nie przewidziałam, bo tam na końcu wszystko okazuje się mniej ważne, problemy społeczne, walka o sprawiedliwość, o wyrównanie krzywd, tolerancję, to wszystko było ważne przez cały film, ale ostatecznie okazuje się mniej ważne, mniej znaczące niż spokojne małe życie z kimś, kto cię zauważa i rozumie, chyba chodzi o to, że to była ładna opowieść i że polubiłam głównego bohatera, a muzyka mnie uwiodła, reszta po prostu była mniej ważna




piątek, 20 grudnia 2019

tysiąc porzuconych rękawiczek - rękawiczka wielkiej damy

to było pierwsze co pomyślałam, jak ją zobaczyłam, że to wielkiej damy jest, takiej damesy starej daty, która jak wyciąga rękę czy raczej dłoń podaje to zawsze w takim półzgięciu nadgarstka, żeby tylko ktoś ujął i ją pocałował, ujął i przeprowadził przez trudy świata lub błoto, ujął i podprowadził do krzesła, stołu, szezlongu; może to dlatego, że tak ładnie leżała, jakby ją ktoś specjalnie z delikatnością i pietyzmem pod drzewo odłożył, a może to te małe czarne koraliki i łukowate wykończenia na mankiecie, a może to ja







czwartek, 12 grudnia 2019

kobieta, która mi zaimponowała (Małgorzata Rejmer - spotkanie autorskie)

nie czytałam jeszcze książek Małgorzaty Rejmer, choć na półce spoczywa ta najnowsza - "Błoto słodsze niż miód", wybrałam się jednak, by tę dziewczynę poznać, by posłuchać, co i jak powie, bo po pierwsze dostała Nike, po drugie za książkę o Albanii, co wydało mi się mocno abstrakcyjne, po trzecie ona tam mieszka... to było dla mnie dość, by iść i posłuchać dziewczyny, "człowieka piszącego" jak sama o sobie mówi; i co? i jest to myśląca kobieta, wykształcona, błyskotliwa, ciekawa postać, która wszystko co robi buduje na relacjach, na uważności w tych relacjach, jest to obywatelka świata, która nie obawia się w ten świat wyruszać, co jako zapyziały domator bardzo podziwiam, otwarcie mówi o sobie, bo niby o książkach, niby bardzo ciekawie o Albanii, ale też w międzyczasie dowiedziałam się, że jej obecny partner to Albańczyk, że rodzice są rozwiedzeni, że oboje mają swego rodzaju artystyczne zacięcie, że ojciec mieszka w Warszawie, że studiowała psychologię, że byli jacyś inni mężczyźni w jej życiu, ale nigdy nie wyszła za mąż, że lubi podróżować, i że potrzebuje terminu, by zacząć pisać, bo to ją mobilizuje, że teraz ma dwa domy w dwóch krajach i lubi ten stan... była też miła dla zebranych ludzi, taka miła w sposób wykraczający poza jałową uprzejmość i grzeczność, ciekawa kobieta

obok mnie siedział wielki facet w czerwonym swetrze, wielki i dominujący, zajmujący sobą nie tylko fizycznie dużo miejsca, jedyny z zebranych, który gdy spotkanie nie zaczęło się o czasie głośno wymamrotał do otwierającej je prowadzącej: "Odbędzie się to spotkanie czy nie?", już wtedy pomyślałam, że chyba bardzo potrzebuje być widzianym, zaznaczać, że Jest i chciałam się nawet przesiąść, żeby nie padała na mnie cieniem ta Obecność, ale nie było gdzie, potem kilkakroć usiłował dorwać się do mikrofonu, słuchał autorki z wyrazem namysłu, z nogą założoną na nogę, w postawie myśliciela uwięzionego na skale, i w końcu dano mu mikrofon... (zestresowałam się) i zadał pytania z dupy, pytania o nic, nie mające zbyt wiele wspólnego z głównym nurtem rozmowy, pytania, które wysupłał z siebie człowiek, który nie ma pytań, bo nie ma nic do powiedzenia, zaskoczył ją, zaskoczył tę błyskotliwą dziewczynę, jakby rozkleiła się jej rzeczywistość, przez chwilę popatrzyła na niego z takim pełnym dezorientacji wzrokiem "ale o co chodzi?", jednak w końcu szybko się otrząsnęła i odpowiedziała, coś o pociągach, coś o czymś.... wielki facet w czerwonym sweterku był zadowolony z siebie, a ja jakoś poczułam się niezręcznie, że w tym jestem, w tej sytuacji, obok wielkiego mężczyzny, który nie jest zbyt mądry, ale o tym nie wie, więc jest zupełnie tak jakby mądry był i prezentuje to przed tą kobietą, która tak jak ja to usłyszała, ale uszanowała jego pytanie i postanowiła pomimo tego go uszczęśliwić, zaimponowała mi



poniedziałek, 9 grudnia 2019

tysiąc porzuconych rękawiczek - biała ubrudzona ze świętami w tle

nie mam ostatnio oka ani daru do zauważania rękawiczek, czyli jestem nieuważna i nieobecna, szczęśliwie K., który kręci się zwykle obok, zauważa, gdyby nie on przegapiałabym nie tylko rękawiczki, a przecież pomimo tego lubię ten stan lekkiej nieobecności i wycofania, to moja najbardziej naturalna konsystencja; 

rękawiczka biała, ale taką złamaną bielą, no i brudna, ale przecież nie zawsze taka była, może to kwestia upadku, pewnie ktoś ją podniósł z ziemi, bo leżała na parapecie okna z choinką po drugiej stronie szyby, czyli rękawiczka obok choinki, ale jednak nie pod choinką, przestrzennie w sumie niewiele brakuje; nieusuwalnie wesoły Mikołaj patrzył na mnie z szyby