niedziela, 10 maja 2020

urodziny i bez

moja matka ma urodziny i oczywiście wysłałam prezenty; 
zawsze kiedy patrzę na kwitnący w maju bez myślę o mojej matce, bo to jej ulubione kwiaty, staram się skupiać na tej pozytywnej myśli i pomijać inne; kiedyś sądziłam, że z wiekiem mi przejdzie, ale okazuje się, że niewypowiedziany żal nie przygasa, lecz się magazynuje i narasta jak pączkująca grzybnia, tymczasem jednak bez, staram się myśleć o bzie;


sobota, 9 maja 2020

jesteśmy w lesie, ale nie nad morzem

do lasu chodzę ze względu na las, jest to miejsce, w którym czuję się najnaturalniej, choć zawsze przemierzam go z lekkim atawistycznym niepokojem, ale i to jest dobre, ideałem byłoby jednak mieć jeszcze szum morza do kompletu, co z pewnym zaskoczeniem odkryłam po wielu latach życia w przekonaniu, że w zasadzie wolę góry, po prawdzie chyba po prostu nie przepadam za byciem mokrym i kąpielami w zbiornikach wodnych wszelkiego rodzaju, szczególną torturą jest dla mnie od zawsze uwielbiany przez Małą Mi basen, nigdy nie nauczyłam się dobrze pływać, a wody chyba zwyczajnie się boję, ale mimo to morze, jego szum, wiatr od morza, słony zapach, piasek pod stopami, ten bezkres i bezczas, który mi zawsze towarzyszą, gdy tam jestem, to mogłabym mieć na co dzień, morze i las - to idealne, wymarzone chyba nawet okoliczności, póki co mam tylko las

 

piątek, 8 maja 2020

"Wąż jest kobietą" - Marek Krajewski "Mock. Początek" 25/52

...no i utonęłam w tej serii o Mocku, utonęłam w Breslau, nieuchronnie będę wspomniała okres mojego urlopu zdrowotnego jako czas, gdy przeczytałam całą serię o przygodach Mocka, ale to jest dobre wspomnienie i chyba chcę je mieć...


Czytając "Mock. Pojedynek", myślałam często, że pewną przewrotną cechą pisarstwa Krajewskiego (mocno widoczną w serii o Mocku) jest to, że z biegiem lat twórca ten pisze coraz lepiej, sprawniej buduje swoje fabuły, jest po prostu coraz bieglejszym rzemieślnikiem, efekt jest taki, że jego powieści są z biegiem czasu coraz lepsze i że gdyby ktoś chciał czytać przygody detektywa z Breslau, kierując się chorologią życia postaci, a nie tworzenia przez Krajewskiego kolejnych części serii, to pierwsze powieści o młodym Mocku są lepsze niż te mówiące o jego latach dojrzałych czy wręcz starości, choć z drugiej strony wszystkie są przecież naprawdę dobre. "Mock. Początek" jest zaś  kryminałem naprawdę świetnym. 

Przede wszystkim pochłonęła mnie bez reszty genialna, tajemnicza zbrodnia... w przeciwieństwie do pierwszych książek o Mocku mocno osadzona w Tu i Teraz, w powojennej rzeczywistości Breslau i pozbawiona abstrakcyjnych niekiedy w pierwszych powieściach Krajewskiego odniesień do przeszłości uwikłanych w nią osób. W nowo wybudowanej Hali Stulecia tuż przed jej spektakularnym otwarciem znalezione zostają ułożone w nieprzypadkową konfigurację zwłoki czterech chłopców, nad którymi wisi nagi mężczyzna z przyczepionymi skrzydłami. Szybko okazuje się, że chłopcy uczyli się w jednej szkole i byli bliskimi przyjaciółmi, co więcej sprawa ma polityczna wymowę, bo może położyć się cieniem na wizycie cesarza, która miała uświetnić otwarcie Hali. Co więcej miejsca porwań chłopców układają się na mapie Breslau w romb, mord wydaje się mieć więc skryte przesłanie i symbolikę. Mock tymczasem jest wachmistrzem wydziału obyczajowego, to początek jego kariery w policji, ma lat 30 i duże ambicje, a jego szefem jest Paul Vyhladil, zwany Hipopotamem, z którym detektyw nieszczególnie się dogaduje i który inicjuje aferę obyczajową, za którą grozi jego pracownikom zwolnienie z szeregów policji. Mock musi się wykazać, by ratować posadę, a sukces w śledztwie dotyczącym zbrodni w Hali Stulecia z pewnością by mu w tym pomógł.... tak zaczyna się akcja, która z czasem zyskuje klimat szpiegowskiej afery z lożą wolnomularską w tle z jednej i nacjonalistycznym Związkiem Wszechniemieckim z drugiej strony. Zaskoczyły mnie liczne volty w akcji, ale też wielość i rozmaitość uwikłanych w nią postaci, z których żadna nie jest płaska lub tekturowa, to pełnokrwiści ludzie, za którymi stoją ich nieoczywiste historie. Ciekawie jest też śledzić losy Mocka, który jeszcze nie jest w szponach alkoholu, jest ambitny, błyskotliwy, uparty, nieoczywisty, jego skupienie zburzyć mogą tylko piękne kobiety, za którymi wodzi wzorkiem. Pojawiają się również Lasarius i Muhlhaus, czyli postaci z innych części serii, które poznajemy w nowej odsłonie, bo dopiero na początku budowania ich relacji z Mockiem. Szczególnie cenna jest jednak uważność, z jaką podchodzi Krajewski do postaci epizodycznych, dzięki czemu nie sposób nie zaangażować w ich losy, a powieść zyskuje psychologiczne bogactwo. Zanim dochodzi do zbrodni w Hali Stulecia czytelnik ma okazję w krótkich odsłonach poznać chłopów, którzy padli ich ofiarą, później zaś poznaje ich rodziny, to sprawia, że ich śmierć i jej okoliczności wywierają mocniejsze wrażenie na czytelniku, nie jest to zbrodnia na anonimowych ofiarach, to tragedia konkretnych ludzi. Pojawia się też w fabule świetna postać kobieca - piękna, bogata i wykształcona (lekarz) Charlotta Bloch von Bekessy, której urokowi Mock nie może nie ulec i której rolę w całej intrydze bardzo długo trudno jest ostatecznie dookreślić. Jest to postać bardzo bogata, nieprzewidywalna, prawdziwa famme fatale często wymykająca się jednakże temu oczywistemu szablonowi. Zresztą wyrazistych bohaterów w tej powieści nie brak. Dyrektor szkoły Heckmann,  na którym Mock skutecznie trenuje imadło, bezwzględni bracia Matyskowie, pomagający detektywowi, piękna prostytutka Nora czy wreszcie historyczne postaci, jak architekt Hans Poelzig czy pułkownik wywiadu Walter Nicolai, którzy pod piórem Krajewskiego stają się nagle żywymi ludźmi i pełnowymiarowymi osobowościami. Podziwiać też można rzetelność w odmalowaniu szczegółów architektury i historycznych uwikłań Hali Stulecia. Jest to zresztą rzetelność, z której Krajewski jest znany od początku swojej pisarskiej kariery i która sprawia, że jego Breslau jest takie "żywe", prawdziwe, dotykalne. Doczepić się mogę tylko obecności Muhlhausa w Breslau w 1913 roku, bo w tym czasie powinien być gdzieś indziej, bo jak wynika z innych części serii ten bohater pojawił się w mieście dopiero po wojnie, ale i to wybaczam.... "Mock. Początek" to jest naprawdę przemyślany, gęsty, świetnie napisany retro kryminał w stylistyce noir.

Marek Krajewski "Mock. Początek" 

wtorek, 5 maja 2020

gorzko i na czasie ["Co mi Panie dasz" (arr. Adam Sztaba)]

Lubię tę piosenkę tak w ogóle i od dość dawna. Teraz brzmi mi jednak jeszcze inaczej niż zwykle. 
Słucham kolejny dzień i uwiera mnie, całkiem na gorzko, ale i tak, jakoś prawdziwie i dobrze.

czwartek, 30 kwietnia 2020

geneza - Marek Krajewski "Mock. Pojedynek" (24/52)


Chronologicznie "Mock. Pojedynek" to pierwsza część przygód detektywa, ale de facto - jeśli brać pod uwagę kolejność pisania - jest to tom 8 i nie sposób nie uznać go za swego rodzaju prezent dla fanów serii oraz postaci Eberharda Mocka. 

Mocka ma w tej powieści lat dwadzieścia kilka, jest zatem młody i nie myśli jeszcze nawet o karierze w policji, studiuje filozofię na wrocławskim  uniwersytecie i marzy o karierze naukowej lub nauczycielskiej, co dla syna ubogiego szewca z Wałbrzycha byłoby niesłychaną nobilitacją i awansem społecznym. Tymczasem jako student bieduje, choć zrazem daje się poznać jako zdolny i obiecujący młodzieniec, do tego rzecz niezwykła - Mock w zasadzie nie pije alkoholu, choć w typowy dla niego sposób już ugania się za kobietami. Boryka się jednak z pewnym towarzyskim ostracyzmem, bo nie należy do żadnego bractwa studenckiego i jest zdeklarowanym przeciwnikiem pojedynków, które uważa za irracjonalny i bezsensowny zwyczaj rozwiązywania sporów. Tymczasem na uczelni trwa walka o władzę, wpływy i  katedry... Zwolennicy eugeniki i jej przeciwnicy ścierają się w walce o umysły studentów. Kiedy w niejasnych okolicznościach ginie sprowokowany do pojedynku, uwielbiany wykładowca doktor Adler, który miał objąć katedrę Wydziału Filozofii, jego przyjaciel, profesor Nolan zwraca uwagę na przenikliwego i trzymającego się na uboczu Mocka. Obiecując mu asystenturę oraz pomoc w karierze, wciąga go do detektywistycznego śledztwa w sprawie śmieci Adlera. I tak, poprzez Nolana Mock poznaje Eugstera - swojego przyjaciela, duchowego ojca i mistrza, czyli detektywa, które uczy go wszystkiego, co w późniejszych czasach będzie dla Eberharda kluczowe....  pod wieloma względami relacja tej dwójki jest niezwykle urokliwa i wzruszająca. I wiele się w tej powieści dzieje, jest wiele scen, które pozwalają zrozumieć Mocka z kolejnych części serii. Bohater przeżywa pierwszą miłość, walczy zawzięcie ze swoim osobistym wrogiem, buntuje się przeciwko ojcu, prowadzi pierwsze śledztwo i poznaje mało etyczną, ale skuteczną sztukę brania ludzi w imadło..... Staje się powoli Mockiem, którego znamy, ale już samo śledzenie tego procesu jest fascynujące.

Poza tym "Mock. Pojedynek" jest powieścią bardziej obyczajową niż kryminalną, a przez to mniej noir, mniej mroczną niż inne części serii, nie jest to jednak z mojej strony zarzut. Myślę, że utwór, który pokazuje swego rodzaju genezę Mocka musi taki być, musi stworzyć bogaty obyczajowy kontekst, aby ukazać przeminę, czy raczej dojrzewanie i dorastanie bohatera. Świat wrocławskiej uczelni to nie tylko rywalizujące ze sobą bractwa i pojedynki umownie uznawane przez policję za samobójstwa, to przede wszystkim biblioteki, ćwiczenia z tekstami, liczne wykłady i błyskotliwe polemiki profesorów, którzy stanowią społeczną elitę. Istotne jest także całe pozauczelniane życie studentów pochodzących z różnych narodowości oraz - rzecz nadal egzotyczna - losy pierwszych studentek, które muszą radzić sobie w tym mocno męskim świecie. Do tego Breslau ukazane jest tym razem głównie od strony sal wykładowych, od strony szkół i uniwersytetów oraz pięknych mieszkań wykładowców i biednych lub bardziej zasobnych stancji studenckich, od strony restauracji i skromniejszych knajp, w których spotykają się młodzi, od strony lasków, w których trwają pojedynki o honor... Oczywiście jest również intryga kryminalna i jest śledztwo, prowadzone początkowo przez Eugstera, ale później przejęte przez Mocka, nie jest to intryga tak zawikłana jak w innych tomach serii, ale nie można też mówić o jej przewidywalności. Podział na Tych Dobrych i Tych Złych jest co prawda od początku utworu dość wyrazisty i pomimo kilku volt w zasadzie utrzymuje się przez całą powieść, lecz za to wątek sensacyjny rozrasta się w toku powieści, odsłaniając kolejne uwikłania postaci, co sprawia, że jest to wątek po prostu bardzo wciągający i nieoczywisty. Jak zawsze u Krajewskiego nie ma postaci zbędnych, nawet w epizodach, każda scena, każdy wątek i bohater są znaczące i stanowią składnik ostatecznych rozwiązań. Ciekawie wypadają też różne etyczne wątpliwości młodego Mocka, które towarzyszą jego dorastaniu do roli detektywa brudzącego sobie ręce w imię sprawiedliwości. Dość dokładnie widać też moment, w którym bohater stoi na rozdrożu i musi dokonać wyboru między karierą naukową a policyjną, ten wybór jest częściowo świadomy, a częściowo można mieć wrażenie, że wynika ze specyfiki osobowości Mocka i pozostaje w pewnym stopniu poza nim. Wszystko, co się dzieje, ludzie, których spotyka, nawet środowisko, z którego się przyszły detektyw wywodzi, ale przede wszystkim to, jak złożonym i pełnym sprzeczności człowiekiem jest Mock - WSZYSTKO prowadzi go do policyjnej kariery. Jako fanka powieści o Eberhardzie i Breslau czytałam ten świetnie napisany, choć przecież dość łagodny jak na serię o Mocku tom ze szczególną przyjemnością.

Marek Krajewskie "Mock. Pojedynek"

niedziela, 26 kwietnia 2020

Kamila Mitek "Pożar w mojej głowie" - book tour 22 (23/52)

"Pożar w mojej głowie" to kawałek przyjemnej popularnej literatury obyczajowej, z którą spędziłam fajnie, a zarazem niebanalnie czas. Mimo całej lekkości stylu i niewątpliwego poczucia humoru, którym dysponuje autorka, nie jest to bowiem powieść czysto rozrywkowa czy płytka, to dobra historia o dorastaniu, o zmianie, o pracy nad sobą u kobiety, która co prawda jest dorosła, ale na swoją emocjonalną dojrzałość i idące za nią prawdziwe zadowolenie z życia musi zapracować.

Dorota jest strażakiem. Uwielbia swój zawód, jest bardzo oddana pracy i podporządkowuje jej nawet osobiste życie, koledzy cenią ją i szanują, jedynie dowódca, Ryszard ma co do niej wątpliwości, nie jest pewien, czy dziewczyna ma dość sił, by sobie radzić w czasie akcji i po prawdzie nie jest zadowolony, że ma w swojej drużynie kobietę. W efekcie nierzadko ją dyskryminuje podczas przydziału zadań, nie szczędzi jej też złośliwości, a tymczasem Dora nie jest osobą, którą należy prowokować. To dziewczyna niezwykle porywcza i krewka, która w gniewie reaguje często niepotrzebnie i nadmiernie na słowa i zachowania ludzi, choć nie zawsze zasługują one na tak gwałtowny sprzeciw. Krzyczy, mówi zbyt wiele i nierzadko żałuje swoich słów, ale nawet widząc swój błąd, nie zawsze umie przeprosić. Jest trochę jak zbuntowana nastolatka w ciągłej gotowości na protest i to z byle powodu, zwłaszcza na początku powieści wydaje się mało świadoma siebie i zwyczajnie nie radzi sobie ze swoimi emocjami, a tymczasem jest to przecież inteligentna, wrażliwa i przede wszystkim dorosła kobieta. To zachowanie, ten tytułowy nieustanny "pożar w głowie" Doroty kładzie się cieniem na relacjach dziewczyny nie tylko z przełożonym, ale też z matką i z trudem tolerowanym ojczymem, którego Dora nie zaakceptowała po śmierci ojca. Wkrótce komendant wysyła Dorotę i Ryśka na trzytygodniowy obóz z trudną młodzieżą, co nie tylko stworzy okazję do zmiany ich relacji, ale także do tego, by Dorota pomagając swoim podopiecznym przyjrzała się też samej sobie, swojemu zachowaniu, motywacjom, decyzjom i wreszcie wyrosła z bycia nadpobudliwą dziewczynką....

Powieść jest bardzo dynamiczna i gęsta od zdarzeń, głównie dlatego, że dominują w niej dialogi, zresztą często niezwykle dowcipne i zachowujące żywioł prawdziwej rozmowy. I to jest świetne. Tym czego mi brakuje jest natomiast bardziej wnikliwy opis świata, sytuacji, przeżyć wewnętrznych  oraz miejsc w narracji. Autorka stawia na akcję i dialogi, i one są w powieści naprawdę dobre, fajnie pomyślane i prowadzone, ale żeby niektóre wydarzenia wybrzmiały, dobrze byłoby im stworzyć pewną przestrzeń dzięki bardziej rozbudowanej narracji, która wprowadzałaby określone nastroje, uzupełniała psychologię postaci o wewnętrzne monologi, dawała sytuacjom i słowom kontekst. Druga rzecz, że "Pożar w mojej głowie", którego jednym z tematów jest rozwój osobowości głównej bohaterki oraz kilku innych postaci drugiego planu, z powodu nie dość rozbudowanej narracji traci potencjał powieści psychologicznej, który był w tej książce bardzo duży. Nie da się bowiem zbudować głębokiego i pełnego portretu psychologicznego bazując tylko na słowach i reakcjach postaci, takie mocno behawioralne podejście nie oddaje całej złożoności bohatera, na którą składają się też opisy miejsc, które lubi lub nie, sposób, w jaki postrzega innych, jego wewnętrzne rozterki, których nie zdradza w dialogach czy postrzeganie świata, którego nie wyraża słowami. Tych elementów jest mało. W efekcie "Pożar w moje głowie" jest ciekawą powieścią obyczajową o dużej dynamice wydarzeń, ale psychologicznie ma swoje braki, co osłabia siłę emocjonalnego oddziaływania na odbiorcę. Jeśli wydarzenia rotują za szybko, czytelnik nie ma szansy ich w pełni przeżyć i się w nie zaangażować,poza tym jeśli bohater nie odsłoni swoich emocji bardziej wielowymiarowo niż poprzez dialog i zachowanie, to odbiorca nie ma szansy w pełni go zrozumieć i włączyć się w jego przeżycia. Kamila Mitek jest zatem dobrą pisarką obyczajową, ale dopiero po rozbudowaniu pisarskiego warsztatu ma potencjał na twórcę prozy psychologicznej, bo pomysłów na literacko interesujące postaci czy relacje na pewno jej nie brak. No właśnie... 

Mocną stroną utworu jest niewątpliwe to, że oprócz Dory w "Pożarze w mojej głowie" na wszystkich planach, nawet w epizodach jest sporo wyrazistych, ciekawych i zapamiętywalnych postaci. Koledzy z drużyny strażackiej: Poeta i Rudy, czyli refleksyjny indywidualista i prosty chłopak szukający u Dory porad w sprawach sercowych i zupełnie dziwacznie, choć skutecznie je realizujący. Świetną postacią jest także przyjaciółki Dory, czyli twarda i pyskata wielbicielka moro i strzelnicy - Zocha, gustująca w starszych panach w wieku jej utraconego ojca, co prowadzi do wielu dość komicznych sytuacji z udziałem Doroty. W ogóle ten wątek przyjaźni Dory i Zochy to jest bardzo urokliwa i ładnie pokazana relacja między kobietami. Na drugim planie pojawia się też przystojny Adonis, którego Dora spotyka niemal wszędzie i nieudolnie usiłuje z nim flirtować, jednocześnie mając w głowie tysiąc dwuznacznych komentarzy na jego temat. No i ludzie, których spotyka bohaterka na obozie, w tym psycholog Asia, instruktor Jan czy nawet kuchcik Łukasz, wszystko to są postaci na tyle osobne, ciekawe jako ludzie, że mogliby być bohaterami osobnych powieści. Dobrze wypadli też młodzi gniewni, którymi opiekowała się Dora na obozie, widać było jak ich relacje się zmieniają, jak się uczą, dorastają, choć przyznam, że niekiedy zachowanie młodych wydawało mi się na wyrost dojrzałe, co zwłaszcza dotyczy Gotty, Mendy czy Karoliny, którzy czasami samoświadomością i refleksyjnością, a nawet pewną dojrzałością wydawali się przerastać nie tylko rówieśników, ale i znacznie starszą od nich Dorotę. Jednak jedną postacią, która rzeczywiście w moim odczuciu mało się udała jest ojczym Dory, Roman, bardzo niejednorodny bohater. Krytyczny i początkowo w wielu komentarzach toksyczny względem Doroty, a z drugiej strony szczerze angażujący się w jej życie, chwilami wydaje się dążyć do porozumienia, choć zarazem często sam je burzy niepotrzebnymi słowami. Długo nie wiadomo co myśleć o tym człowieku, a wynika to z jego sprzecznych zachowań, wydaje się konfliktowy, dominujący nawet, ale nie wobec matki Dory, nie umie z pasierbicą rozmawiać, ale wydaje się ją znać i niekiedy rozumieć. To postać pełna sprzecznych reakcji i postaw, które trudno ułożyć w całość nawet po wyjaśnieniu sekretu, który ukrywa. Generalnie jednak trzeba przyznać, że rozmaitość interesujących postaci i związanych z nimi wątków drugoplanowych świadczy o sporej pomysłowości i kreatywności autorki. 

Kolejna zaleta "Pożaru w mojej głowie" to pewna merytoryczna rzetelność powieści, w tym zwłaszcza wiarygodnie, realistycznie opisane akcje strażackie z udziałem Ryśka i Dory oraz  prowadzenie i organizacja obozu dla trudnej młodzieży. Można mieć pewność, że autorka zadała sobie trud, by poznać niuanse pracy strażaków, a także, że faktycznie wie, na czym polega terapia zajęciowa, praca z psychologiem, zajęcia sportowe czy konkursy typowe dla obozów dla młodzieży czy wreszcie nawet sam przebieg takiego obozu. Wszystko to pozwoliło na stworzenie scen obyczajowo bardzo wartościowych i prawdziwych.

Kamila Mitek jest też autorem dobrze panującym nad przebiegiem głównego nurtu akcji, widać, że ma na nią pomysł, który konsekwentnie realizuje, dobrze panuje też nas stylem i językiem wypowiedzi zarówno na planie narracji, jak i dialogów. Z drugiej strony jak wielu początkujących i kreatywnych pisarzy czasami pada ofiarą pewnej klęski urodzaju, ma tyle pomysłów, że chce je wszystkie wykorzystać i niektóre wątki się gubią, nie zostają domknięte, choć przyznać należy, że dotyczy to jedynie odległych planów akcji i epizodów.  Przykładowo: Rysiek deklaruje w rozmowie z Dorotą, że żona chce do niego wrócić i choć jest to istotne dla dalszego toku akcji, nie dokańczają tej rozmowy; inna rzecz: wiele wskazuje na to, że rodzice mają sekret przed Dorotą i że dotyczy on zdrowia matki, tymczasem okazuje się, że sekret jest całkiem innego rodzaju i nie wiadomo, czemu wypływa on w tym, a nie innym momencie życia rodziny, nie jest to psychologicznie przygotowane i nie wiadomo, czemu rodzice zdradzą go córce teraz, a nie wcześniej, pozostaje to niedopowiedziane; inny przykład: na obozie dwóch chłopców tkwi w konflikcie, dochodzi do bójki, obiecują sobie zemstę, ale... nic z tego nie wynika, obóz się kończy i mimo, że Rysiek deklaruje podtrzymanie kontaktu z jednym z chłopaków, nie wiadomo, co dalej się stało z tymi relacjami.... i teraz: każdy z tych fabularnych pomysłów, które same w sobie są dobre, można by usunąć i wykorzystać w innej powieści i byłoby to bez straty dla ""Pożaru...", którego fabuła byłaby po prostu bardziej przejrzysta. Zresztą finał powieści i tak gromadzi mnóstwo mocnych, zaskakujących i efektownych zwieńczeń kilku kluczowych wątków, jest to wręcz finał pełen fajerwerków i nieco nawet przeszarżowany, jeśli chodzi o skalę emocji i zaangażowań, które deklarują niektóre postaci. To jednak jest także prawdopodobnie efekt nie dość wielowymiarowych  portretów psychologicznych, o których pisałam wcześniej. Nie zmienia to faktu, że planowe prowadzenie głównego nurtu akcji (dojrzewanie Doroty) oraz wątków drugoplanowych dowodzi, że autorka dobrze panuje nad całością i w przemyślany sposób prowadzi czytelnika przez wydarzenia.

Warto także podkreślić, że "Pożar w moje głowie" jest powieścią pełną pozytywnych wartości i dobrych emocji, co sprawia, że po prostu przyjemnie się go czyta. Mimo że bohaterowie nie są wyidealizowani i każdy ma swoje słabości, to dość konsekwentnie przyjaźń, lojalność, życzliwość, odwaga są dla nich istotne. Wiele razy czytając powieść śmiałam się też zarówno z żartów sytuacyjnych, jak i dowcipnych sformułowań. Myślę, że ta lekkość, ta pogoda ducha wpisana w tę powieść bardzo sprzyjała przekazywaniu bardziej ważkich treści, takich jak potrzeba pracy nad sobą, podjęcia walki o swoje szczęście czy konieczność doceniania, zauważania i traktowania ze zrozumieniem innych ludzi. Tym sposobem "Pożar w mojej głowie" łączy dwie ważne i nie tak częste w literaturze popularnej cechy: może skłonić czytelnika do cennych dla jego rozwoju i postrzegania siebie i świata refleksji, a zarazem pozostawać dla niego książką pełną humoru, lekkości, po prostu przyjemną i nieprzytłaczającą lekturą.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję autorce Kamili Mitek oraz organizatorce book tour Monice z Zaczytanego świata Moni.









środa, 22 kwietnia 2020

"Człowiek leży na kanapie, wpatruje się w tę drugą osobę i zastanawia się, dlaczego go tak niemożebnie irytuje." Maciej Marcisz "Taśmy rodzinne" (22/52)


"Taśmy rodzinne" to jest debiut naprawdę świetny i wierzę, że o tym pisarzu jeszcze usłyszymy, że się go jeszcze będzie czytać. Dla ludzi, których dzieciństwo lub raczej dorastanie i młodość przypadły na lata 90-te będzie to książka wręcz organicznie bliska ich doświadczeniom, dla całej reszty czytelników - świadectwo czasów, ale przede wszystkim ponadczasowy obraz rodziny i jej trudnych, nieoczywistych relacji przebiegających w myśl zasady, że z rodziną wychodzi się dobrze tylko... no właśnie już nawet nie na zdjęciu, ale bardziej na taśmie VHS.

Kluczową postacią w powieści jest początkowo Marcin Małys, młody artysta, który próbuje swoich sił w wielkim mieście. Pochodzi z zamożnej rodziny, ale mimo to tonie w długach po tym, jak ojciec odciął go od rodzinnej fortuny, także rodzeństwo i matka zerwali z nim kontakty, gdy w swojej sztuce wykorzystał rodzinne taśmy i obnażył wstydliwe sekrety (przemoc w domu), kładące się cieniem na idealnym wizerunku rodziny. Chłopak przeżywa wielki kryzys w każdej dziedzinie życia. Dopada go twórcza niemoc, znajomi dzwonią tylko w kwestii oddania długów, przyjaciół w zasadzie nie ma, powoli odsuwa się od niego ukochany chłopak, rodzina uparcie milczy, w końcu zdesperowany wraca do rodzinnego domu, gdzie zastaje pogrążoną w marazmie i depresji matkę, która rozstała się z ojcem. Pomimo jej początkowego oporu zaczynają powoli wegetować w opuszczonym domu, który Marcin stara się sprzątać. Wracają wspomnienia sprzed lat: dostatnie, wręcz bardzo bogate życie, reprezentacyjny, modny dom, idealna, skupiona na dzieciach matka, groźny i zapracowany ojciec, rywalizacje między rodzeństwem, ulubione przez całą rodzinę cotygodniowe wielkie zakupy, wizyty dziadków, czas gdy mieli wszystko, ale czy na pewno? Ten idealny obraz coraz częściej ujawnia pęknięcia. Frustrację i samotność matki, które po latach rodzinnej sielanki miażdżą jej wolę i chęć do życia, despotyzm przemocowego ojca, który nie umiał odnaleźć się w życiu rodzimym i surowo karał każde przewinienie, rodzeństwo w nieustannym wyścigu o prezenty i uznanie rodziny... A jednak na taśmach VHS z rodzinnych uroczystości wypadają ci ludzie dobrze, wręcz sielankowo, są ładni, weseli, dobrze ubrani, zadowoleni, przeżywają dobry czas, dobre chwile, bo taśmy rodzinne zapamiętują tylko to, co warto pokazać i przechować. Cennym walorem tej rodzinnej opowieści  z "Taśm rodzinnych" jest to, że dochodzi w niej do głosu także ojciec rodziny - bardzo trudna, złożona postać. Widzimy jego biedne dzieciństwo, okrucieństwo pijanego ojca, cierpiętnictwo matki i ambicję, nieposkromioną ambicję i talent do robienia pieniędzy, który trafia na dobry czas w latach 90-tych i widzimy też miłość do bliskich, której nie umie ten bohater wyrazić inaczej jak przez wysokie wymagania i gniew.


Małysowie to rodzina, która wypada dobrze na obrazku. Na filmie. Na zdjęciu. Poza tym jednak dziedziczy z pokolenia na pokolenie jakiś ból, strach i niezdolności do budowania prawdziwie głębokich relacji. A może wcale nie.... Może pod wzajemnymi zaszłościami i żalami jest przywiązanie, miłość i zrozumienie? Może jest. "Taśmy rodzinne" to minisaga naszych czasów. Świetnie, wartko napisana i bardzo prawdziwa opowieść o cenie, którą się płaci za specyfikę nowobogackich lat 90-tych, ale też w ogóle za bycie częścią rodziny, o której prawda jest ukryta gdzieś między scenami rodzajowymi utrwalonymi na taśmach, a wspomnieniami i podpiętymi do nich emocjami każdej osoby, która tę rodzinę tworzy. Bardzo interesująca i dotkliwa powieść. 

Maciej Marcisz "Taśmy rodzinne"