środa, 20 listopada 2019

Anna Stryjewska "Kochankowie miasta" - book tour 11

Tytuł i okładka powieści Anny Stryjewskiej zwiastują 24-karatowe romansidło, a tymczasem "Kochankowie miasta" to dobra powieść obyczajowa i to naprawdę mądrze napisana, gdybym miała opisać ją w telegraficznym skrócie, to jest to taki współczesny Kain i Abel na przeklętej (łódzkiej) ziemi.


Damian i Tomasz są braćmi działającymi na rynku nieruchomości. Pierwszy to spragniony luksusu, charyzmatyczny kombinator i urokliwy kobieciarz, a drugi to nie tylko wychowany, ale także kultywujący tradycyjne wartości rozsądny i pracowity mężczyzna mocno zakochany w swojej pięknej żonie. Jako dzieci byli sobie bardzo oddani, ale gry dorośli i ich charaktery się skrystalizowały, pojawiły się dysonanse i różnice. Poznajemy ich w chwili, gdy zaczynają wspólnie z przyjacielem Damiana, Aronem interes życia, wykupują po korzystnej cenie działkę, na której ma powstać apartamentowiec. Jest to jednak teren, który skrywa mroczną tajemnicę, mogącą zaważyć na losach inwestycji, ale przede wszystkim ujawnić, jakimi ludźmi tak naprawdę są kluczowi bohaterowie. Jest to nawet teren jakby przeklęty, naznaczony holokaustowymi przeżyciami dawnych mieszkańców i wydaje się, że ta ziemia, może ściągnąć na bohaterów wielkie nieszczęście, ale czy tak być musi? 

Początkowo, czytając książkę, miałam dość oczywiste skojarzenia z "Ziemią obiecaną" Reymonta - Łódź, wielkie interesy, wielkie szanse, trzej młodzi, ambitni biznesmeni, praca i znajomości, początkowa solidarność i piętrzące się z czasem różnice. Dużą zasługę w pojawieniu się tego skojarzenia miało oczywiście miejsce akcji. Nie jest to już bynajmniej ta fabryczna Reymontowska Łódź, ale miasto współczesne - rozwijające się, tętniące życiem i z dużymi perspektywami. Stryjewska poświecą temu miastu wiele uwagi i świetnie je opisuje, piękne nowoczesne dzielnice, ale i zapomniane stare kamienice, miejsca będące ośrodkami kultury, parki, restauracje, kłopotliwe ronda, kluczowe ulice, zaniedbane szpitale oraz luksusowe centra. Daje to całej powieści szeroką perspektywę i mocno osadza bohaterów w tej skonkretyzowanej i rzetelnie opisanej rzeczywistości. Bardzo cenne jest też to, że autorka sięga do wojennej historii Łodzi, wspomina o getcie i jego dramatycznych losach, z dużym wyczuciem i płynnością łączy tragiczną przeszłość miasta z czasami współczesnymi, pokazuje jak przenikają się w różnych czasach, ale w jednej przestrzeni losy kochających się ludzi. Anna Stryjewska jest też pisarzem mądrym, który umiejętnie korzysta ze swoich zawodowych życiowych doświadczeń, pisząc o świecie developerów i zawikłanych interesach typowych dla agencji nieruchomości, pisze o świecie, który zna ze swojej praktyki zawodowej i super, że tak postępuje, bo wypada to bardzo autentycznie. Patrzymy na pracę bohaterów i wierzymy w to, co robią, wierzymy w ich zawodowe doświadczenia i związane z nimi emocje. Rozumiemy ich motywacje, obawy, trudności, z którymi się spotykają, a także frustracje i radość z sukcesów. Jest to możliwe głównie dzięki temu, że praca na rynku mieszkaniowym została rzeczowo i kompetentnie opisana w narracji. Widać, że autorka pisze o rzeczach, na których się zna, jest wnikliwa, merytoryczna, przekonująca. Z tych wszystkich względów już sam ten świat, który otacza bohaterów jest sporą wartością w powieści, ale ostatecznie najważniejsza okazuje się ciekawa akcja i charaktery postaci. 

W pewnym sensie powieść "Kochankowie miasta" ma bardzo ponadczasowy i archetypiczny charakter. Damian jest jak Kain - mocny, ambitny, dominujący, zachłanny, pewny swego ulubieniec ojca; Tomasz jest subtelniejszy, wrażliwy, refleksyjny, empatyczny i szlachetny, mocno związany głównie z matką. I jest tak jakby te dwa typy męskości czy wręcz człowieczeństwa ścierały się w tej powieści, toczyły bardzo stary spór o wartości, który trwa w historii ludzkości od wieków. Ten uniwersalny rys powieści stanowi dla mnie o jej znaczącej wartości. Nie jest to bowiem historia osobna, ale opowieść, która koresponduje z przeszłością, z literackimi tradycjami i archetypami, które są podwalinami naszej kultury. Ci bracia, kobiety ich życia, ich przyjaciele, rodzice, znajomi, relacje - to jest materiał na sagę rodzinną. Są to postaci wyraziste i wielowymiarowe, skłonne do zła, ale też do dobra, ścierające się nie tylko ze sobą, ale też przeżywające wewnętrzne rozterki. Dość udane są postaci kobiecie. Zwłaszcza kobiety stare, doświadczone mają taki swój piękny tragizm w tej powieści, a ich los naprawdę wzrusza, myślę tu o Emilii, która sprzedaje braciom cenną ziemię i boryka się z samotnością oraz o matce bohaterów, postaci na tyle wyjątkowej, że chętnie dokładniej poznałabym jej przeszłe losy. Młode kobiety wypadają za to nieco sztampowo. Są piękne i seksowne, nico wyzywające nawet, to kobiety miasta, ceniące luksus, wygodnie życia, urodę (Marta, Martyna, Beata) oraz te skromniejsze, ładne, dobre, oddane dziewczyny, czyli materiały na żony idealne (Aisza, Anita). Trochę to jest pachnące patriarchatem uproszczenie, w końcu nie ma nic złego w tym, że niektórzy lubią miejskie życie, a inni domowe zacisze i pielęgnację ogródka, tymczasem podział na te lepsze (domatorki) i tym samym pozytywniejsze bohaterki, i te wolące miasto, więc z automatu bardziej powierzchowne i płytkie kobiety, bywa dość namolny i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że upraszcza postaci, które mógłby być mniej oczywiste. Mimo to są wśród nich osobowości całkiem interesujące, jak Anita czy Marta, których losy można śledzić z prawdziwym współczuciem  lub chociaż ciekawością. Bardzo zaskakuje też Beata, początkowo mało wyrazista postać, która wykazuje się z czasem błyskotliwością i sporą siłą charakteru. Kluczowi są jednak mężczyźni i pewne fatum, którego doświadczają, a potem wręcz karmiczna sprawiedliwość, która (z małymi wyjątkami) spływa na nich zgodnie z zasadami życiowego prawdopodobieństwa. Jest taki moment w powieści, w której Tomasz seryjnie doświadcza zmian w zasadzie rujnujących całe jego życie, ale  z czasem okazuje się, że większość z nich wiodła go ku lepszej przyszłości. I jest taki moment, że Damian wydaje się królem życia, którym możne wszystko i kontroluje wszystko aż do chwili, gdy nagle, niemalże jednego dnia wznosząca go fala zupełnie się załamuje. Znakomite jest jednak  przede wszystkim to, że w tej powieści te linie życia obu braci są jak przecinające się sinusoidy, hossa w życiu jednego sprzęgnięta jest z bessą w życiu drugiego i odwrotnie. Konstrukcyjnie jest to świetnie pomyślane. 

No i teraz w słoiku miodu odrobina dziegciu.... powieść napisana jest ładnym językiem, ale niekiedy (rzeczywiście rzadko), autorka uderza w patetyczne tony (np. bohater zastanawia się "co czynić" lub "celebruje czas", a tęcza to "snop kolorowych laserów"), może wynika to z romantycznej nastrojowości niektórych scen, ale stylistycznie stanowi dysonans. Jest to jednak detal. Na początku powieści opisana jest tajemnicza śmierć pewnego człowieka, która wydaje się nadawać powieści kryminalnego sznytu i rzeczywiście wciąga to czytelnika, ale potem rzecz szybko się wyjaśnia i pozostaje bez znaczenia dla całej akcji, trochę szkoda, bo scena jest mocna i udana, a ostatecznie wydaje się zbędna. Poważniejszą usterką jest jednak pospieszne domykanie harmonijnie i naturalnie rozwijających się przez większą część utworu wątków w szóstym rozdziale powieści. W ogóle relacje w "Kochankach miasta" są ładnie namalowane, ale pod koniec jest trochę tak, jakby autorka chciała już powieść skończyć, a tymczasem liczne wątki jednak potrzebują na to więcej fabularnej przestrzeni. Efekt jest taki, że kruszy się kompozycja i spada życiowe prawdopodobieństwo wydarzeń. Tomasz nagle doznaje emocjonalnego olśnienia, którego niemal nic nie zapowiadało, Anita, która znikła na dwa rozdziały i o której prawie nic nie było wiadomo, pojawia się jak Filip z konopi i działa równie łzawo, co nielogicznie, a opis jej przeszłości wydaje się fabularnie spóźniony, do tego nieco bezbarwna i skromniutka dotąd Aisza okazuje się znać najbardziej imprezujące dziewczyny w mieście i opowiada o nich Aronowi w dość sztucznie stworzonej sytuacji - wszytko to są konsekwencje tego, że za szybko wiedzie się watki do rozwiązania, osłabia to realizm, ale na szczęście nie dynamikę powieści. Scena między Beatą i Martą w dalszej części szóstego rozdziału jest za to bardzo dobra i stanowi początek dobrze prowadzonej w ostatniej fazie powieści kulminacji wydarzeń. Epilog wypada przesadnie cukierkowo i romantycznie - śluby, ciąże, trochę egzaltacji... ale wybaczam.

Podsumowując, "Kochankowie miasta" to dobra, wciągająca powieść obyczajowa, spędziłam z nią trzy dni i nie był to czas zmarnowany.Za możliwość przeczytania powieści dziękuję autorce (Annie Stryjewskiej) oraz organizatorce book tour (Ewelinie Kwiatkowskiej-Tabaczyńskiej, czyli zaczytanej Ewelce).





poniedziałek, 18 listopada 2019

"Smak szczęścia" Klaudia Kopiasz - book tour 10 (cz.2)


"Smak szczęścia" to powieść będąca kontynuacją "Zapachu szczęścia" - obserwujemy, jak główni bohaterowie poprzedniej części - Mia i William dojrzewają do tego, by walczyć o swoje uczucie i pomimo wielu nieporozumień próbują ułożyć sobie życie.

Podobnie jak w przypadku pierwszej części powieść obfituje w chwytliwe romantyczne pomysły, zwroty i zawikłania akcji, potencjalnie wzruszające sceny, ale wykonanie także i tu nie jest niestety na dobrym poziomie. Pisarka ma niewątpliwy dar do malowniczych i klimatycznych opisów świata, tym razem szczególnie dużo uwagi poświęca włoskiej Capri, i o ile w pierwszym tomie miałam poczucie, że czytam podróżniczy folder reklamowy, o tyle w drugiej opisy zyskały na literackości i są naprawdę udane. 

"Smak szczęścia" podobne jak poprzednia powieść składa się z dwóch części i epilogu, i w przypadku tej powieści miałam poczucie dużego dysonansu, ponieważ pierwsza część "Smaku..." jest wyraźnie słabsza od drugiej - brak jej dynamiki i zawiera sporo dłużyzn (np. zbędnych scen rodzajowych, które nic nie wnoszą do akcji). W pierwszej części "Smaku szczęścia" widzimy jak Mia jedzie odszukać Williama w Londynie, obserwuje jego pocałunek z obcą kobietą, czuje się oszukana i zapłakana wraca do domu, postanawiając zapomnieć o tej zawiedzionej miłości. Trochę to jest histeryczne, ale ta bohaterka jest taka nadwrażliwa, więc można to uznać ze pewną specyfikę jej charakteru. Zachowuje się nierozsądnie, ale wiarygodnie. Nie można natomiast zrozumieć, czemu w żaden sposób nie docieka okoliczności feralnego pocałunku i przyżywa tak wielkie zaskoczenie, że William może być z kimś związany, skoro ona sama w tym czasie także de facto jest w związku z kimś innym. William daremnie czeka więc na sygnał od Mii i zaczyna do niej pisać romantyczne listy i maile, jednocześnie odnosząc kolejne zawodowe sukcesy. To jest główna oś fabuły w początkowej fazie powieści, ale otaczają ją.... rodzinne spotkania, z których niewiele wynika oraz kolejne pozbawione sensu niezachowania głównych bohaterów. Po wielu wahaniach i miłosnym zawodzie Mia wiąże się ostatecznie ze swoim oddanym przyjacielem - Aronem, który wspierał ją w chorobie i zawsze jej pomagał, jest to miłość niejako z rozsądku, ale Mia decyduje się na nią świadomie i z przekonaniem, twierdzi nawet, że jest zakochana. Nie sposób oprzeć się tu wrażeniu, że Mia wykorzystuje oddanego jej i zakochanego Arona, i zachowuje się wobec niego niezwykle egoistycznie czy wręcz nieuczciwie. Jest z nim w związku, ale w tajemnicy leci spotkać się z Williamem, później zwodzi go, jest bez powodu niezadowolona, a ostatecznie zdradza i oszukuje chłopaka w bardzo podły sposób. Kolejne dziwaczne działania Mii - widząc, że William napisał do niej maila, w ogóle go nie otwiera, choć ciągle o nim myśli i rozmawia z bliskimi, jest to zachowanie tak nienaturalne i niepojęte, iż trudno w nie uwierzyć. Mia przybiera też chętnie pozę osoby skrzywdzonej aż do granic absurdu, w efekcie jej przyjaciele i rodzina są więcej niż wrogo nastawieni do Williama i jakby zapominają, że niedawno uratował jej życie. Mia zachowuje się jak mała obrażona dziewczynka, raz mów, że go nienawidzi, chwilę później, że kocha, obraża się i podobnie jak w pierwszym tomie zachowuje bardzo infantylnie. William także działa chaotycznie. Niby kocha Mię, ale ciągle wraca we łzawych wspomnieniach do zmarłej narzeczonej, Rose. Niby stara się pozbierać swoje życie, ale bywa ciągle arogancki i opryskliwy wobec ludzi (np. upija się i usiłuje na siłę pocałować kobietę, która kiedyś darzyła go uczuciem, a potem ma do niej żal, że go odpycha). Kompletnie to nie przystaje do wizerunku dobrze wychowanego intelektualisty i chłodnego Anglika, który autorka usiłuje w międzyczasie stworzyć. W ogóle często w tej powieści wielu bohaterów zachowuje się niestosowanie do okoliczności, wręcz niegrzecznie, jakby mieli braki w dość elementarnej kindersztubie (np. Aron zabiera Mię na randkę, jedzą, tańczą, potem on bawi się z innymi, a ona siedzi sama i nadal uważa randkę za wielce udaną; lub w środku bożonarodzeniowej kolacji ojciec zmarłej Rose dość napastliwie pyta Williama, czy już zapomniał o dawnej ukochanej, choć sam go zachęcał do o odbudowy życia, w tym czasie inni zachowują się jakby nic się nie stało; inny przykład: Aron obrażą się na znajomych, że robią wesele we Włoszech, bo... jemu ciężko się tam dostać i zupełnie na serio uważa, że powinni je przenieść do Bostonu). Wracając jednak do Williama.... wpada on regularnie w wielką egzaltację miłosną. Przyżywa rozłąkę z Mią. Deklaruje wielkie uczucie. Tymczasem przecież nigdy nie byli parą i znają się tylko z kilku dni spędzonych razem w Grecji, w perspektywie pierwszego tomu trudno uwierzyć w aż taki wybuch uczucia i wydaje się ono mocno na wyrost. Mia i William nadal po prostu słabo się znają. W pierwszej części "Smaku życia" sporo jest też niezgodności fabularnych, takich niedoróbek akcji, jakby bohaterowie "zapominali", co wcześniej mówili, co robili, czy też jakie informacje o nich zawierała powieść "Zapach życia" (np. Aron upiera się, żeby kupić Mii sukienkę, a potem jakby nie było tematu, ona sama ją sobie kupuje i idzie na randkę; także informacje o mężu Miriam i jego śmierci nie współgrają z tym, co wiemy o tej parze z wcześniejszych ustaleń, szczytem góry lodowej jest to, że Mia nie czyta maila do Williama, ale cały czas ma pretensje, że o niej zapomniał; i nie są to niestety wszystkie usterki...). Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest to powieść zwyczajnie mocno niedopracowana. 

Pod każdym względem drugi rozdział "Smaku szczęścia" jest lepszy, choć niewolny od błędów. Są jednak piękne Włochy, jest piękna klasycznie włoska rodzina, która gości Mię, dużo opisów ciekawych potraw, zresztą same spotkania Mii i walczącego o jej uczucia Williama są znacznie bardziej interesujące niż te z ich wakacji w Grecji. Zaczynają naprawdę ze sobą rozmawiać, poznawać się, spędzać razem czas, sprawia to, że wreszcie można w ich uczucie uwierzyć, nawet chwilami dać się porwać romantycznym uniesieniom tej pary. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że w tej części Mia zachowuje się w gruncie rzeczy skandalicznie jako kobieta. Trudno tę postać szczerze lubić, ale co gorsza trudno uznać za spójną jako powieściowa konstrukcja. Autorka wykreowała Mię jako wrażliwą, subtelną, niewinną. Tymczasem spotykając się z Willem dziewczyna zdradza swojego chłopaka Arona, który we Włoszech ma się pojawić dopiero za kilka dni. W gruncie rzeczy ordynarnie okłamuje obu tych mężczyzn. Potrafi w odstępie kilku minut flirtować przez telefon z Aronem i moment potem z Williamem - no nijak się to ma do wizerunku niewinnej dziewczyny. Kiedy Aron przyjeżdża, Mia okazuje się też wytrawną manipulantką, dążąc do tego, by mężczyźni się nie spotkali. Doprowadza to do paskudnej sytuacji przykrej dla wielu osób.... po której.... nikt, ale to nikt nie ma do Mii żadnych pretensji, choć jej kłamstwa i zdrady wychodzą na jaw!!! postać Arona znika, choć nie ma wątpliwości, że spotkała go wielka krzywda. William zaś cieszy się dalej ze związku z Mią z bezrefleksyjnością i naiwnością dziwną u tak błyskotliwego psiarza.... i co mi w sumie najbardziej przeszkadza?.... ogólnie nazwałabym to bezsensem i brakiem spójności w budowaniu osobowości bohaterów i ich relacji. Mia i William to nie są mili ludzie, wiele mówią o emocjach, ale w konkretnych sytuacjach życiowych widać tylko ich egoizm, niedojrzałość, neurotyczność, a nawet zupełną bezmyślność. Opis ich osobowości, którego autorka nam nie szczędzi, nie ma nic wspólnego z ich czynami. 

Galeria postaci drugiego planu nieco wynagradza liczne usterki u bohaterów pierwszego planu. Przyjemną postacią jest Caroline, przyjaciółka głównej bohaterki, dziewczyna, która naprawdę walczy o swoje życie i szczęście. Jest też pies Barney - moja ulubiona postać. No Miriam oraz babcia Vivian i jej przyjaciółki - barwna galeria starszych kobiet, które są osobami interesującymi i wartościowymi. Mocne jest zakończenie powieści, którego nie zdradzę, ale przyznam, że może ono wzruszać, nawet jeśli logicznie budzi wiele (WIELE!) wątpliwości. 

Za możliwość przeczytania dziękuję organizatorce book tour:
@Ewelina Kwiatkowska-Tabaczyńska





sobota, 16 listopada 2019

"Zapach szczęścia" Klaudia Kopiasz - book tour 10 (cz. 1)

,,Zapach szczęścia,, to romans oparty na wielu urokliwych pomysłach, ale na poziomie pisarskiego rzemiosła napisany po prostu za słabo. 

Przez połowę powieści poznajemy kluczowych bohaterów - ich rodzinę, znajomych, przeszłość. Mia mieszka w Bostonie i ma wręcz sielankowe życie, dopóki nie okazuje się, że choruje na białaczkę. To wywołuje w jej życiu zrozumiały kryzys, który przy wsparciu bliskich usiłuje pokonać. Dziewczyna fascynuje się pisarstwem Williama Garta, który.... okazuje się być drugą kluczową w powieści postacią. William mieszka w Londynie i od 5 lat pozostaje w żałobie po śmierci narzeczonej. Odsuwa się od ludzi, zawiesza twórczość artystyczną, zajmuje się tylko celebrowaniem swoich emocji i przeszłości... Losy bohaterów układają się tak, że każde z nich wybiera się w tym samym czasie na swego rodzaju wakacje do Grecji na wyspę Zakynthos. I to jest ładny pomysł na opowieść. Do tego piękne malownicze krajobrazy Grecji... wydaje się, że na poziomie treści wszystko sprzyja rozwojowi romantycznej opowieści, co zatem poszło nie tak? 

W powieści obyczajowej, a także w romansie najważniejsze są relacje i psychologia postaci, to ich dotyczy fabuła, a tu można mieć wiele zastrzeżeń. Autorka poświęca połowę objętości powieści, aby opisać głównych bohaterów, ich życie oraz najbliższe im osoby. Jest to dość dużo, ale nie jest to zły pomysł. Dzięki temu można dobrze poznać i rozumieć postaci. Tylko że to okazuje się trudne. Mia jest uroczą, lecz trochę niedojrzałą dziewczyną, co można zrozumieć - jest młodziutka, naiwna, dość dokładnie opisano też jej przyjaciółki, rodziców, babcię i jej koleżanki, kolegę, szefa, jest to galeria postaci wśród których łatwo się zgubić i które pojawiają się w mocno powtarzalnych scenach rodzajowych. Ale i tu  można się odnaleźć. Prawdziwym problemem jest jednak William, który okazuje się mężczyzną nudnym i niesłychanie neurotycznym. Celebruje śmierć ukochanej zamęczając nią wszystkich (łącznie z psem), jest tak nieprawdopodobnie skupiony na swojej stracie, ze myśli i mówi tylko o tym, zaniedbuje starzejących się rodziców (od 5 lat u niego nie byli, nie odwiedza ich nawet w święta, nie odbiera telefonów itd. itp.) i nie zauważa (sic!), że jego bliski znajomy i zarazem mąż jedynej przyjaciółki od dwóch lat nie żyje. William to postać absurdalna, bo wyolbrzymiona i niespójna, a przez to nieprawdopodobna życiowo, trudno go lubić, ale przede wszystkim trudno w niego uwierzyć. Nic o nim nie wiemy poza tym, że jest egoistą i żałobnikiem obsesyjnie myślącym o zmarłej Rose czy raczej rozdrapującym własne uczucia z tym związane i robi to naprawdę CAŁY CZAS. Ta przydługa ekspozycja może męczyć odbiorcę, ale obyczajowo bywa ciekawa, bo drugi plan bohaterów to interesujące postaci, poznajemy ich życiowe uwikłania, przemyślenia, miłosne historie, jest w tym powieściowy potencjał. 

W drugiej części powieści dzieją się jednak rzeczy przedziwne.... Mia jest na wakacjach z przyjaciółką, Caroline i w hotelu poznaje Williama. Rozpoznaje w nim uwielbianego pisarza, ale pierwsza rozmowa wypada słabo, William ją zbywa i to dość arogancko, żeby nie powiedzieć bezczelnie i po chamsku. Później w różnych okolicznościach odbywają jeszcze cztery rozmowy, dość przyjacielskie, ale niewiele o sobie mówią, jakby nie otwierają się przed sobą i naprawdę nie sposób zrozumieć, dlaczego ich wzajemne zainteresowanie wzrasta. Nie wynika to ani z ich nielicznych spotkań, ani z osobowości, ani z dotychczas zbudowanej psychologii, ani z dość niemrawej dynamiki ich relacji. Po prostu Mia stwierdza, że jest zakochana i skromna dotąd dziewczyna zaczyna się w zasadzie narzucać pisarzowi, dochodzi nawet do sprowokowanego przez nią pocałunku. William tymczasem nie umie się odnaleźć, z jednej strony nadal obsesyjnie wspomina Rose, z drugiej ma zauważalną tylko dla niego samego słabość do nowej znajomej. W końcu osobno opuszczają Grecję każde z przekonaniem, że jest zakochane, ale to drugie nie jest dość zaangażowane... tylko, że te emocje kiełkują i potem rozwijają się z niczego. Druga rzecz: Mia... która ma białaczkę i niedawno skończyła chemię cieszy się bujną czupryną, intensywnie zwiedza, pije alkohol, chodzi na dyskoteki, ma dziki apetyt i w ogólne nie nosi znamion choroby, a jeszcze niedawno bała się, ze nie dożyje wyjazdu do Grecji, nie mogła jeść i traciła włosy. I jest tak jakby Mia, jadąc do Grecji, zawiesiła swoją chorobę na kołku, co burzy wszelkie życiowe prawdopodobieństwo. Tak się nie choruje... To nie jest prawda. I przy okazji powieść traci tu szansę na bycie ważnym, bo prawdziwym głosem o sytuacji osoby chorej na potencjalnie śmiertelną chorobę. Szkoda. Istnieją organizacje i fundacje zbierające dawców szpiku, o których można by tu wspomnieć bez szkody dla powieści, a nawet z dużym zyskiem dla jej merytorycznych walorów, skoro już zdecydowano się poruszyć tak poważny problem jak choroba nowotworowa.  Poza tym w tej drugiej części utworu William też zachowuje się przedziwnie. Trzyma dystans, jest gburowaty i w żaden sposób nie zachęca dziewczyny. Za to upija się i spędza noc z przypadkową kobietą, a później traktuje ją dość obcesowo i nadal... trudno go lubić. Mówiąc w skrócie: postaci główne nie są spójne psychologicznie. Zakochują się jak dzieci, jak nastolatki, pod wpływem paru chwil i spotkań, choć w gruncie rzeczy w ogóle się nie znają. Bazują tylko na naiwnych wyobrażeniach o sobie i fizycznej fascynacji. Ta miłość, ta relacja... nie przekonuje. Nie ma fundamentów. Nie ma głębi. 

Podobać się mogą opisy Grecji. Rzeczywiście są tak szczegółowe i klimatyczne, ze wręcz zachęcają, by tam pojechać. Rzecz w tym, że ,,Zapach szczęścia,, to nie jest turystyczny folder, tylko opowieść o ludziach i ich emocjach, więc dla powieści byłoby lepiej ograniczyć opis świata na rzecz budowania solidnych i przekonujących relacji oraz bogatszych i dojrzalszych psychologii oraz na rzecz prawdziwych, osadzonych w dialogach i monologach emocji, w które da się uwierzyć.

Finał... jest romantyczny, ckliwy, ocierający się o kicz i fantastykę, ale i to romansowi można wybaczyć. W końcu szukamy w nim uniesień, często łzawych i patetycznych. Natomiast nie wiadomo skąd te finałowe emocje wykwitły, bo postaci nie są skonstruowane tak, by nas do tego wybuchu uczuć znikąd przekonać. William, który w Grecji deklarował, że "coś czuje" do Mii, zresztą tylko na swoje potrzeby, bo przed nią nie zdradza się ani słowem, nagle w finale szaleje z miłości i wykonuje wiele znaczących gestów, by to potwierdzić, tylko że czytelnik nie wie i nie rozumie jak, skąd kiedy mu się to wzięło?.... zupełnie jakby bohatera fascynowała sama idea miłości, a Mia po prostu przechodziła obok i się przydała, by tę ideę urzeczywistniać.

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję organizatorce book tour:
Ewelina Kwiatkowska-Tabaczyńska




piątek, 15 listopada 2019

człowiek w pięknym krawacie (spotkanie z Markiem Krajewskim)

Krajewskiego to znacznie bardziej czyta Krzyś niż ja, ale i tak się wybraliśmy razem, nie wiedziałam zupełnie czego się spodziewać, a tymczasem okazało się, że jest to charyzmatyczny człowiek z gawędziarskim zacięciem, który ma taki przedwojenny sznyt, jeśli chodzi o kulturę i elegancję wszechstronnie pojętą, to taka elegancja bycia w świecie, słowa, ubioru, zachowania, języka. Zaimponował mi Krajewski tym, jaki ma do siebie i swojego pisarstwa dystans, pomimo niewątpliwego komercyjnego sukcesu, który odniósł, jest to też człowiek bardzo bezpośredni i uczciwy w kontakcie, mówiący kwieciście, ale bez ogródek i donośnym głosem. Skupiał uwagę i nie dało się go nie słuchać, w czym być może przydały mu się doświadczenia uniwersyteckie. Intelektualista - pomyślałam. Sympatyczny - pomyślałam zaraz potem. I pochwaliłam jego krawat, bo rzeczywiście był przepiękny 





czwartek, 14 listopada 2019

złota jesień w listopadzie

chyba należy to rozpatrywać w kategoriach swego rodzaju cudu, bo dziś jest naprawdę piękny, słoneczny dzień bez deszczu i listopadowej obleśności, okazało się, że jesień nadal jest ładna, że warto wyjść z domu, że można nawet iść do parku bez poczucia, że wszystko jest koszmarne, bezsensowne i wilgotne, poszłam, było przyjemnie, ja chyba zwyczajnie nie mogę żyć bez słońca i to dlatego, ten listopad, zawsze, taki niełaskawy dla mnie, choć przecież dziś nie, dziś łaskawy, wypada docenić





środa, 13 listopada 2019

tysiąc porzuconych rękawiczek - czarna pokratkowana

nad ranem znaleziona, w ciemności, choć nie przeze mnie, ale za to jak zawsze całkiem porzucona i stracona, zupełnie dorosła rękawiczka w listopadzie, wśród żółtych jeszcze liści, malownicza



wtorek, 12 listopada 2019

"nie ma przypadkowych przypadków" (spotkanie z Jackiem Hugo-Baderem)


listopad jest przeokropny, mgła, pada, zimno przenika i ciemno jest prawie ciągle, ale zmobilizowałam się i wybrałam na spotkanie autorskie z Hugo-Baderem, uzbrojona rzecz jasna w książkę do podpisania, nie wiedziałam, czego się spodziewać, bo to, że to nagradzany reportażysta to wiem, ale jaki to jest człowiek, to nie było oczywiste, czasami psiarz, nawet wybitny w bezpośrednim kontakcie sporo traci z powodu swoich cech i właściwości, których papier nie przepuszcza, jednakowoż... tym razem było inaczej; Jacek Hugo-Bader to jest człowiek błyskotliwy i interesujący, życzliwy i otwarty na ludzi, i chyba szczęśliwy w życiu, bo naładowany pasja i pozytywną energią, pod każdym względem jest to postać przyjemna w obserwacji, odsłuchu i kontakcie; pomimo różnej jakości pytań z widowni, życzliwie odnosił się do każdego, dbał o pozytywną atmosferę całego spotkania, naprawdę ciekawie opowiadał o swojej pracy i o sobie, a przede wszystkim ...no swój człowiek - otwarty, tolerancyjny, humanista, wikłał się w skojarzeniach i dygresjach, ale i to było w gruncie rzeczy sympatyczne i pomimo listopada, który nie sprzyja niczemu siedziałam półtorej godziny, słuchając Hugo-Badera z zainteresowaniem i przyjemnością - reportażysta, który ma w sobie coś z mistyka, rzecz sama w sobie interesująca; książki podpisywał i opieczętowywał do ostatniego człowieka, każdemu poświęcając chwilę uwagi, każdemu ściskając dłoń, każdemu pisząc choć odrobinę spersonalizowaną dedykację i zostawiając odcisk palca - i chyba to było najlepsze, że spotkałam człowieka, który tak bardzo szanuje innych ludzi, który okazuje im życzliwość, uprzejmość i prawdziwie zainteresowanie, i to jest bardzo, bardzo ładne