sobota, 7 września 2019

to było dawno i to jest teraz (Paweł Huelle "Mercedes-Benz")

Paweł Huelle pisze tak, że to mnie urzeka, "Mercedes-Benz" to powieść pełna takiej pięknej nostalgii, wynikającej głównie ze snucia rodzinnych opowieści, które ocaliła pamięć, ale też z temperatury całej tej gawędy, z jej ciepła oraz sentymentalnej tonacji, która ozdabia swoim blaskiem nawet przykre wspomnienia... Utwór Huelle to powieść bardzo krótka, ale ma się wrażenie kondensacji treści, bo cała kipi od dyskretnych emocji i wątków. Główny bohater jest kursantem usiłującym zdobyć prawo jazdy, czuje się w tej roli niepewnie, a dodatkowo ulega wielkiemu oczarowaniu swoją instruktorką - panną Cwile, której podczas wspólnie spędzanych godzin opowiada o przeszłości swojej rodziny oraz o samochodach, które był w posiadaniu jego dziadków oraz rodziców. Trochę to jest uwodzenie tej kobiety, a trochę zagadywanie własnej niepewności. Cała powieść zachowuje formułę listu do "pana Bohumila", czyli do Hrabala, któremu główny bohater zdaje relację ze swoich spotkań z panną Cwile. Są to jednak listy niewysłane, a Hrabal jest tu raczej duchowym niż faktycznym adresatem rozmyślań, jest swego rodzaju patronem całej sytuacji. Nie sposób się też oprzeć wrażeniu, że "Mercedes-Benz " jest to proza stylizowana na twórczość Hrabala - jego niekończący się narracyjny, pełen dygresji tok rozmyślania i odczuwania świata, który pochłania nawet dialogi, długie zdania, skupienie na codzienności i zwykłych czynnościach, gestach, do tego wiele, wiele hrabalowskich wątków i specyfik, po prostu duch Hrabala na wielu płaszczyznach jest w tej powieści obecny i jest to piękna obecność, nawet swego rodzaju hołd dla czeskiego artysty; ale przecież nie tylko.... bo "Mercedes-Benz" to także historia miłosna, a nawet saga rodzinna, a przede wszystkim elegancka, pełna treści opowieść, która mnie jako czytelnika po prostu oczarowała


piątek, 6 września 2019

"Rysunek satyryczny" - wystawa prac Valerego Momota w BWA w ZG

nie wiedziałam, czego się spodziewać, bo nie znałam zupełnie artysty, tymczasem znalazłam prace pełne inteligencji i przewrotności, interpretacje świata, które rozumiem i które do mnie trafiają,kota na księżycu mogłabym mieć nad łóżkiem, żeby codziennie móc na niego patrzeć








czwartek, 5 września 2019

esej dla Asi ("BÓL I BLASK")

piękny film, elegancki, intymny, mądry, urzekło mnie to, bardzo, Banderas jak dla mnie zasłużył na Oskara, nigdy nie był Taki, wyrazisty i indywidualny, a zarazem uniwersalny; Penelope Cruz przecudna... gdybym nie była sobą, chciałabym być Penelope, ale taką Penelope jak tutaj, w tym filmie, ultrakobiecą Penelope; no i Almodovar, najlepszy od.... no od bardzo dawna, taki jak zawsze, ale inny, nowy, dojrzalszy, pełen blasku i bólu;
 Asia po filmie powiedziała "Napisz esej", więc napisałam, napisałam z przyjemnością, bo czemu nie, bo mogłam, bo chciałam coś Asi dać, coś niepoliczalnego, coś osobistego, ucieszyła się i chyba tylko o to chodziło


ESEJ DLA ASI

Byłyśmy na filmie Almodovara „Ból i blask”.
- Dobrze, że nie każesz mi pisać o tym eseju na jutro, na dwie strony – powiedziała Asia po filmie.
- Ale czemu nie? – głupawo spytałam ja.
- No to napisz! - Więc wyszło na to, że piszę. Esej. O konieczności bólu i wszechobecności blasku.
******
W jednej z pierwszych scen filmu pewna aktorka pyta głównego bohatera, Salvadora „Nie piszesz, nie kręcisz już filmów, co będziesz teraz robił?”, a on bez zastanowienia odpowiada: „Nie wiem. Po prostu żył”. Wydało mi się to od razu genialnie proste rozwiązanie, także moich własnych mocno aktualnych rozterek, bo być może rzeczywiście jest tak, że życie samo w sobie jest wystarczającym wyzwaniem. Poza tym jednak - i można to zauważyć obserwując losy Salvadora - życie ma także swoje orbity, stałe linie, które wytyczają jego bieg. Almodovar stworzył osobisty, sentymentalny film i pokazał, że jego egzystencjalne orbity to BÓL i BLASK. Czysto fizyczny ból starzejącego się ciała, który umie być wystarczająco dotkliwy, by okradać codzienność z wszelkiego blasku, a także głęboko skrywany ból duszy, który paraliżuje głównego bohatera filmu, zamyka go, odsuwa od świata. Salvador jest osaczony przez cierpienie, ale paradoksalnie to ono przypomina mu o jasnych i pełnych blasku momentach życia, składnia do ucieczki w świat wspomnień, przeżywania na nowo najważniejszych relacji, dawnych miłości, zapomnianych przyjaźni, a nawet do odkrywania ponownie własnej sztuki, a to z kolei w niespodziewany sposób rozjaśnia i ocala jego życie. Grany przez Banderasa starzejący się reżyser sięga w pewnym momencie po heroinę, by zagłuszyć samotność i liczne dolegliwości ciała, a następnie, aby ją zdobyć, decyduje się oddać bardzo intymne, romantyczne opowiadanie aktorowi (którego zresztą w gruncie rzeczy nie za bardzo nie lubi), żeby mógł zrobić z tego dzieła monodram. Ten rozpaczliwy gest wywołany przez ból, dzięki serii przypadków doprowadza jednak do spotkania Salvadora z człowiekiem, którego niegdyś bardzo kochał i to jedno spotkanie, pełne emocji, sentymentów i wspomnień wprowadza odmianę, ono wystarcza, by przywrócić życiu bohatera blask, by zmotywować obolałego Salvadora do porzucenia nałogu, do troski o zdrowie, docenienia przyjaciół, a ostatecznie do tworzenia nowych filmów.
Ból i blask to koleiny, które wytyczają bieg życia – tak właśnie mówi do mnie w tym filmie Almodovar, to usłyszałam. Szymborska napisała to kiedyś nieco inaczej: „moje znaki szczególne to zachwyt i rozpacz”, ale przecież pomimo innego doboru słów, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że są to dokładnie te same co u Almodóvara krawędzie egzystencji. Ból i blask, zachwyt i rozpacz, cierpienie i piękno – a żadne z nich nie jest ani dobre, ani złe, bo zwyczajnie nie mieszczą się w tych kategoriach i nie da się ich wartościować, one po prostu są, istnieją, wdrukowane w człowieka, w jego przeżycia, doświadczenia, emocje, czy po prostu w los.
Ważnym motywem w filmie Almodóvara jest relacja Salvadora z matką oraz wspomnienia o niej. Jej troska o dom, zapobiegliwość, pracowitość, nieustanna krzątanina, czułość wobec syna, śpiew, jej siła - to matka kształtuje syna jako człowieka, mężczyznę i jako artystę, ojciec wydaje się przy niej postacią epizodyczną, którą ledwo się pamięta i do której przywiązuje się nieporównywalnie mniej uwagi. W jednej z ostatnich rozmów Salvador mówi do matki: ”Przepraszam, że nie byłem takim synem, jakiego sobie wymarzyłaś (…) .Zawiodłem cię, bo byłem sobą. Przykro mi.” Ważne i trudne słowa, a przecież pomimo tego bólu relacje między synem i matką są pełne miłości i czułości, a ich wzajemne przywiązanie nie słabnie z biegiem lat. Zatem nawet w tym wątku ból i blask okazują się nierozłączne. Cały film Almodóvara jest ich pełen, to one bowiem są nieusuwalną częścią życia i przeznaczeń każdego z bohaterów. To jednoczesne doświadczenie bólu i blasku wydaje się więc w perspektywie filmu Almodóvara uniwersalne, bo nie tylko każdy może go doświadczyć, ale każdy go doświadcza, choć niekiedy potrzeba czasu i odpowiedniej perspektywy, aby człowiek umiał to dostrzec i zauważyć. I może właśnie dlatego starzejący się Antonio Banderas, niegdysiejszy amant, jest w tym filmie przede wszystkim zachwycającym człowiekiem, znacznie piękniejszym niż w swoich poprzednich filmach, widzimy go w jego cierpieniu i w pięknie jego doświadczeń, a to jest bardzo prawdziwe, to czyni go bliskim.
Stephen Crane w wierszu „Na pustyni” napisał:
„Ujrzałem nagą bestię
Co przykucnęła na ziemi
Trzymała w rękach swe serce
Pożerając je.
Spytałem: czy to dobre bracie?
Gorzkie jest, gorzkie – odrzecze,
Lecz mi smakuje,
Bo gorzkie
I bo to moje serce.”
O tym jest film Almodóvara, o tym jest życie Salvadora, o tym jest każde ludzkie życie.

środa, 4 września 2019

wystawa Right w BWA (we współpracy z Brandenburskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej)

ważna i w pewnym sensie niezwykle mroczna wystawa sztuki współczesnej pełna gestów, znaków, symboli, scenerii związanych z ruchem faszystowskim, głównie są to fotografie, ale był też komiks i pokaz slajdów, wszystko to mnie przytłoczyło, bo tak naprawdę czułam przemoc wpisaną w te wszystkie komunikaty, w twarze ludzi, w ich zachowania, czułam, że mi to zagraża, nie tylko ze względu na mało aryjski typ urody, ale że generalnie mnie jako istocie ludzkiej to zagraża, bo zobaczyłam wojnę, m.in. jej ślady w Kobane, wystawa generalnie pokazuje, jak faszystowski sztafaż przenika rzeczywistość, wkracza w codzienność jednostek i społeczeństw, są to prace niemieckich artystów, ale... to nie jest tak, że wokół siebie tego nie widzę, ruchy narodowe mają swoją nieusuwalną specyfikę, a takie są i u nas, oglądałam z niepokojem i smutkiem, oglądałam ze strachem


Robin Hinsch "Kobane"



seria Ludwiga Raucha "Neonaziści w Niemczech" 1991-1993






wtorek, 3 września 2019

kultowa zupa czosnkowa

dziś zrobiłam zupę czosnkową i jest to moje kluczowe osiągniecie tego dnia, 
jestem kreatorem, demiurgiem, karmię głodnych;
jak wielokrotnie wypominałam nie lubię i nie bardzo umiem gotować, ale... jednakowoż czasami mam przebłyski geniuszu, jednym z takich rzadkich rozblasków jest zupa czosnkowa - zdrowa (antybiotyk bez antybiotyku), pyszna, kremowa, smakująca wszystkim (chyba że ktoś organicznie nie znosi czosnku, za to warto dodać, że dzieci generalnie lubią, mój "niejadek" np. lubi i pochłania), sycąca i znikająca w trybie tu i teraz; zupa ma jedną wadę.... wstępna faza jest pracochłonna, bo wymaga obrania znacznej ilości czosnku, mimo to jest to trud w pełni opłacalny;

opowieść o zupie czosnkowej, która w ciągu ostatnich lat stała się w moim domu potrawą kultową w okresie jesienno-zimowym wypada zacząć od słów.... na początku był czosnek i było go dużo, i widziałam, że był dobry...


SKŁADNIKI
- 5-6 główek czosnku
- 1 cebula (szalotka lub czosnkowa)
- 1 ziemniak (średni)
- ok. 1 litra bulionu (1 litr - będzie gęsta, 1,4 l będzie rzadsza)
- 2 łyżki masła (lub 3 łyżki oliwy z oliwek)
- 90 g wędzonego boczku w plasterkach
- serek topiony 100 g (śmietankowy lub ziołowy)
- do przyprawienia: sól,pieprz, majeranek, szałwia, rozmaryn 

WYKONANIE
1. Obrać czosnek i pokroić go na plasterki, cebulę pokroić w kostkę - na nie za dużym ogniu podsmażyć na maśle lub oliwie, uważać, żeby wszystko zmiękło i zeszkliło się, ale nie zabrązowiło. Mieszać co jakiś czas. Mnie zajmuje to ok. 15-20 minut.
2. Wrzucić czosnek i cebulkę do wrzącego bulionu.
3. Dodać obranego i pokrojonego w kostkę ziemniaka - całość gotować na małym ogniu 10 minut.
4. Przez te 10 minut wytopić na patelni boczek, po wytopieniu tłuszczu każdy plasterek odkładamy na chwilę na papierowy ręcznik, żeby odsączyć tłuszcz. Po wytopieniu tłuszczu plasterki boczku wrzucamy do zupy.
5. Przyprawiamy i gotujemy od 20 do 25 minut (ma lekko bulgotać, ale nie wściekle się gotować), miesząc od czasu do czasu.
6. Zdejmujemy z kuchenki, dodajemy serek topiony i miksujemy blenderem na gładko.

podawać można z : kleksem śmietany i gałązką pietruszki, grzankami lub jeść bez dodatków, tak czy siak - totalne MNIAM




poniedziałek, 2 września 2019

Zuzanna Arczyńska "Dziewczyna bez makijażu" - book tour 1

Kilka słów o ,,Dziewczynie bez makijażu,,, którą czytam w ramach akcji book tour.






Książka jest pełna dynamiki, więc czyta się lekko i szybko, jest sporo zwrotów akcji - wielowątkowość, tajemnice, autorce nie można odmówić pomysłowości i wyobraźni.

Jednakże największą zaletą powieści jest fakt, że ma ona spore walory edukacyjne, bo dotyka niezwykle wielu istotnych problemów społecznych, a jej światopogląd trzeba uznać za nowoczesny, postępowy i humanistyczny. Oczywiście pierwszy plan to rodzina alkoholika, z której pochodzi Lika, główna bohaterka. Okazuje się nie tylko, że 500+ nie ratuje sytuacji, ale że nie ma ani skutecznych instytucji, ani możliwości prawnych, by kobieta z 4 dzieci miała szansę zmienić swój i swoich dzieci byt, potrzebny jest w naszych realiach dopiero cud, bogacz, który żeni się z najstarszą córką i nie szczędzi grosza na jej matkę i młodsze siostry oraz ochroniarz Arek, który umie tę stłamszoną i zastraszoną rodzinę zwyczajnie obronić. Jest to trochę naiwna bajka o Kopciuszku, ale zarazem sposób na pokazanie, jak wielka jest bezradność kobiet i dzieci uwięzionych w dysfunkcyjnej rodzinie. Samo to czyni z tej książki dość istotny głos w ich obronie. Ale to nie wszystko. W ,,Dziewczynie bez makijażu,, poruszono też inne problemy lub istotne zjawiska w społeczeństwie. Pojawiają się zatem w pojedynczych wątkach bardzo potrzebna ekologia, siejący zniszczenie antysemityzm, skrywany homoseksualizm czy nawet zbierająca włosy fundacja Rak'n'Roll działająca na rzecz chorych na raka. Nieco obszerniej opisano takie problemy jak długotrwała bezkarność brutalnego policjanta związana z korupcją w policji czy trudy codziennego życia rodziny, w której jest przeżywająca depresję osoba niepełnosprawna, a także cyberprzemoc, czyli niezwykle potężne narzędzie niszczące życie ludzi w naszych czasach. No i wreszcie jest też problem plotkarstwa, nieżyczliwości, złośliwych pomówień, zawiści, który oprócz oczywistych niesprawiedliwości wyrządza po prostu wiele zła. Rozwiązanie większości tych problemów wymaga od bohaterów wiele odwagi i siły lub (znowu) cudu, czyli człowieka z pieniędzmi i władzą, który będzie umiał lub chciał pewne rzeczy rozwiązać. Chciałabym tu jednak podkreślić, że istotny walor dydaktyczny, budujący światopogląd odbiorcy ma fakt, że pisarz o tym pisze i tu brawo dla Zuzanny Arczyńskiej.

Literacko bardzo interesujące jest opowiadanie grozy ,,Dom na wzgórzu,, wkomponowane w powieść. Akcja ma w nim potencjał na dłuższą formę. Można je czytać dosłownie i potraktować jako horror, a można czytać jak parabolę, do czego zresztą skłania całość powieści.

Żeby być rzetelną i uczciwą, muszę jednak powiedzieć, że na poziomie pisarskiego rzemiosła powieść Pani Zuzanny ma jeszcze wiele niedociągnięć. Ilość wątków, na które porywa się autorka przytłoczyła młodą pisarkę, część z nich pojawia się bez wcześniejszych umocowań w wydarzeniach poprzedzających, część się urywa nierozwikłana, o innych autorka jakby zapomina w toku pisania (nie wymieniam, aby nie spoilerować). Wydaje się, że brakło tu trochę dyscypliny pracy i doświadczenia. Także psychologia postaci jest bardzo nierówna, obok bohaterów dających się poznać i zrozumieć, takich jak Grzybek czy tytułowa Lika, jest kilka postaci zarysowanych tylko kilkoma słowami i bardzo szablonowych, wręcz koturnowych, w efekcie nie zawsze można zrozumieć ich czyny i motywacje, one po prostu nie przekonują. Przekłada się to oczywiście na relacje między postaciami, ich rozwój jest nierównomierny, często bez związku z zarysem ich osobowości i przebiega pewnymi przeskokami, których czasem nic nie wyjaśnia. Wszystko to oczywiście są elementy, które pisarz może wypracować po prostu pisząc i mając czujnego redaktora i recenzentów. Może też lektura innych autorek powieści dla kobiet, np. Amandy Quick byłaby tu pomocna, bo jest to rzemieślniczo pisarka bardzo sprawna.

Spotkanie z ,,Dziewczyną bez makijażu,, to było trochę wstrząsające, a trochę bajkowe przeżycie. Wielkim zaskoczeniem był finał, pomysł genialny, ale forma.... nieco przeszarżowana, mimo to warto docenić odwagę i inwencję autorki. Jeśli główna bohaterka to swego rodzaju Kopciuszek, to jest to najbardziej niezależny i samodzielny Kopciuszek, dla którego spotkanie księcia to dopiero początek, a nie koniec jego bajki.
Za możliwość przeczytania powieści dziękuję autorce Zuzanna Arczyńska oraz organizatorce book tour Ewelina Kwiatkowska-Tabaczyńska.