sobota, 7 października 2017

chlebek ziołowy i inne rozkosze

wspólnymi siłami zrobiliśmy coś takiego, było przepyszne i obżarłam się jak dzik, rykoszetem pojawiły się też bułeczki cynamonowe i kremowa zupa z porów, domowy dzień konsumowania i rozszalałego domatorstwa, mała Mi rytualnie w pidżamie, błogość..., a potem jeszcze boski dekłas u Sowy, i spacer, i do kina.... i tak to ja mogę egzystować...



piątek, 6 października 2017

cudza kawa

to właśnie jest kawa pita wieczorem, żeby nie spać ani nie przysypiać, cudza kawa, ale podobno bardzo dobra, kawa w sam raz dla zmęczonego podróżnika, trzeba będzie wyruszyć mu na spotkanie, bo warunki są spartańskie, więc należy się wyruszenie, należy takoż docenić i odnotować upór podróżnika, bo tymczasem ZG jest odcięta kolejowo od świata po orkanie, dworzec świeci pustkami, trasy i okoliczne drogi są przejezdne w zmiennym stopniu, i jakoś mnie to tym bardziej ujmuje, że pomimo tego wszystkiego, całej tej niedogodności, tłuczenia się cholera wie jak długo i nie zawsze wiadomo czym, warto do mnie jechać w sumie na krótki moment, w sumie na chwilę i jak po ogień, i to jest znaczący gest, gest wart więcej niż słowne zapewnienia, które przecież są niebezpiecznie łatwe, mam słoniową pamięć do takich gestów, podobnie jak do ich braku w innych razach, tym razem jednak nie jest "inny raz", tym razem spotyka mnie całkiem niezasłużenie coś cennego i to jest po prostu miłe

czwartek, 5 października 2017

krajobraz po burzy

no tak, tak to właśnie wyglądało.... drzew oczywiście szkoda, ale przede wszystkim ludzie... przyczajeni jacyś, niespokojni, wszyscy mówią o burzy, zerkają po okolicy, kto jest, a kogo nie ma, wszyscy mówią o wietrze, widać nie tylko ja wystraszyłam się zeszłej nocy...

 
 

 

środa, 4 października 2017

Ksawery

wystraszyłam się, to śmieszne jak kruche jest poczucie bezpieczeństwa, które człowiek ma w swoim małym pozornym życiu, wystarczy wiatr, który urwie kilka gałęzi, mroczne opustoszałe nagle ulice, wystarczy, że w jednej chwili zabiorą wodę i prąd, a miasto pochłonie całkowita ciemność i zostanie ci wcale nieromantyczne światło świec, gdy za oknem świszcze i huczy, gdy wyją i zwodzą syreny nieustannie kursującej straży, nie wiem kiedy poczułam się zagrożona i okazało się, że mam pod skórą taki sam instynktowny niepokój, jak moje głupie koty, pochowane po kątach, jak pies, który zaglądał mi w oczy z pytaniem o koniec świata, okazało się dziś w nocy, że skruszył mi moje poczucie bezpieczeństwa ten orkan, a przecież nic się nie stało...


wtorek, 3 października 2017

żeby nie było...

.... że mi jesień umknie w tym roku jakoś tragicznie, to idę i patrzę i ścigam ją, dopóki jeszcze maźnięta jest złotem i warta zauważania, i muszę przyznać, że jak wyjdzie słońce to nawet jakby optymistycznie się robi..., kolorowo, no ładnie jakoś, oczywiście Krzysiowi, który docenia, nagminne przesyłam te jesienne listy i mamy naszą małą jesienną korespondencję i zespołowe przetrwanie skrojone w sam raz na tę jesień

















poniedziałek, 2 października 2017

skowyt fiołków

jest tak, że zakwitły mi fiołki jak porąbane, jest cholerny październik, idzie na jesień i kwitną mi fiołki, no, właśnie dokładnie TAK jest


niedziela, 1 października 2017

przybyły kasztany i co? i nic, zupełnie

wracałam do domu i no tak... po prostu trochę smutna byłam, jakaś odrealniona i rzeczywistość mi się rozkleiła, bo jakaś tęsknota, bo jakaś jesienna nostalgia, trochę chłodno, mocno osobno, szłam po liściach, po kasztanach, po opustoszałych ulicach, tak właśnie zaczął mi się październik, od słodko-gorzkich pożegnań, od pewnej mimowolnej niechęci, z którą myślę o tym miesiącu teoretycznie złotej polskiej jesieni, nie obchodzi mnie przecież to złoto, zauważam jedyne w swoim rodzaju piękno świeżych kasztanów, robię im zdjęcia jak co roku, ale mnie to nie obchodzi