dziś było bardzo zimno, nie jakoś strasznie, ale mnie w każdym razie dłonie marzły, a rękawiczek nie zabrałam, tymczasem jakieś dziecko zgubiło koło muzeum szarą rękawiczkę i szkoda, bo pewno łapka mu marznie, a szarą rękawiczkę odszukać najtrudniej
poniedziałek, 11 listopada 2019
niedziela, 10 listopada 2019
Justyna Chrobak "Trzy razy M" - book tour 9
"Trzy razy M" Justyny Chrobak to romans. Poprawnie napisany i pod wieloma względami przypominający historię Kopciuszka, ale jest to też historia o wielkiej przemocy.
Główną bohaterkę - Gosię poznajemy tuż po jej rozstaniu (czy raczej ucieczce) z wieloletnim partnerem, Tomaszem. Sytuacja była ewidentna, przyłapała go na zdradzie, spakowała się, z dnia na dzień zamieszkała w domu siostry w innym mieście i pomimo załamania rozpoczęła szukanie nowej pracy. Nie wiemy jak wyglądał ten związek, bo powieść nie zawiera żadnych retrospekcji, ale z uwag, opowieści, zachowań powoli wyłania się obraz tego, jak życie bohaterki musiało wyglądać w przeszłości. Niewątpliwie jest ona ofiarą wieloletniej przemocy, której doświadczała na różnych poziomach. Powieść pokazuje, jak ciężko wyjść z takiej toksycznej długotrwałej relacji, jak trudno zacząć mówić o tego typu doświadczeniach oraz zauważyć, jak bardzo były one krzywdzące. Ważny moment nadchodzi, gdy po kilku tygodniach Tomasz znowu wkracza w powoli stabilizujące się życie Gosi i ponownie próbuje ją zastraszać i manipulować jej decyzjami i emocjami dla swoich wymiernych, materialnych korzyści. Początkowo dziewczyna ulega i tu mamy szanse zaobserwować jak trudno jest jej wyjść ze starych nawyków oraz reakcji i w ogóle ze tej niedobrej dla niej relacji z przemocowym partnerem. Widzimy też, jak bardzo niezrozumiały dla otoczenia może być jej strach przed Tomaszem, a także to dlaczego w ogóle z nim była, a takie niezrozumienie niczego nie ułatwia i może pogłębiać samotność osoby, która potrzebuje wsparcia... na tym poziomie powieść Chrobak jest naprawdę cenna, bo porusza w bardzo autentyczny sposób problemy psychiczne i emocjonalne, z którymi boryka się kobieta zdominowana, zastraszana przez partnera, psychicznie, a w pewnym stopniu także fizycznie doświadczająca przemocy. I takie głosy są ważne w literaturze.
Jeśli chodzi o konstrukcję powieściową - jest w "Trzy razy M" prosta linearna narracja, nad która autorka dobrze panuje. Kluczowy jest wątek Gosi, reszta to tylko tło, które ten główny nurt fabularny powieści ładnie uzupełnia, tworząc kompletny obraz. Wydaje się jednak, że wielu czytnikom może przeszkadzać fakt, że narracja jest prowadzona z nadmiernym pietyzmem i umiłowaniem dla detali, które niewiele wnoszą. Jest to widoczne zwłaszcza w pierwszej części powieści, w której na poziomie akcji niewiele się jeszcze dzieje. Opis tego, co robi bohaterka oraz działań postaci z jej otoczenia jest po prostu zbyt szczegółowy. I o ile chodzi o emocje, czy opis relacji to bywa interesujące i pomaga zrozumieć postaci, o tyle opis wielu codziennych czynności, np. wchodzenia i wychodzenia z domu, jazdy autobusem, ubierania i przebierania się, kilku identycznych w swym przebiegu powitań z siostrą itp. itd. - to jest zwyczajnie nużące i prowadzi do nadmiernej retardacji fabuły, początek utworu jest przez to chwilami zwyczajnie nudny. W dalszej części "Trzy razy M.", gdy rozwija się i komplikuje wątek romantyczny i piętrzą inne wydarzenia, ta swego rodzaju namolność narracyjna przestaje być tak widoczna, bo rekompensuje ją dynamika akcji. Efekt był jednak taki, że pierwsze 50 stron mnie zmęczyło, a później dopiero czytałam z zaciekawieniem. Autorce nie można też odmówić zdolności do budowania ciekawych relacji między postaciami, choć bywają one niekiedy zbyt cukierkowe (wyrozumiały do granic wytrzymałości szwagier, idealna wspierająca Gosię siostra, dwóch młodych mężczyzn, którzy bez scen zazdrości i wzajemnej wrogości rywalizują o względy bohaterki, no są prawie jak średniowieczni rycerze z romansów..., życzliwa i przedyskretna sekretarka). Powieść co prawda rozwija się w przewidywalnym kierunku, ale zwroty wydarzeń i zmienność emocji sprawiają, że rozwój sytuacji między głównymi bohaterami - Gosią i Mikołajem śledzi się z zainteresowaniem.
Głowna postać jest swego rodzaju Kopciuszkiem, niewinną dobrą dziewczyną, która szuka w życiu szczęścia i stabilizacji. Nie ma co prawda macochy i złych sióstr, ale ma byłego partnera, który świetnie pełni w historii rolę złego charakteru i dewastatora marzeń Gosi. Niemniej.... gdyby przyjrzeć się tej postaci obiektywnie, autorką dużej ilości problemów, w których tkwi Gosia jest... ona sama. Pod wieloma względami jest to kobieta lekkomyślna, niedojrzała i bezrefleksyjna, a przede wszystkim bezwolna. I o ile broni się to w relacji z byłym partnerem, który ją zastraszył i zdominował, o tyle jej brak asertywności w wielu innych sytuacjach sprawia, że jest to postać, która się kompromituje. Gosia - jak to Kopciuszek - jest śliczna i umie tę urodę wydobyć za pomocą skromnego makijażu i eleganckiego ubioru, często podkreśla się jej naturalność, ale równie często bohaterka jest w opłakanym stanie, z makijażem rozmazanym przez łzy, deszcz i inne trudy życia, a wynika to często z tego, że nasz Kopciuszek mimo rozlicznych deklaracji o tym, jaką to ma słabą głowę, sporo w tej powieści pije alkoholu, co prawie zawsze kończy się tak sobie. Druga rzecz, z powodu braku asertywności (i nadmiaru alkoholu) po dwóch tygodniach pracy niewinny Kopciuszek ma za sobą namiętne pocałunki z oboma prezesami firmy (dodajmy 4-osobowej, co dodatkowo zagęszcza sytuację) i.... nie wie, jak z tego wybrnąć, a naprawdę wystarczyło powiedzieć NIE. Ale czy można tego oczekiwać od dziewczyny, która nawet w restauracji regularnie je rzeczy, których nie znosi i po których jest jej niedobrze, bo nie umie odmówić? Jak mała grzeczna dziewczynka... Gosia jest też bohaterką niezwykle neurotyczną, skupioną na swoich emocjach i przeżyciach, żeby uwzględniła inne osoby i wykazała się empatią, spojrzała na sytuację z innego niż swój punktu widzenia, potrzebuje podpowiedzi innych postaci. Dziwi to trochę u dziewczyny, która jest wrażliwa, ma artystyczną duszę i zmysł obserwacji, w sumie wiele jej zachowań można wyjaśnić tylko gapowatością i brakiem dojrzałości. I tak, to jej zagubienie może być urocze, w końcu to Kopciuszek, ale za którymś powtórzeniem nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest to pełna dobrej woli i poczciwa, ale zwyczajnie nie za mądra dziewczyna. Często nawet ona sama siebie nie rozumie, rano myśli sobie, że jej "były" nic dla niej nie znaczy, rozważa chłodno, jaki to do niego czuje niesmak, a tego samego dnia wpada na jego widok w totalną histerię i przyznaje, że nie, jednak to jest za świeża sprawa. I takich sytuacji, w których bohaterka sama sobie przeczy, jest kilka... można to oczywiście złożyć na karb sytuacji życiowej, w której się znalazła, ale też nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że na poziomie psychologii pod wieloma względami jest to postać zwyczajnie niespójna. I po prawdzie trochę nie wiadomo, co zainteresowani nią mężczyźni w niej widzą, bo Gosi można współczuć, można chcieć ją wspierać w jej walce z toksyczną przeszłością, ale niekiedy ciężko traktować ją poważnie jak osobę dorosłą i dojrzałą. To taka trochę kobieta-dziecko. I nie wiem, czy było to celowe działanie autorki, by ta postać była właśnie Taka. W każdym razie czytelniczce łatwo jest obdarzyć tę bohaterkę współczuciem, czy nawet jakąś tam macierzyńską troską, trzyma się za nią kciuki, można witać z radością przejawy buntu, walki o siebie, do których bohaterka mozolnie dorasta, ale... nie sposób się z nią utożsamić czy mieć poczucie więzi, patrzy się na nią raczej jak na gamoniowate dziecko - z mieszanką rozczulenia i irytacji.
I teraz czy to jest dobra powieść? To jest powieść ładnie i poprawnie napisana, i dostarczająca emocji, jeśli czytelnik szuka ładnego romansu, to go tu znajdzie. Nie jest to powieść płytka, bo porusza poważne problemy i myślę, że naprawdę może otwierać oczy, na to jak bardzo można być uwikłanym w toksyczne związki, jak to paraliżuje i niszczy ludzkie życie... Tylko ten Kopciuszek... nich będzie naiwny, niewinny i dobry, niech nawet będzie ciut niezręczny, ale niech będzie też dojrzałą (lub choć dojrzewającą) i refleksyjną kobietą, myślę, że wówczas bardziej by mu się wierzyło.
Za możliwość zapoznania się z powieścią dziękuję Andżelice Jaczyńskiej
piątek, 8 listopada 2019
sygnały bizarności (Olga Tokarczuk "Opowiadania bizarne")
Od dawna miałam na półce "Opowiadania bizarne", no i w obliczu Nobla nie wypadało dłużej ich odkładać, z Noblem się nie dyskutuje. Mniej więcej w połowie lektury moje ukochane psy dobrały się do książki i doprowadziły mnie do szewskiej paski, bo najwyraźniej tom im posmakował. Kończyłam więc czytanie w spartańskich warunkach i pewnej irytacji. Szczęśliwie opowiadania uszkodzone były już przeczytane, choć nie umniejszało to mojego załamania zniszczeniem książki...
Tom składa się z opowiadań o różnej długości, osadzonych w różnych czasach i okolicznościach, jedynym czynnikiem, który je łączy jest pewien nie dający się dookreślić subtelny pierwiastek dziwności, która na różne sposoby się w nich pojawia - coś niezwykłego, jakieś wydarzenie, osoba, zjawisko, nie określiłabym jednak większości z tych otworów mianem fantasy czy nawet science fiction, bo to właśnie tytułowe sformułowanie "opowiadania bizarne" wydaje się rzeczywiście najtrafniejszym określnikiem, także gatunkowym. Bardzo podoba mi się elegancja językowa i precyzja konstrukcji tych utworów. Szlachetna prostota wyrazu, za którą stoi potężny pisarski warsztat. Jest to zresztą cecha, za którą generalnie bardzo Tokarczuk podziwiam - jest genialnym architektem swoich utworów.
Interesującą grupę w tomie tworzą opowiadania osadzone w przyszłości : "Kalendarz ludzkich świat" - historia o okrucieństwie ludzi wobec Boga, o potrzebie tego okrucieństwa, bardzo przewrotna i zaskakująca; "Transfugium" - niesamowita wizja zmiany tożsamości, która polega na swego rodzaju powrocie do natury; "Wizyta" - ukazuje świat ludzi i robotów, w którym są już oni tak uwspólnieni, że prawie nie do odróżnienia. W każdym z tych opowiadań pobrzmiewają bliskie Tokarczuk wątki ekologiczne, ale też są utwory ukazujące pewne ścieżki rozwoju ludzkości, ścieżki pełne pułapek i zawiłości, interesujące przez to, że prawdopodobne. Bardzo podobały mi się też "Zielone dzieci" osadzone w XVII wieku, jak w każdym utworze historycznym Tokarczuk jest to utwór bardzo interesujący po prostu poznawczo, pełen ciekawych rozważań o kulturze i naturze, rzetelny obyczajowo i dziejopisarsko, ale przede wszystkim interesujący fabularnie: XVII-wieczny medyk z Zachodu, racjonalista styka się na dzikich rubieżach Polski ze zjawiskiem, którego nie umie pojąć, które mu się wymyka. W tomie znaleźć też można współczesne obrazki obyczajowe: "Szwy" - historia starości, która na granicy rzeczywistości i ułudy okrada człowieka z jego przeświadczeń, , z narracją poprowadzoną tak, że czytelnik wchodzi w skórę i punkt widzenia starzejącego się człowieka; "Przetwory" - opowieść o synku, który nigdy nie wyprowadził się od matki, i który został w końcu sam na sam z jej gromadzonymi przez lata przetworami i "Prawdziwa historia" o cudzoziemcu w Warszawie, który nieprzystosowany do życia w naszej specyfice ulega serii więcej niż niekorzystnych wypadków, no i "Serce" - opowieść o podróży podyktowanej dosłownie pojętym wskazaniem przeszczepionego serca. Najbardziej skomplikowaną i wieloznaczną historią jest "Góra wszystkich świętych", bo jest tam i świętość, i umieranie zderzone z nieśmiertelnością, i mroczny eksperyment, w sumie czytelnik jest z tym zostawiony, sam musi sobie dopowiedzieć, co o tym myśli, co przede wszystkim czuje. "Pasażer"... pierwsze w tomie to króciutkie metaforyczne opowiadanie o snach i koszmarach, które nigdy nie przychodzą z zewnątrz. Nie umiem do końca dookreślić czemu, ale w swoim klimacie i treści skojarzyło mi się z twórczością Gaimana. "Opowiadana bizarne" - bardzo to było smaczne czytanie. Przyjemne.
![]() |
| Olga Tokarczuk "Pasażer" |
czwartek, 7 listopada 2019
tęsknoty (Kaśka Sochacka - Wiśnia)
listopad to jest czas wielkich tęsknot, które wypełzają spod podłogi, ale przecież nie, tak naprawdę to przecież wysączają się ze mnie, i jeśli mowa o tych wielkich, to pamiętam sprzed wielu lat taką totalną tęsknotę z R., uwiera mnie do tej pory samo o niej wspomnienie i to jak ciągle próbowałam ją ograć, jaki to był wtedy wysiłek, teraz mijamy się z R. na ulicy i tamtego już nie ma, choć uwieranie zostało; pamiętam tęsknotę, gdy pierwszy raz bezmyślnie i głupio, w zasadzie sama złamałam sobie serce, gdy miałam 19 lat, dziś myślę o tym z uśmiechem, że taka byłam słodko naiwna, bo przecież to było nic takiego, sama tę tęsknotę sobie wymyśliłam i stworzyłam; teraz regularnie tęsknię za Małą Mi, gdy wyjeżdża, choć wiem, że wróci, na razie jeszcze wraca, tęsknię też za Betty i wrosło mi to w emocje tak, że chyba na stałe - to był krótki listopadowy przegląd tęsknot, niepełny i ułomny jak one same, jak ja;
niedziela, 3 listopada 2019
uwaga, pisarz wyjątkowy ("Paw królowej" Doroty Masłowskiej)
moja lektura mocno zaległa, bo i Masłowską nauczyłam się doceniać z czasem, długo nie czytałam jej wcale, jakoś zawsze mam wątpliwości, gdy kogoś otacza wielki cudzy zachwyt, czy ja się w tym odnajdę, ale... odnajduję się, "Paw królowej" to była dla mnie taka lektura mocno zaległa, kupiłam go rok temu przy okazji spotkania autorskiego z Masłowską, która zrobiła na mnie dobre wrażenie - taka wielka inteligencja i wielka oryginalność, osoba zdecydowanie wyjątkowa i godna uwagi - no i teraz przeczytałam...
![]() |
| Dorota Masłowska "Paw królowej" |
"Paw królowej" to powieść, która ma świetny, totalnie nieprzezroczysty język, jakby utkany z hiphopowej miejskiej ballady o ludziach, którzy w tym wielkim mieście w różnych konfiguracjach utknęli, zostali przez miasto wykreowani, wytworzeni i przerzuci. Utwór zawiera cztery opowieści, każda ma swego rodzaju refren, powtarzalną frazę, do tego dużo groteski, ironii, autoironii, bo Masłowska jest jedną z bohaterek powieści, i to chyba taką najbardziej migoczącą i zmienną (zapomniana artystka, domowa kura, DJka, złośliwy obserwator świata, szansonistka, potencjalna ofiara hejtu?). Oprócz niej jest kilka postaci kluczowych, których ścieżki regularnie się przecinają: brzydka i wyśmiewana dziewczyna - Patrycja; pracująca w piekarni, ale aspirującą to lepszego, ciekawszego życia - Katarzyna Lep; przebrzmiewający pseudoartysta uzależniony od gier komputerowych - Stanisław Retro; oraz spryciarz, który sprzedaje medialnie co tylko chce masowemu odbiorcy, ale też okazuje się niewolnikiem świata, który sam stwarza - Szymon Rybaczko. To są bardzo ciekawe postaci. Znamy ich od spodu ich własnego naskórka, od strony najskrytszych myśli, od strony klęsk, od strony niewylęgniętych marzeń i obaw, bo to właśnie stylizowany na hip hop język, którym pisze Masłowska tak ich obnaża. I trochę to jest satyra obyczajowa, a trochę to satyra na grząski i bezczelny show-biznes, ale przede wszystkim opowieść o ludziach, której kluczowym bohaterem jest w gruncie rzeczy język tej opowieści, bo to on ich tak specyficznie opowiada, on zdradza ich najgłębsze jestestwo, tożsamość, uwikłania. Nie wiem, czy od czasów Gombrowicza ktoś tak pisał, tworzył tak konsekwentnie groteskowy świat, pokazywał schematy i formy, gesty, całą tę umowność, z której jest zbudowana codzienność i w której ludzie utknęli. I to w dodatku dokonuje się to głównie poprzez język, który też przecież jest pewną formą, ludzkim wytworem. Poza tym zarówno Masłowska, jak i Gombrowicz w swojej prozie pokazują te najgłębsze tkanki rzeczywistości i aż trudno przestać patrzeć, tak są bezlitośni. I to jest trudne, i to można rozumieć i podziwiać lub może to do człowieka w ogóle nie mówić. Do mnie chyba po prostu mówi ten hiphopowy słowotok. Ta ironia, ten dystans, inwersje, żonglerki słowem. Jestem pod wrażeniem.
czwartek, 31 października 2019
taki piękny realizm ("Balzakaina" J. Dehnela)
,, Balzakiana,, to udane połączenie realistycznej konwencji z niekwestionowanym darem do snucia opowieści, którym dysponuje Jacek Dehnel.
![]() |
| Jacek Dehnel "Balzakiana" |
Utwór składa się z czterech osobnych opowieści inspirowanych twórczością Balzaka, ojca powieści realistycznej. Nie jest jednak konieczna znajomość jego twórczości, aby te historie rozumieć, choć niewątpliwie wzbogaca to ich odbiór i pozwala docenić, jak twórczo podchodzi autor to źródła swojej inspiracji. Dehnel umiejętnie bawi się nie tylko balzakowskimi wątkami, unikając zarazem uproszczeń i klisz, ale też dobrze sobie radzi z nurtem realistycznym. Złudnie wydaje się bowiem, że jest to nurt łatwy, kopiujący rzeczywistość, tymczasem przecież chodzi o stworzenie przekonującej iluzji rzeczywistości, a to wymaga zarówno wyobraźni, czujnego zmysłu obserwacji, jak i twórczego talentu. Historie Dehnela osadzone są w polskiej współczesności, to ona jest zwierciadłem, w którym czytelnik się przegląda. Nie bez złośliwego nerwu autor opisuje różne rejony polskiego społeczeństwa oraz reprezentujących je bohaterów. Drobnych, cierpliwych dorobkiewiczów; pełnych samozachwytu artystów-celebrytów; aspirujących do bycia nową arystokracją nowobogackich oraz niedobitków szlachetnych rodów donaszających zszarganą świetność i wielu, wielu innych, ale najważniejsze jest to, co w tych historiach uniwersalne i co stanowi także o ponadczasowości utworów Balzaka: przede wszystkim opowiadania Dehnela to opowieści o ludziach i ich relacjach oraz emocjach: miłość, przyjaźń, zazdrość, gniew, rodzina, znajomi, sława, starość to są tematy kluczowe. I dlatego, choć ,,Balzakiana,, jest mocno osadzona we współczesnej Polsce, to jednocześnie ukazuje sytuacje, które mogły zdarzyć się wszędzie, choć być może w innych dekoracjach. Piękna pełna detali narracja, ciekawe postaci, których losy śledzi się z zainteresowaniem - dobrze się czyta tę ,,Balzakianę,, choć momentami bardziej przypomina satyrę niż realistyczne lustro.
środa, 30 października 2019
tysiąc porzuconych rękawiczek - ze srebrną nitką i różową kokardką
sezon 2019/2020 na zagubione rękawiczki uważam niniejszym za otwarty... i do razu wysoce godne jest to otwarcie, bo taka ładna, ciut kiczowata, ale nieoczywista rękawiczka się pojawiła, tuż koło mojego domu, wygląda na nową
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















