wtorek, 11 lutego 2020

tysiąc porzuconych rękawiczek - różowa na zielonym

ta dziecięca rękawiczka długo już pokutuje na zielonym ogrodzeniu koło stacji z zaworami, trudno jej nie zauważyć, trudno ją pominąć, tymczasem mijam ją jednak od kilku dni, kątem oka zauważając, że ciągle jest i naprawdę za każdym jednym razem myślę sobie, że poprzez układ kolorów (zielony - niebieski - róż - biel) po prostu pięknie wygląda





poniedziałek, 10 lutego 2020

Neim Pasha: "Nie zdawałem sobie sprawy, że błoto tak bardzo oblepia świat, że przywiera do każdej rzeczy" (Małgorzata Rejmer "Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii") 7/52

Jestem pod wielkim wrażeniem tej książki... po pierwsze dlatego, że nie miałam pojęcia, jak wyglądał komunizm w Albanii (generalnie wiedziałam, że Albania jest w Europie i że tam był Hoxa i tyle), myślę też, że poza Albańczykami mało kto wiedział, więc książka Rejmer to jest ważny głos, ważne świadectwo. Poznawczo było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie, które pozwoliło mi zupełnie inaczej spojrzeć na komunizm w Polsce, w Rosji, czy na komunizm w ogóle, a także na dyktaturę jako na system rządów, na jej mechanizmy. Poza tym po prostu pięknie jest to wszystko napisane, w zakresie języka, obrazowania i pewnej czułej uważności wobec głosów ludzi, którym autorka stwarza szansę przekazania światu ich opowieści. "Błoto słodsze niż miód" przemawia do wyobraźni, ale przede wszystkim do emocji, od pierwszych rozdziałów wciąga odbiorcę w świat, który wydaje się mroczy, dławiący, pełen bezradności i niewrażonej rozpaczy, pełen cierpienia, goryczy i śmierci. A jednocześnie - rzecz warta uwagi - nie ma w tej książce ocen zbyt jednoznacznych, są tylko jednostkowe doświadczenia, emocje, opinie wyrastające z biografii i przeżyć konkretnych ludzi i refleksje, jednak cały ten albański wielogłos jest niezwykle uczciwy, byli przecież więźniowie, byli prawdziwi lub zmyśleni wrogowie systemu, byli ludzie zgnębieni i upokorzeni, ale byli i ludzie, którzy wierzą, że żyło im się dobrze, lepiej niż współcześnie, byli ludzie szczerze i z przerażeniem opłakujący śmierć dyktatora. I czytelnika to jakoś dotyka, ten prywatny świat Albańczyków zgniecionych dziesiątkami lat dyktatury, która doprowadziła do wielu nieodwracalnych zniszczeń - w ludziach, w ich umysłach, w emocjach, w zaburzonych relacjach społecznych na każdym chyba ich poziomie, ale też zupełnie zwyczajnie w gospodarce, rozwoju kultury, postępie. Chyba również nigdy tak dobrze nikt mi nie wyjaśnił i nie pokazał, że kiedy dyktatura się kończy i dotąd pozbawiani wolności, ściśnięci strachem ludzie stają się wolni, to może się okazać, że ta wolność to za wielka odpowiedzialność, to ciężar, który trzeba udźwignąć. Tymczasem zniewolone umysły ludzi, którzy wiele lat, czasami całe swoje życie trwali w świecie ułożonym według restrykcyjnych reguł, za których myślano, decydowano, których życiem sterowano na każdym w zasadzie poziomie często na tę wolność nie są zupełnie gotowi, nie umieją z niej korzystać zarówno jako jednostki, jak też jako społeczeństwo. I to także zmieniło moje spojrzenie na to, co aktualnie dzieje się w Polsce... wyjaśniło mi pewne mechanizmy (co nie oznacza, że się bardziej na to, co wiedzę umiem godzić), więc nagle zauważam i bardziej rozumiem dlaczego, rozumiem skąd ta straceńcza predyspozycja sporej części naszego społeczeństwa do życia w okowach dyktatury, która mówi (wmawia) człowiekowi co i jak ma myśleć, która za niego nazywa świat, i jeszcze ta niewiarygodna łatwość do wpadania w szpony ograniczeń, szukania zewnętrznych i wewnętrznych wrogów, przeciwko którym można się zjednoczyć... My Polacy zawsze uparcie walczymy o niezależność, czasami tracąc po drodze rozsadek, czasami potykając się o megalomanię, im bardziej nas obce siły dogną do ziemi, tym mocniej usiłujemy wstać, i to ma swoje piękno, ta waleczność, ten bunt, jednak gdy już wolność przychodzi, to tak jak wychowane w ciągłej opresji dzieci toksycznego rodzica, która nas albo skatował albo zagłaskał  na śmierć swoim despotyzmem - nie umiemy tej wolności udźwignąć i oddajemy ją nierzadko byle komu, w najgorsze ręce...
"Błoto słodsze niż miód" Małgorzaty Rejmer - książka ważna, błyskotliwie i pięknie napisana, otwierająca nowe przestrzenie w głowie czytelnika.




niedziela, 9 lutego 2020

tysiąc porzuconych rękawiczek - szara z dinozaurem

dużo spaceruję z psami, które coraz częściej stają się mimowolnymi mistrzami drugiego planu moich zdjęć (także tym razem tak się stało), znowu znaleźliśmy dziecięcą rękawiczkę, które wydają się królować w tym sezonie, ta chyba jest chłopięca, wrzeszczy na niej niemy dinozaur;
 swoją drogą dziwna rzecz - nie ma zimy, a są rękawiczki, widać wystarczy zimny wiatr





piątek, 7 lutego 2020

przyjaźń z czerwonymi sukienkami (Justyna Święs - "Czerwona sukienka")

Myślę dużo o czerwonych sukienkach. Kiedyś uważałam, że są Za Bardzo, w każdym razie dla mnie - zdecydowanie Za Mocno i Za Bardzo. Ale potem kupiłam czerwoną sukienkę i chwilę później drugą. Dobrze mi w nich, sama dla siebie stałam się bardziej wyrazista. Myślę o trzeciej czerwonej sukience... nie ma to z nikim i niczym zewnętrznym nic wspólnego, ta przyjaźń z czerwonymi sukienkami jest tylko moja i jest tylko o mnie.

środa, 5 lutego 2020

wcale nie takie małe kobietki ("Małe kobietki")

Ekranizacji tej powieści Alcott było już sporo, a przecież jest to tak urokliwa historia, że wybrałam się i na tę. Rzecz jasna w doborowym towarzystwie moich dwóch ulubionych kobiet. Żadna z nas nie jest "kobietką", czyli małą dziewczynką, wiadomo, ale chyba dobrze nam się patrzyło na historię o czterech siostrach, o tym jak z małych dziewczynek stawały się kobietami, o tym jakie to trudne, po pierwsze obyczajowo -  bo akcja filmu to wiek XIX, gdy kobiety miały niewiele praw, a chyba jeszcze mniej możliwości samorealizacji innych niż rodzina; a po drugie tożsamościowo - bo zagubienie i niedookreśloność towarzyszą chyba wszystkim wchodzącym w dorosłość ludziom niezależnie od czasów, w których żyją. Co do filmu... to jest dobrze zrobiona opowieść, dobra aktorsko, z pięknymi kostiumami, zdjęciami, a więc przyjemna dla oka. Moją uwagę najbardziej zwróciła jednak kompozycja. Wydarzenia nie są ukazane w chronologicznym ciągu, ale stanowią przeplatankę pięknych wspomnień budujących historię rodziny i jej przyjaciół oraz trudnej teraźniejszości, w której drogi sióstr rozchodzą się, a następnie zmierzają do tragicznej kulminacji i próby przezwyciężenia kryzysu w rodzinnych relacjach; i uważam, że jest to bardzo dobrze skomponowane, przeszłość uzupełnia teraźniejszość i buduje nadzieje na przyszłość, a przede wszystkim taka budowa mocno gra na emocjach odbiorcy. Pokazuje ogrom strat, wydobywa żal, niepokój, samotność, ale też nadzieję, przebaczenie i miłość. Asia spytała później, czy to był dobry film... to był przyjemny film - chyba mniej więcej coś takiego odpowiedziałam.

poniedziałek, 3 lutego 2020

między koszmarem a bezsennością (Marek Krajewski "Widma w mieście Breslau") 6/52

przedziwny jest ten trzeci tom o Mocku... już w "Śmierci w Breslau" zdarzało się bohaterowi mieć sny, które zaczynały się od pozornej sielanki lub jakiegoś urokliwego wspomnienia czy marzenia, a kończyły na koszmarnych scenach pełnych rozpadu i obrzydliwości, w pierwszym tomie ten wątek w toku akcji blaknie i przepada, ale w "Widmach w mieście Breslau" znajduje rozwinięcie i rozlewa się wręcz na całą fabułę - sen, brak snu, koszmary, wizje, w tym także pijacka maligna... to powracające motywy w trzeciej części serii o Mocku

Tak jak w poprzednich tomach dowiadujemy się czegoś nowego o bohaterze, widzimy go w kolejnej odsłonie, tym razem ma on 36 lat, zaczyna dopiero karierę w policji, mieszka z ojcem, który nieustannie strofuje go z powodu pijaństwa, no i wreszcie Mock poznaje kobietę ze swoich sennych rojeń, kobietę wyśnioną - rudowłosą Erikę, którą zresztą taktuje dość obcesowo i nieufnie, walcząc z rodzącym się wbrew jego woli uczuciem... w międzyczasie jednak Mock prowadzi śledztwo w sprawie serii dziwacznych morderstw, są to zbrodnie zwracające uwagę przez swe okrucieństwo i porzucanie na widoku ofiar, ponadto przy każdej ofierze morderca zostawia liścik do Mocka, z żądaniem, by się przyznał do błędu, wszystko wskazuje więc na to, że tym razem między mordercą a Mockiem miał miejsce osobisty zatarg i to dość znaczący, by prowokować do brutalnych morderstw... w dodatku ich ofiarami padają z czasem osoby, które Mock zna, czasami tylko z jednego przesłuchania.... Detektyw boryka się z narastającymi sennymi koszmarami i wyrzutami sumienia, daremnie próbując sobie przypomnieć wydarzenie z przeszłości, o które ktoś mógłby mieć do niego aż tak wielki żal.... "Widma w Mieście Breslau" jest to zatem znowu powieść kryminalna, ale też historia życia pełnego sprzeczności człowieka, śledztwo w sprawie zbrodni i życie osobiste Mocka przenikają się ściślej niż można by na początku przypuszczać, przenikają się tragicznie mocno

do tego jak zawsze jest u Krajewskiego Breslau, ulice, kawiarnie, mieszkania - miasto wskrzeszone z wielką rzetelnością i troską o szczegóły, szczególnie apetyczne były opisy licznych posiłków, bo Mock lub jeść i je dużo, je i zapija, z upodobaniem, każdy z tych opisów, mimo iż w zasadzie nie podzielam kulinarnych upodobań Mocka, był bardzo smaczny i soczysty, i nie mogłam opędzić się od myśli, że z całą pewnością wyszedł spod ręki pisarza, który sam lubi jeść i smakować życie, poza tym ta żarłoczność Mocka doskonale i na wielu planach pasuje do jego osobowości, bo ten bohater zagarnia dla siebie świat, zajmuje sobą dużo miejsca, ma wiele charyzmy, siły, wyrazistości, która wydaje się wręcz ekstremalna zarówno gdy mowa o jego wadach, jak i zaletach

Marek Krajewski "Widma w mieście Breslau"

Marek Krajewski "Widma w mieście Breslau"


Intryga kryminalna jest jak zawsze u tego pisarza pełna zawiłości i ślepych zaułków mylących uwagę odbiorcy, ale wciąż ciekawa i wciągająca. Tym razem cała zagadka zbrodni jest powiązana z sektami i okultyzmem, który bujnie rozkwitał w powojennej rzeczywistości, pojawiają się filozoficzne rozważania o Eryniach, pojawia się medium, hipnoza i rytualne mordy, a także zemsta, która gotowa jest poświecić dla swego spełnienia dowolną ilość ofiar, ciekawy zabiegiem jest to, że poznajemy zapiski i notki mordercy, choć oczywiście w żaden sposób nie ułatwia do domyślenia się kim on jest, to jednak jego intencje i sposób myślenia są zaskakujące, psychotyczne i intelektualnie wyrafinowane

przyznam, że kompozycyjnie początek powieści ciągnie zbyt wiele wątków i wkrada się w niego chaos, do tego pijaństwo Mocka przenikające początek fabuły jest tak wszechobecne, że staje się prawie głównym tematem utworu, w dalszej części "Widm w mieście Breslau" spójność jest jednak większa, wątki zaczynają się zazębiać i współgrać, a utwór dość dynamicznie zmierza do pełnego tragizmu finału, z perspektywy całości kompozycja wydaje się więc znacznie lepsza niż na początku powieści, w gruncie rzeczy utwór Krajewskiego jest to bowiem coś więcej niż kryminał, jest to historia o człowieku, pełna fatalizmu i smutku, i kiedy wreszcie Mock na ostatnich stronach zasypia kamiennym snem w kawiarni jest to sen zasłużony i konieczny

niedziela, 2 lutego 2020

tysiąc porzuconych rękawiczek - rękawiczka Harry`ego

niedaleko mojej byłej, choć ciągle trochę obecnej szkoły, na średnio ładnym krzaku wśród blokowiska Harry Potter zostawił rękawiczkę, no może nie Harry, może tylko ktoś z Gryffindoru, ale liczy się fakt, że jakaś magia zawisła w tej wszechobecnej szarości, a ja się ucieszyłam zupełnie bez sensu i pewnie chodzi tylko o to, że chciałabym uczyć w szkole takiej jak Hogwart, może nie magii, ale uczyć czegokolwiek, co by miało jakąś wartość, może po prostu mogłabym siedzieć w bibliotece lub świetlicy, tylko żeby być w miejscu, gdzie szanuje się ucznia i hołubi go jako unikalną jednostkę, to byłoby coś... (teraz dopiero widzę, jakie to górnolotne, ale nie wiem, jak zmienić, żeby było bliżej ziemi, więc zostawię); tymczasem myślę coraz częściej, żeby nie wracać do szkoły, mocno wątpię, czy jest tam jeszcze dla mnie miejsce