środa, 7 marca 2018

onyksowy stół

zawsze gdzieś tak podskórnie marzyłam o tym, żeby być rzemieślnikiem, mam taką tęsknotę, takie pragnienie, żeby wytwarzać coś namacalnego, pracować i widzieć efekt tej pracy, dotykalny rezultat, coś w drewnie najlepiej, może meble, krzesła zbijać, montować sekretarzyki, toaletki, misterne nocne szafki, to byłoby Coś, ale nie jestem rzemieślnikiem, no szkoda, została mi tylko za taką pracą niedookreślona tęsknota, ale za to znam prawdziwego Rzemieślnika pracującego w kamieniu i zawsze, gdy próbuję zazdrośnie podziwiać jego pracę, to zbywa mnie onieśmielonym "No co ty...", choć jak dla mnie robi coś pięknego, ocierającego się o sztukę, i ja naprawdę też bym chciała tak umieć, no i dziś pokazał mi onyksowy stół oddany do renowacji i poratowania, biedny, prawie się rozpękający, zmatowiały... i Rzemieślnik ratował i uratował, i stół się umocnił, nabrał blasku i wspaniały jest, gapię się i gapię, ależ bym chciała tak umieć: ratować, robić - bardzo, bo to jest Coś, takie piękno, którego można dotknąć, które się staje jakby w boskim geście pod własnymi dłońmi, podziwiam i zazdroszczę

przed

po

po

wtorek, 6 marca 2018

dakłas

jest wtorek, zimy i przetłaczający, nic mnie nie zogniskowało, nic nie ściągnęło uwagi, to taki dzień, który chce się, żeby mijał tyle, więc może po prostu dakłas.... wrócę do dakłasa, to taki przepyszny tort, który jest ostatnio cotygodniowym rytuałem, bezowy z suszonymi figami i orzechami włoskimi, słodki i idealny, tort kultowy, który naprawia świat... jadłam go dwa dni temu i znowu go zjem, najpóźniej w sobotę, wyobrażam sobie jak smakuje, słodycz bez cukierkowości, po prostu czysta słooooodycz, siedzimy i zajadamy, świetna chwila, świetny smak, krucha beza rozpuszczając się w ustach, nic nie mówimy, popatrujemy na siebie czasami tylko i jemy aż do skrobania talerzyka, nasze chwile o smaku dakłasa to jedne z moich ulubionych [do zapamiętania, wiadomo]

poniedziałek, 5 marca 2018

tysiąc porzuconych rękawiczek - czarne palce

rękawiczki nie znalazłam wcale ja, ale Krzyś i od niego ją mam, i fajnie bardzo, bo kiedyś było mi głupio przyznać się mu do mojego małego rękawiczkowego hobby, a jednak jemu to od razu zapachniało "Amelią", a nie kompletnym szaleństwem, co jakby doceniłam właściwie od razu, i właśnie wczoraj wysłał mi taką szarą z czarnymi placami na szarym tle i bardzo ładna jest przecież, więc okazuje się, że to dobrze, że wtedy mu opowiedziałam o rękawiczkach, okazuje się, że to miało sens, że ma


niedziela, 4 marca 2018

kot, który czekał

Był sobie kot, który czekał z niezłomną cierpliwością niedostępną dla ludzi, nie bał się nikogo i niczego, bo miał w zapasie jeszcze kilka żyć, tymczasem jednak siedział i czekał, jakby nie był prawdziwy... mrużył oczy i czekał. Tego dnia było bardzo zimno, mróz krążył w powietrzu. Skradałam się do kota, a on wiedział, że się skradam, ja też wiedziałam, że on wie, że się skradam, no i oczywiście było też tak, że on wiedział, że ja wiem, że on wie, że ja się skradam, wszystko było zatem po uczciwości, czysta sytuacja, nikt nikogo nie oszukuje.
- Cześć, panie kocie, co robisz?
- Nic. Przecież oboje jesteśmy nieprawdziwi. Idź sobie, przeszkadzasz.
No to poszłam sobie, ale oglądałam się z nim trochę. Też bym tak chciała poczekać.






sobota, 3 marca 2018

katastrofa na lodzie i poza nim ("I, Tonya")

uważam, że jest to film bardzo dobry i mądrze zrobiony, od tego zacznę, i komuś się za to Oskar należy, po pierwsze podziwiam Margot Robbie za to, że tak piękna dziewczyna dała się dla tej roli oszpecić, choć dzięki temu poza niewątpliwą urodą można było docenić jej aktorstwo i to jest coś cennego, na drugim planie w roli matki głównej bohaterki postać znana mi z seriali komediowych -  Allison Janney, która w roli toksycznej matki wypada świetnie - gorzko, strasznie i... no świetnie, te dwie role zdominowały film i inne postaci, poza nimi nikt tam w sumie mocniej nie istnieje, bo tak ekstremalny jest to tandem, przede wszystkim aktorski, ale także scenariuszowy, inni aktorzy i postaci są tłem i może tak być miało; w ogóle ten film to było dla mnie ciekawe doświadczenie, bo przecież pamiętam z dzieciństwa Tonyę Harding i jej dokonania, gdy byłam mała uwielbiałam oglądać łyżwiarstwo figurowe, więc pamiętam i ją, i tamten skandal z napaścią na koleżankę, pamiętam nawet występy ich obu na igrzyskach, ale jednak zobaczyć tę historię od środka, to co innego, inny walor i inna jakość, nie jest to też prosta i oczywista biografia, to raczej pewna wielogłosowa opowieść z wieloma retrospekcjami, w której każda z postaci, której udzielono głosu ma swoją prawdę i swoją wersję zdarzeń; w ogóle kompozycja filmu, przypominająca fabularyzowany dokument, to był pomysł bardzo dobry i obronił on się tu doskonale, choć film waloru dokumentu nie ma, bo wszystko od początku do końca grają aktorzy, natomiast ta struktura - wywiady po latach, wspomnienia, głosy wielu postaci - bardzo fajna; do tego nie jest to na poziomie kategorii estetycznych prosty dramat, bo można by z tego łatwo zrobić jednowymiarowy opis tragedii dziewczyny ze społecznych nizin, ale tu tymczasem obok scen niewątpliwie tragicznych, jest sporo autoironii, absurdów, gorzkiego komizmu, groteski nawet, opowieść pozostaje więc brutalna, ale niewolna od specyficznego humoru, który rozładowuje napięcia, ale ich nie osłabia, podoba mi się też to, że film nie osądza, nie daje jednoznacznych odpowiedzi, daje podpowiedzi, ale nie dopowiada, pokazuję pewną historię, pewną sytuację, dramat dziewczyny, która chciała, by ją kochano, miała ambicję, ale miała też wiele słabości i bezlitosnych uwikłań zarówno społecznych, jak i rodzinnych, które zaważyły na jej życiu - solidne kino biograficzne

piątek, 2 marca 2018

"- Zrobisz mi świat? Malutki. Tylko dla mnie, żeby był? - poprosiłam. - Ty jesteś światem - powiedział Staś (...)." (Zośka Papużanka "Świat dla ciebie zrobiłem")

zachwyciłam się kiedyś debiutem prozatorskim Papużanki, czyli powieścią "Szopka", teraz sięgnęłam po opowiadania  z tomu "Świat dla ciebie zrobiłem" i.... są dobre, ale tylko dobre, mam poczucie, że autorka się nie rozwija, ma swoje rozpoznawalne sposoby pisania, postrzegania i trzyma się ich, ale nie idzie dalej, czytałam z pewną przyjemnością i raz czy nawet dwa z zachwytem, bo opowiadanie, z którego pochodzi tytuł tomu, będący cytatem rzeczywiście jest znakomite... mocną stroną Papużanki jest psychologiczna wnikliwość i pięknie prowadzona narracja pełna wewnętrznych monologów, dzięki którym świat narratora i bohatera zlewają się i przenikają, w efekcie poznajemy postaci w ich najskrytszych motywacjach, są to często bardzo intymne emocjonalnie i szczere portrety ludzi, dialogów często nie ma (wyjątek do "Demerara" i "Szkoda", które to zresztą opowiadania mi się nie podobają i uważam je za najsłabsze w tomie, jakieś błahe, prześmiewcze bez potrzeby, obyczajowo płytkie), bo narracja pochłania wszystko, ale też wówczas jest w niej wszystko i czyta się ją dobrze, przejrzyście, no może z jednym wyjątkiem, w jednym opowiadaniu dialog wlany w narrację się nie do końca udał, postaci się zlały i sens rozmowy w efekcie się zatarł, ale biorę pod uwagę, że mógł to być efekt zamierzony, co współgrałoby z tematyką opowiadania - podobieństwo życiowych losów; podoba mi się też to, że Papużanka wyławia z codzienności rzeczy pozornie zwykłe, ale w skali danej osoby, postaci, relacji znaczące, wypełniające cały ludzki świat, więc mamy taki świat z sakli mikro, świat jednego życia lub jednej rodziny, ale zarazem to jest skala makro, bo ten świat to jest wszystko dla tych postaci, tych bohaterów i ich doświadczenia, emocje są bardzo uniwersalne, mają więc ogólnoludzki zasięg, jest w tych historiach zarówno nieunikniony tragizm, jak i piękno życia, a jednocześnie są one subtelne, nastrojowe i bez patosu, bez zadęcia, portrety rodzin, relacji są przenikliwe, ale obserwacje obyczajowe już nie, nie wiem z czego wynika to nierówność, pisząc o konkretnej rodzinie, osobie, Papużanka jest uważna i delikatna, pisząc o grupie ludzi, obyczajowości, traci emocje i roztapia się w błahych złośliwościach, które są przykre, najlepsze opowiadania... : "Ślady" - piękna historia rodzinna ze zdradą w tle z perspektywy małego dziecka; "212" - świetna opowieść o tożsamości i strachu człowieka przed fatum; "Cykada" i "Trudno" - dwa osobne, ale pełne smutku i pewnego uroku opowieści o umieraniu, stracie, przemijaniu, no i "Daleko" pełne oniryzmu i bardzo nastrojowe opowiadania o rodzinie z prostymi udanymi dialogami - w sumie: tom wart uwagi, dobry, ale chyba liczyłam na więcej i na bardziej

Z. Papużanka "Ślady"
 
Z. Papużanka "Trudno"

Z. Papużanka "Spotkałem opowiadanie"

Z. Papużanka "Ślady" 

czwartek, 1 marca 2018

wschody ukradzione w ciemności - inwentaryzacja

zima jest ciemno i zimno, ale głównie przeszkadza mi to, że jest ciemno, więc trudniej jest przyłapać słońce rano i w ogóle trudniej jest - być, myśleć, oddychać, zauważać i zatrzymywać się, a jednak w styczniu kilka tych wschodów do mnie dotarło i te kilka to jest całkiem sporo, a w lutym to już było patrzenie bardziej razem i bardziej zimno niż ciemność, więc co innego, ale i tak: to jest jakaś ciągłość, jakby nadal trwała pewna opowieść, która nadal jest o Czymś i nadal o mnie

3.01.2018

3.01.2018

3.01.2018

4.01.2018

5.01.2018

5.01.2018

5.01.2018

16.01.2018

24.01.2018

29.01.2018