piątek, 7 lipca 2017

mam kota na punkcie drzwi - Paczków

jestem dziś zmęczona, tym bardziej że wczoraj po kilkunastu kilometrach marszu zafundowałam sobie 10 kilometrów biegu z przyczyn, które normalnym ludziom wydają się pozorne, a mnie wydają się priorytetowe (coś tam obiecałam, czegoś nie doniosłam i.. wiadomo, wina, wina, wina) i których nie warto szczegółowo omawiać (oj gupia, gupia... po raz tysięczny...), więc dziś czytam, snuję się, rozmyślam, Ktoś powiedział mi wczoraj, że jestem świetna, co oczywiście było przemiłe i pomyślałam sobie nawet, że może bywam, że może czasami trochę to wiem, ale przez większość czasu przecież zupełnie nie, bo nie ma bardziej ziemskiego stworzenia niż ja, jak pisała... chyba Poświatowska "mam duszę oczywistą, jak śliwka ma pestkę", gdzież tu miejsce na świetność? i kto by aż tak lubił te pestki? 
tymczasem jednak drzwi z Paczkowa, kilka się znalazło, mimo zmasowanego obstrzału spojrzeniowego ludności paczkowskiej, zwłaszcza te do połowy otwarte, drzwi z widokiem.... cudne jakieś




Drzwi, które mam dzięki życzliwości króla wszechświata, który w Paczkowie zamieszkiwał i żył wiele lat:






czwartek, 6 lipca 2017

przez rzepakowe pola do Paczkowa

"Powinnaś mieć wakacje, chodzić gdzieś, nie musisz siedzieć w miejscu" - no powinnam, nie muszę, to idę, skoro się mnie tak mało elegancko kopie, to grzecznie podrywam się z miejsca i zasuwam, nie trzeba będzie kopać kolejny raz, jestem zaledwie wczasowiczką, czas się wczasować, wpasować bardziej w wakacyjny sztafaż zanim utknę gdziekolwiek nazbyt stacjonarnie, zatem marszowym krokiem przez pola (bo uparłam się, że na pewno jest tam gdzieś jakaś ścieżka - nie było..., ale nic to), chaszcze, niekończące się połacie twardego rzepaku, śmiejąc się z samej siebie z bardzo wielu przyczyn (oj głupia, głupia, oj uparta, zdechniesz w tym rzepaku..., buty zgubisz, siebie zgubisz przede wszystkim) wybrałam się do miasteczka, w którym kiedyś mieszkała moja matka, jej brat z rodziną nadal tam są, ale nie widziałam ich od 20 lat i umówmy się... są to dla mnie obcy ludzie, więc po krótkim wahaniu postanowiłam nie robić scen i nie doszukiwać się rodzinnych relacji, tam gdzie ich nie ma; miasteczko ma swój urok, kiedy już do niego dotarłam, wykończona i w oparach rzepakowej autoironii, doceniłam senny klimat, włączył mi się nawet jakieś wspomnieniowe slajdy z dzieciństwa, w którym raz czy dwa zdarzyło mi się odwiedzić wujka... zatem Paczków, strzęp przeszłości mojej matki i trochę przecież także mój, byłam tam znowu, szłam ulicami, jadłam lody, rozglądałam się, myśląc, że życie bywa przedziwne, chodziła tędy moja mama jako prześliczna nastolatka, a teraz ja, która od 20 lat nie jestem już definitywnie nastolatką, idę, niosąc wszystko, czym jestem i czym nigdy nie będę przez to samo miasteczko, przez tę samą przestrzeń, choć całkiem inny czas (i coś mnie niesie, jakieś dziwne rozdrażnienie mam w sobie od rana, jakieś poczucie, że... nie wiem, trawi mnie jakaś wątpliwość i irytacja, których nie umiem umiejscowić, może to jakiś popracowy stres ze mnie jeszcze schodzi, a może nie, no właśnie nie wiem..., mam taki... dysonans, jakby mi gdzieś drżał w przestrzeni)








 













środa, 5 lipca 2017

słyszeć i nie słyszeć (Halsey - Eyes Closed)

jakiś czas temu dostałam link do tej piosenki i teraz też wakacyjnie gdzieś sobie ona leci w tle, 
rozumiem jej tekst, a to, co mi uleciało w odsłuchaniu, prześledziłam w tłumaczeniu, a potem postanowiłam nie słyszeć tego, za wszelką cenę nie słuchać i nie słyszeć, o czym jest ta piosenka, i nadal udaję, że nie słyszę, choć przecież wiem, pod skórą skór wiem; i jest taka powieść Żulczyka "Zrób mi jakąś krzywdę", nie czytałam jej jeszcze, choć od dawna o niej myślę i jej czas nadchodzi, wiem, że jak to Żulczyk, jakoś mnie to dotknie, może nie zawsze przyjemnie, ale na pewno prawdziwie, lubię prawdę, mam do niej sentyment... tymczasem idę przez wakacje, spacerowym, niefrasobliwym krokiem, kamienno-stalowa konstrukcja, w której wszystko wrze i kipi, przymykam oczy, słysząc i nie słysząc zarazem, pod nosem mruczę od kilku dni "zrób mi jakąś krzywdę", dokładnie te słowa za mną chodzą, dokładnie te wybijają mi mój rytm, powinnam przeczytać wreszcie tę książkę, w te wakacje, wkrótce, w nieodległym kiedyś

wtorek, 4 lipca 2017

mam kota na punkcie drzwi - Otmuchów

dawno nie było drzwi.... muszę przyznać, że zawsze zwracam na nie uwagę, ale czuję się nieprawdopodobnie głupio, robiąc im zdjęcia, w efekcie decyduję się na to dość rzadko... tylko gdy jestem wyautowana ze świata bardziej niż zwykle, czyli na krawędzi autyzmu, czyli na tyle, że prawie nie zauważam zaniepokojonych ludzi, obserwujących mnie podejrzliwie z okien lub ulic, jak fotografuję drzwi... nikt nigdy o nic nie spytał... no może raz w Holandii, ale bardzo życzliwie, za to w Polsce czuję na sobie ciężar tych spojrzeń, które podejrzewają mnie o wszystko z wyjątkiem tego, że ja naprawdę lubię piękne drzwi, że mi się one po prostu podobają, że jakoś mnie inspirują, dziś jednakowoż miałam te spojrzenia głęboko gdzieś, więc są drzwi, stare i piękne









poniedziałek, 3 lipca 2017

milczenie w barokowych dekoracjach (Kościół św. Mikołaja w Otmuchowie)

miasteczko jest małe, ale kościół ogromny, dostojnie barokowy, dominuje nad całą okolicą, jak równie miłościwe, co bezlitosne oko Boga, przypomniał mi się czytany niedawno Marai, który napisał w "Pierwszej miłości" coś takiego: "Bóg milczy. Odrobinę przesadnie milczy, jak na moje wyczucie" - i ten kościół pełen jest takiego milczącego przesadnie Boga, jest to piękne, przytłaczające świat milczenie, które samo w sobie stanowi odpowiedź na wiele modlitw i pytań, pomyślało mi się nawet, że dawno już o nic nie pytałam transcendencji, choć mam na krawędzi języka jak zawsze tysiąc pytań i niepokojów, zabrałam je ze sobą i nie bez przyjemności chodziłam w ciszy i na placach dookoła Boga wymownie milczącego w tym otmuchowskim kościele










 


niedziela, 2 lipca 2017

dom, w którym stoi stary piec

mieszkam w domostwie, w którym stoi stary piec, uważam, że jest przepiękny, to ostatni piec w tym budynku i wiem, że nie przetrwa, Ktoś go zburzy i wymieni na... kominek może lub jeszcze coś, co zupełnie nie jest piecem, prędzej czy później tak się pewnie stanie, tak mi mówiono, a ja mam jakiś głupi bezzasadny żal w sobie z tego powodu, nie umiem tego wyjaśnić.... raz po raz podchodzę i dotykam tych miodowych kafli, kiedy nikt nie widzi i mam wówczas taką chwilę zupełnego zachwytu, myślę o ludziach, którym ten piec dawał ciepło, o tym jak jego żar otulał dom, piec, do którego można było się przytulić, jakby był duszą i sednem całego domu, bo przecież w tym starym budynku zmieniało się z ciągu ostatnich stu czy więcej lat wszystko - meble, kolory ścian, podłogi, lampy, framugi, wystroje wnętrz czy nawet okna i ludzie, przede wszystkim ludzie...., którzy wracali lub nie, odchodzili i przychodzili i zostawiali po sobie niedookreślony ślad, a piec był, zaklinał swoją własną wieczność i niezmienność, i może chodzi tylko o to, o moją sympatię dla wszystkiego, co stawia odpór zmienności i co stanowi punkt podparcia dla świata (czy może jedynie dla mnie?), co chroni rzeczywistość od rozpadu, być może zburzenie tego pieca spowoduje, że w tym jednym domu, w tym jednym miejscu nadkruszy się wszechświat, być może tak być powinno, kiedy ginie coś pięknego; (dziś wieczorem piec spojrzał sobie także na mnie, a ja mówiłam: dobrze, mówiłam: tak, a ja się na to zgadzałam)





sobota, 1 lipca 2017

miejsce, w ktorym czas się zagęścił (Ligota Wielka)

mała cicha wioska, do której dotarłam w upale, spacerując po okolicy... miejsce wycięte ze świata, jakby bez czasu i bez wydarzeń, a przecież wiadomo, że w każdym z tych domów dzieje się, trwa jakieś życie, każdy z nich to samoistny wielki świat, ale trwa też upał, więc ludzi na zewnątrz nie ma, nawet psy dogorywały w ciszy, jakoś mnie jednak ten spokój oczarował, wlał się we mnie, nad wszystkim dominuje kościół oczywiście, zwykły, wiejski, choć całkiem spory kościół, żaden cud architektury, ale przecież to on jakoś odmierza tu czas, narodzin, ślubów, śmierci i innych epokowych chwil... byłam w tej wiosce kilka dni temu, a dziś nadal trwa dla mnie jej senny klimat, mija mi sobota pełna prostych, dyskretnych gestów, taka piękna czuła powolność podlewana winem, dobry czas, pomimo smutku, który jakby spływa na mnie po ścianach gęstą falą i osadza mi się na kościach