absolutnie genialna rzecz znaleziona w Nysie, ktokolwiek robił, jest znakomity i dla mnie to jest sztuka, artysta ma pseudonim Vanesth, w mieście są też inne jego prace podobno, ale nikt nie wie, kim on jest, taka piękna tajemnica, czyli coś, co zawsze mnie trochę czaruje
wtorek, 17 lipca 2018
środa, 4 lipca 2018
pancakes w OTM
chciałabym pamiętać z otmuchowskich czasów pancakes i odkrycie, którym stał się dla nas syrop klonowy, to jest ładne i smaczne wspomnienie, i jeszcze ta kuchnia w starym domu, lubiana kuchnia, która była centrum mieszkania, tu się jadło, ale i tu się gadało, do tego beżowe kafle z listkami, ale przede wszystkim właśnie to zajadanie się wspólnie, we trójkę pancakes, pełne brzuchy, piękne zapachy, słodycz, syrop, czekolada, banany, dobre wspomnienie, dobry czas
wtorek, 3 lipca 2018
spotkania z kotami
chodzimy często do zamku, a na zamku mieszkają koty, które pomimo lipca dramatycznie się marcują, nie są zadowolone, że na nie patrzymy, że w ogóle je zauważamy, że je widzimy, i nie chcą być głaskane, chcą tylko dogonić małą, chudą czarną kotkę, a w międzyczasie wydrapać sobie oczy i futra, dlatego też w ogóle nie byłyśmy ważne dla nich, zwyczajnie przeszkadzałyśmy, muszę przyznać, że dawno nikt mnie tak nie olał, a wszystko z wrogością, i z pazurami w gotowości, wszystko na przeciągłym godowym miauczeniu lub obojętnej niechęci, a jednak się pamięta, że były i że niczego nie chciały ode mnie, pamięta się wrogość, niechęć i nic
poniedziałek, 2 lipca 2018
minionki i tatuaże
myślę, że tym, co mnie zawsze niepokoi jest definitywność i nieodwracalność, dlatego nigdy nie odważyłam się zrobić sobie tatuażu, dlatego przerażają mnie wszelkie modyfikacje ciała, przysięgi, deklaracje, gdyż każde Zawsze wydaje mi się trwać bardzo długo i pachnieć nicością, i siłą rzeczy także za jedną z najbardziej straszliwych cech miłości uważałam to, że ona już może mi tak zostać... jakoś nigdy nie martwiłam się, że zauroczenia czy zakochanie w kimś mi przejdzie, bo czym tu się martwić? przejdzie to przejdzie, cześć pieśni, natomiast prawdziwy niepokój, nawet gdy tylko o tym czytałam w książkach, budziła we mnie miłość, która nie ma końca, która nie mija jak katar, tylko zostaje i nie można przestać, miałam poczucie, że to niewola, że to wystawia mnie na jakieś zło, zresztą trochę tak jest przecież, wcale nie zmieniłam zdania, od kiedy kocham Małą Mi panicznie się o nią boję, w głębi serca histerycznie wręcz boję się straty, bo kocham i nie mogę przestać, ale z drugiej strony pomimo tego wiem na pewno, że nie chcę przestać i myślę, że bez tej miłosnej pułapki moje życie ziałoby próżnią i brakiem sensu, więc godzę się na strach i ryzyko, a zaprawiona przez Małą Mi, po latach ostrożnych zmagań godzę się nawet na inne miłosne paradoksy... bo na przykład nie lubię koloru żółtego, a chętnie i w podskokach zakochałam się w najprawdziwszym minionku, i znowu mam takie wielkie przerażenie, bo nie widzę końca i wiem, że w pewnym sensie go nie ma, bo nie umiałabym przestać, i cały czas zauważam, jak pięknie wystawia mnie to na niejeden strzał, nawet nie pytam, kiedy i czy on się zdarzy - ostatecznie ani mnie to nie uchroni, ani nie wzmocni, zwyczajnie niepokoję się z właściwą mi przezornością, a jednak tak może być musiało, w końcu piękny ten minionek i bardzo mnie wzruszył w tych niebieskich spodenkach, przy takim rezolutnym minionku nagle chce się wszystkiego i pomimo wszystko, definitywnieniedziela, 1 lipca 2018
od korzenia do zakorzenienia
biegłam dziś do pewnego korzenia, który stał się miejscem pamiątkowym, nawet nieco symbolicznym, rok temu siedziałam na nim i zakorzeniałam się - powoli i małymi krokami w nowej rzeczywistości, pies w międzyczasie skakał na główkę i byłam prawie pewna, że zrobi sobie krzywdę, ale jednak nie, ogarnęły mnie miłe sentymenty, ale pomimo tego jestem smutna, tak nostalgicznie i melancholijnie, jak to ja... ściga mnie jakiś niepokój, wszystko się zmienia
sobota, 30 czerwca 2018
motyl z wyłamanymi skrzydłami
motyla nie ma, ale znalazłam skrzydło, od razu pomyślałam "jaka szkoda..." i od razu się to we mnie wgryzło, że taka szkoda, że taka ulotność, i to jest też tak, że dokładnie tak się ostatnio czuję, że wszystko trwa mi przez chwilę i że ta chwilowość skazuje mnie na stratę, jestem niepewna i czekam, co teraz będzie, gdybym miała skrzydła, byłabym pewna, że lada moment mi je wyłamią i wyrwą, tandetny katastrofizm w skali mikro, czyli w najważniejszej z możliwych skali
piątek, 29 czerwca 2018
"(...) kiedy Bóg na nowo łamał mi życie, nie byłam jednak zupełnie zagubiona (...). Dom matki, ten dom był moją "metą" życiową" - lektury zaległe (Tomasz Mann "Buddenbrookowie")
lubię czasami wrócić do klasyki, odkleić się na chwilę od współczesnej literatury i wrócić do powieści o sto czy dwieście lat starszych: realizm w najlepszym wykonaniu, trzecioosobowa narracja z MPZ, piękne społeczne panoramy, rozmach i dokładność, z jaką opisuje się świat, obyczaje, miejsca, ludzi, cierpliwie budowana psychologia postaci, to są fundamenty współczesnej epiki, do których mam słabość i do których wracam z przyjemnością; "Buddenbrooków" kupiłam jeszcze na studiach, woziłam ich i gubiłam kilka razy, a oni ciągle czekali na przeczytanie, bo Manna oczywiście w typowy dla mnie przeambicjonowany sposób zaczęłam do "Czarodziejskiej góry" (tak jak Dostojewskiego od "Idioty", gdy miałam 17 czy może 18 lat i nie byłam w stanie ani w pełni zrozumieć, ani docenić tej powieści, za to nigdy nie czytałam "Biesów", które nieustająco mam w planach...), ale wracając do debiutu Manna, Teraz zrobił się czas na "Buddenbrooków" i przeczytałam ich z przyjemnością i podziwem, bo to jest pięknie zbudowane, to naprawdę wspaniała saga rodzinna, podtytuł brzmi "Dzieje upadku rodziny".... ale ja - choć z perspektywy całości rozumiem wymowę tej podanej już w tytule sugestii - nie do końca tak to widzę, "Buddenbrookowie" ukazują po prostu losy pewnej typowej dla swoich czasów kupieckiej rodziny, ktoś się rodzi, ktoś umiera, ktoś kogoś czule kocha, a ktoś inny skrycie nienawidzi, niektóre małżeństwa żyją długo i szczęśliwie, a inne wręcz przeciwnie, rodzą się dzieci, które przerastają oczekiwania rodziców albo kompletnie je zawodzą, czasami jest lepiej, czasami gorzej, przede wszystkim czasy się zmieniają, a ludzie wraz z nimi - zwykłe koleje ludzkiego losu, opowiedziane z uważnością i pietyzmem, mocno osadzone w XIX-wiecznych realiach, ale zarazem bardzo uniwersalne, bo takie matki, tacy ojcowie, córki, synowie, takie rodzinne relacje, uwikłania, naciski oczekiwań, tradycji, cudzych spojrzeń, więzy emocji i wspomnień - to jest ponadczasowe, a ta ponadczasowość jest podobno jedną z cech arcydzieła i jestem pewna, że nie ma także obecnie czytelnika, który by w tej sadze nie znalazł czegoś o sobie, o swoich domowo-rodzinnych specyfikach, ja w każdym razie znalazłam; poza tym bardzo podoba mi się, że swego rodzaju stałym punktem i jedną z kluczowych postaci jest pięknie zbudowana kobieca bohaterka, Antonina Buddenbrook, która towarzyszy czytelnikowi przez całą powieść, którą zna się przez to najlepiej, i która pomimo swoich wad jest postacią w swej emocjonalnej uczciwości, prostolinijności, a zarazem uwielbieniu dla rodziny i jej tradycji osobowością bardzo autentyczną i ujmującą, i... w sposób zupełnie dla niej samej nieuświadomiony i pozbawiony premedytacji jest to w swoich czasach kobieta niezwykle postępowa i z biegiem czasu coraz bardziej niezależna; podsumowując: gdybym miała powiedzieć, z jakim słowem kojarzy mi się ta powieść Manna, to pierwszym skojarzeniem byłoby "solidny" - kawał pisarskiego rzemiosła, rzetelność, porządek, ale też ładna historia o rodzinie, tragizmie i mimo wszystko pięknie ludzkich losów, tak, to była duża przyjemność ten Mann
![]() |
| Tomasz Mann "Buddenbrokowie" |
![]() |
| Tomasz Mann "Buddenbrokowie" |
![]() |
| Tomasz Mann "Buddenbrokowie" |
Subskrybuj:
Posty (Atom)











