sobota, 18 kwietnia 2020

"W niewiedzy, że się istnieje, jest wyzwolenie od czasu i śmierci." - "Prawiek i inne czasy" Olga Tokarczuk (21/52)

Prawiek to miejsce osadzone gdzieś między wielowymiarową, pozbawioną transcendencji mistyką i twardą, dotykalną rzeczywistością; Prawiek znajduje się gdzieś dokładnie w połowie drogi między nimi, bo jest w nim namacalne Tu i Teraz, życie bardzo konkretnych ludzi, w bardzo konkretnym miejscu, są ich miłości, śmierci, ich rodziny, kochankowie, przyjaciele, są ścieżki ich jednostkowych losów naznaczane w tym samym stopniu przez przypadek, los lub okoliczności zewnętrzne, takie jak historia czy decyzje innych ludzi, ale jest też w Prawieku coś, co rozciąga się ponad tym wszystkim, swego rodzaju niewzruszone trwanie, nadrzędność wobec ciągle umykającego czasu i zmienności przestrzeni, która nie ma nic wspólnego z Bogiem, jest jakaś magia i niepodpowiedzenie. W tej małej wsi, w jej mikrokosmosie jest wszystko, cały makrokosmos życia, całe jego dobro i zło, chaos i uporządkowanie, Prawiek jest jako soczewka, która ukazuje i skupia wszystko, wszystkie czasy ludzkiego życia i doświadczenia zarówno w skali jednostki, jak i ludzkości w ogóle. Tak to widzę, tak to czytam. Choć zarazem myślę, że dla wielu czytelników "Prawiek i inne czasy" to będzie po prostu świetna saga rodzinna, a dla jeszcze innych powieść wręcz filozoficzna, bo ma ten utwór bardzo szerokie spektrum odbioru i odczytania, bo wierzę, że dla każdego może on odsłaniać zupełnie inne sensy i być może właśnie na tym polega wyjątkowość tej książki. Ja na przykład nie mogłam opędzić się od skojarzeń z realizmem magicznym, może nie takim jak u Marqueza, bo bardziej przypominał on realizację tego nurtu z pisarstwa Angeli Carter, ale jednak... dla mnie "Prawiek i inne czasy" to jest realizm magiczny. Przede wszystkim jednak jest to powieść napisana genialnie, piekielnie smutna i piękna. W moim mocno subiektywnym odczuciu "Prawiek..." opowiada też bardziej o kobietach niż o mężczyznach, jakby czas kobiet był gęstszy od zdarzeń i emocji, bardziej pełen znaczeń i odniesień, choć krzywdzącym byłoby powiedzieć, że nie ma w tej powieści świetnych postaci męskich. A mimo to... mężczyźni bardziej idą i przechodzą przez kobiece życia niż w nich są, a kobiety mocniej i zauważalnej trwają, może dlatego ich śmierć wnosi w świat więcej umierania, więcej kończy, przysparza więcej rozpadu i strat ich rodzinom, przestrzeni, światu... Może tak jest, a może tylko ja tak to w "Prawieku..." przeczytałam i zobaczyłam? Ta powieść Tokarczuk w większym stopniu niż inne książki, które znam, jest jak lustro i to lustro, w którym człowiek widzi coś więcej niż swoje odbicie, w tym lustrze każdy czytelnik (niezależnie od wieku, płci i czasów, w których żyje) ma szansę zobaczyć i zaważyć także to, jak sam postrzega świat, co w nim zauważa, co wpisuje się w jego zapamiętywane doświadczenia i przekonania o sobie, ludziach i rzeczywistości. I myślę, że właśnie to czyni z tego utworu arcydzieło. 

"Prawiek i inne czasy" Olga Tokarczuk

czwartek, 16 kwietnia 2020

Gerard odchodzi

przez ostatnie 10 lat moim sąsiadem była pan Gerard, lat na oko 100, ale deklarował, że 80 kilka, drobny uprzejmy staruszek o wielkich niebieskich oczach, które mimo upływu lat nie straciły swojej barwy, dzięki nim wyobrażałam go sobie jako małego chłopca, który wesoło bieganie do matki, jako młodego chłopaka, jak tym błękitem spogląda na dziewczynę, którą kocha, jako dojrzałego mężczyznę, który wychowuje swoje dzieci, dla mnie jednak przecież zawsze był starcem, ale gdzieś w wyobraźni wiedziałam, że był kiedyś inny, w końcu każdy z nas kiedyś był inny.. choć mieszkaliśmy vis a vie rzadko się widywaliśmy, czasami pukał do moich drzwi, lękliwie i z wahaniem, wiedział, że mam psa, zostawały mu jakieś kotlety i chciał je dać, ale martwił się, że się obrażę, bardzo się o to martwił, więc od razu przepraszał, brałam te kotlety, dziękowałam, zapewniałam, że się nie obrażam, czasami mijałam się z nim na schodach, częściej z jego wnukiem, który go odwiedzał, raz zapukałam z prośbą o udostępnienie piekarnika, ale coś tam nie działało, miał porządek w domu, taki archaiczny porządek złożony ze starych meblościanek i od lat nieremontowanych ścian, ale radził sobie, żył samotnie i samodzielnie, przy jakimś tam wsparciu z rzadka pojawiających się krewnych, zwykle to był ten wnuk, duży śniady chłopak, kompletnie niepodobny do Gerarda, widać te niebieskie oczy to jakiś gen recesywny i nie przeszły, szkoda; Pan Gerard był jednym ze stałych punktów mojego wszechświata, moje życie pędziło gdzieś dalej i dalej, a on ciągle był taki sam, mijały lata, a on nic, ciągle taki sam, starszy, przygarbiony, niebieskooki, uprzedzająco grzeczny, cichy sąsiad, który lubił mojego wrzaskliwego psa... mimowolnie stał się fundamentem mojej codzienności, trwaliśmy sobie razem w naszej ciszy i przemijaniu, czasami zamieniając kilka słów

którejś nocy Pan Gerard upadł i nie mógł wstać, stukał i wołał aż usłyszeli go sąsiedzi z dołu, przyjechali strażacy wyważyć drzwi, przyjechało pogotowie, zabrali go, nie wiedziałam tego, ale wiem,  potem była cisza, jakaś większa i głośniejsza niż zwykle, a miesiąc potem przyszli ludzie do domu Gerarda i wyrzucili całe jego życie na śmietnik, mebelki ze sklejki, kiczowate obrazki, dywany, po których udeptywał swoje ścieżki, wywalili zawartość piwnicy, a z niej kilka pięknych starych podróżnych walizek, z którymi Gerard pewnie kiedyś przemierzał świat i które zniknęły prawie od razu, wyrzucili szafki kuchenne, piecyk, a potem w domu Gerarda zaczął się generalny remont, prucie ścian, rycie, huk i trzaski aż jego dom przestał przypominać jego dom, teraz to mieszkanie pod wynajem dla studentów, zmieniono wszystko, nic nie pozostało po Gerardzie, dlatego myślę, że umarł, choć tego nie wiem na pewno, bo nie pojawiła się na drzwiach zwyczajowa klepsydra z wyrazami żalu, a mimo to wiem, że go nie ma i że już się nie spotkamy na schodach, gdyby żył nie pozwoliłby wyrzucić wszystkiego, zerwać ze ścian obrazów, na które patrzył przez większość życia, nie oddałby walizek, z którymi podróżował, sprzeciwiłby się temu grzecznie acz stanowczo, jakoś wiem, że tak by było, gdyby był; tymczasem runęła mi część wszechświata razem z nieobecnością niebieskookiego Gerarda i myślę sobie, że to nie jest tak, że nasze życie kończy się zwykle tak sobie, wcale nie jest tak dobrze, bo nasze życie to zawsze jakaś mroczna tragedia w skali zazwyczaj mikro, a finał zawsze jest pustką, wśród której miotą się krewni i spadkobiercy, jakaś ekipa remontowa i może zbieracze śmieci, bliscy i obcy ludzie, którzy wyrzucają całe Twoje życie na śmietnik, by zrobić sobie miejsce i niby jest to naturalna kolej rzeczy, która i tak jest czymś niegodnym i paskudnym, szczególnie w kontekście niebieskich oczu Pana Gerarda

środa, 15 kwietnia 2020

znak czasów

Był taki moment w zeszłym tygodniu, że powiedziałam: -Wiesz co? Zamówię nam te maseczki, bo jeszcze się niedługo okaże, że trzeba nosić, a my nic nie mamy...
Kolejnego dnia ogłoszono, że od następnego czwartku trzeba mieć maseczki, a ja byłam szczerze zaskoczona.


wtorek, 14 kwietnia 2020

" (...) aby żyć, musimy kłamać?" Marek Krajewskie "Mock. Golem" 20/52

"Mock. Golem" to najnowsza część serii i już sama jej konstrukcja trochę mnie zdezorientowała, bo odbiega dość mocno od pierwszych powieści Krajewskiego o przygodach Eberharda. A mimo to psychologicznie jest to przecież książka pod wieloma względami wybitna, chociażby jako studium alkoholizmu czy po prostu przeżyć i przemyśleń alkoholika, który usiłuje wyjść z nałogu. 

Powieściowy czas to rok 1920. Mock jest człowiekiem, który się stacza, coraz mocniej pogrążając się w pijackiej malignie, która zaciera mu granicę między rzeczywistością a majakami. Detektyw pomieszkuje w Sierocińcu, czyli w swego rodzaju przytułku dla miejskiej biedoty i podczas pijackiego ciągu gubi powierzone mu przez lekkomyślną prostytutkę dziecko... w końcu trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie poznaje doktora Bielera leczącego uzależnienia hipnozą. Mock dość ufnie poddaje się jego wpływowi i wchodzi na drogę abstynencji.... tymczasem w Breslau trwa polityczna walka o władzę. Nieujawniona, pełna spisków, knowań, zakulisowych działań, w które zamieszani są najbardziej wpływowi mieszkańcy miasta. W niewyjaśnionych okolicznościach umierają młode, zwykle pochodzące ze Wschodu Żydówki, którymi próbują się opiekować wpływowe i bogate żydowskie rodziny z Breslau, dziewczyny deklarują w przedśmiertnych zapiskach, że składają się w ofierze dla Golema i umierają... z żalu; tymczasem po mieście krąży też sekta z charyzmatycznym przywódcą, który zbiera coraz więcej zwolenników, w tym uwodzi piękną córkę brata wiceministra; jednocześnie w jednej z knajp przy torach wyścigowych zbierają się wpływowi nacjonaliści, z którymi współpracuje dziennikarz Grauvetter, nietykalny zięć prezydenta policji Gawelki i zarazem wróg Mocka. A nasz detektyw właśnie tkwi gdzieś pomiędzy tym wszystkim. Niemal mimowolnie, bo wynika to z tego, że zwyczajnie zna tych wszystkich ludzi, są oni jego przyjaciółmi lub są jego zapiekłymi wrogami, zwierzchnikami, znajomymi, podejrzanymi, Mock po prostu zjawia się tam, gdzie toczy się walka, której ze swojej perspektywy do końca nie dostrzega i nie rozumie, a której okazuje się ważnym składnikiem.

Akcja "Mock. Golem" jest bardzo złożona, ale ma swój logiczny tok, jest to jak zawsze u Krajewskiego intryga o przemyślanej, choć nieoczywistej i nieprzewidywalnej konstrukcji. Wydarzenia rozciągają się na miesiące i niekiedy dzielą je odstępy tygodni i to wyraźna zmiana względem poprzednich części, które zwykle prezentowały wydarzenia skondensowane w czasie i ewentualnie dodawały perspektywę kilku lat, by dopisać ich zwieńczenie. Rozdziały nie są podzielone na miejsca i opatrzone datą, ale zaledwie ponumerowane, to też spora zmiana, trudno mi orzec czy na lepsze, bo lubiłam dotychczasową, pełną niemieckiego ordnungu kompozycję powieści Krajewskiego. Niemieckie nazwy ulic Breslau mają polskie odnośniki na bieżąco podawane w przypisach pod tekstem, zamiast ich objaśnień na końcu, co przyznam trochę mi przeszkadzało i rozbijało tok powieści. No i Smolorz - "Mock. Golem" to chyba jedyna cześć serii, w które jest otwarcie wrogi wobec Mocka, jest to zrozumiałe w perspektywie przeżyć obu postaci opisanych w "Widmach z Breslau", ale jednak.... dla wielbiciela tej dwójki zaufanych przyjaciół może to być pewien szok. Podobnie zresztą jak to, w jakich okolicznościach dochodzi do poprawy wzajemnych relacji Smolorza i Mocka. Oprócz ciekawej, niebanalnej intrygi najmocniejszą stroną powieści jest analiza przeżyć oraz stanów emocjonalnych i psychicznych Mocka jako alkoholika i abstynenta. Jest ona wnikliwa i przekonująca. Można co prawda podważać to, czy prezentowana przez autora rozległość wpływu hipnozy na czyny człowieka pozostaje w zgodzie z tym, co naukowo stwierdzono w tym zakresie, ale z drugiej strony - pamiętając, że akcję utworu osadzono w okresie dwudziestolecia międzywojennego - trzeba przyznać, że powieść prezentuje wiedzę na temat hipnozy, którą w owym czasie dysponowano, więc pozostaje prawdopodobna na płaszczyźnie powieściowego czasu akcji. Szczerze mówiąc bardziej przeszkadzało mi nieco zbyt łagodne jak na Krajewskiego zakończenie utworu, oczywiście nie dotyczy ono rozwiązania kryminalnej intrygi, tu jest jatka, ale raczej osobistych problemów Mocka... pojawia się sporo wybaczeń i pojednań, sporo zaskakujących pozytywnych zwieńczeń drugoplanowych wątków, choć może rzeczywiście "należały" się one Mockowi po więcej niż drastycznych przeżyciach, które zgotował dla niego autor w tym tomie serii. "Mock. Golem" - to brutalne w obrazach, wciągające, bardzo wiarygodne psychologicznie pisanie z genialną, złożoną intrygą mocno osadzoną w realiach lat dwudziestych i jak zawsze... w Breslau.



piątek, 10 kwietnia 2020

zauważanie magnolii

bardzo trudno jest mi w tym roku zauważać magnolie, ale przecież lubię je bardzo, każdej wiosny wypatruję ich kwiatów i tego bezczelnego momentalnego piękna, właśnie zakwitła moja ulubiona



czwartek, 9 kwietnia 2020

"Miasto było przebiegłe, cwane, zmęczone" (Marek Krajewski "Dżuma w Breslau" 19/52)

Kolejna część kryminałów o Mocku, myślę, że trzeba to przyznać wprost i bez krygowania się - jestem fanką, bardziej Krajewskiego niż Mocka, ale jednak. Czytam kolejne tomy z przyjemnością, kupuję kolejne i z obawą myślę, że niedługo przeczytam wszystkie, że będę musiała wyprowadzić się z Breslau... czy jestem na to gotowa? Poza tym "Dżuma w Breslau" tytułem bardzo pasuje to mojego tu i teraz, bo przecież trwa pandemia, więc aż się prosiło, żeby czytać, więc czytałam...

"Dżuma w Breslau" ma fabułę mniej pełną (choć nie pozbawioną) volt i zawikłanych zagadek niż poprzednie części serii, ale jest w tej powieści taka szlachetna przejrzystość, która mimo wszystko nie pozwala przewidzieć finału. Mocka spotykamy tym razem w kilka lat po śmierci ojca i tragicznych wydarzeniach opisanych w "Widmach w Breslau", dręczony wspomnieniami detektyw ciągle próbuje otrząsnąć się z przeszłości i wielkiego poczucia winy. Jest rok 1923, w tajemniczych okolicznościach ktoś zabija dwie prostytutki, a przedtem wyłamuje im zęby, wkrótce potem ginie ,,opiekun,, obu kobiet. Mock zostaje uwikłany w śledztwo początkowo dlatego, że jest nadwachmistrzem wydziału obyczajowego i ma zidentyfikować ofiary, oczywiście dyrektor kryminalny Muhlhaus ma też swoje plany wobec Mocka, którego inteligencję podziwia, ale pijaństwem gardzi. Szybko okazuje się jednak, że Mock jest uwikłany w sprawę zabitych prostytutek bardziej niż by chciał, bo dowody z miejsca zbrodni zaczynają wskazywać na niego..., co dla człowieka, który regularnie budzi się na kacu i często nie pamięta, co robił poprzedniego wieczoru jest wyjątkowo kłopotliwe... Sytuacja szybko wymyka się spod kontroli.

Moją szczególną uwagę w ,,Dżumie...,, zwróciło to, że cały ten świat Breslau jest w tej części serii jakby szczególnie brudny, zadżumiony złem i krzywdami różnego kalibru. W innych częściach przygód Mocka czasami błysnął jakiś salon, elegancki gabinet, buduar, sala kabaretu... w tej przez większość czasu jesteśmy w miejscach brzydkich i obskurnych: małe knajpki i zatęchłe piwiarnie, zaniedbane poddasza, brudne piwnice, cmentarze, więzienne cele, pełne nieładu pokoiki prostytutek w zapuszczonych hotelikach. W tych miejscach mieszkają ludzie specyficzni, żyjący na krawędzi głównego nurtu życia, na jego marginesie. Pijacy, schorowani bezdomni, prostytutki i ich opiekunowie, zabójcy, gwałciciele, złodzieje, oszuści, szaleńcy oraz cała bezbronna miejska biedota usiłująca przetrwać. Na tym terenie gdzieś ukryte kiełkuje też wielkie zło, które wyrasta z brudu i grzechów miasta; zło, które rośnie w siłę zabijając ludzi często bezbronnych, ale skażonych, zadżumionych upadkiem, to właśnie zło zapragnie skusić także Mocka.... Bardzo podobała mi się ta część serii. Konsekwentnie mroczna, brudna, ale nie pozbawiona przewrotnej sprawiedliwości, której doświadczają bohaterowie. "Dżuma w Breslau" to historia etycznie nieoczywistej, lecz wielkiej pokusy, przed którą staje człowiek nieunikający ubrudzenia sobie rąk w imię dążenia do prawdy. To historia, w której wszyscy okazują się w jakiś sposób winni, słabi, źli, bo wybrać mogą tylko między większym a mniejszym złem i nie zawsze wiadomo które jest które. Czytałam z prawdziwym niepokojem.

Marek Krajewski "Dżuma w Breslau"

sobota, 4 kwietnia 2020

Anna H. Niemczynow "Jej portret" - book tour 21 (18/52)

Kiedy czytałam "Jej portret" towarzyszyły mi naprzemiennie fascynacja trafnością opisów psychologicznych procesów zachodzących w bohaterach i obserwacji obyczajowych oraz frustracja i irytacja, które wynikały z tego, że nie tylko nie bardzo polubiłam Majkę, czyli główną postać, ale też przede wszystkim nie mogłam zrozumieć jej poczynań, bo jej osobowość była dla mnie niespójna i nieprzekonująca. Nie wiem? może tak miało być w myśl powracającej w powieści frazy "Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt", a może jest to kwestia pewnych niekonsekwencji i luk w budowaniu tej postaci. Z drugiej strony trzeba jednak docenić autorkę, która umie tworzyć bardzo przekonujące sceny rodzajowe, np. pełne uroku sceny z dziećmi, sceny z życia małżeńskiego oraz autentycznie wypadające dialogi z codziennego życia - ten cały obyczajowy żywioł powieści ma swój urok i tworzy świat, w którym każdy odbiorca może odnaleźć dla siebie punkt zaczepienia i odnieść jego elementy do swojego życia oraz osobistych relacji. To właśnie jest niewątpliwie siłą tej powieści. I myślę, że aby być uczciwym i dać szansę Annie H. Niemczynow, przeczytam jeszcze kiedyś inną jej powieść dla samej obyczajowości i z nadzieją, że konstrukcja kluczowych postaci wypadnie lepiej.


I teraz o co chodzi z Majką.... Majka zakochała się jako 17-latka, przeżyła wielką nieszczęśliwą miłość, potem poznała kogoś innego i wyszła za mąż, urodziła czwórkę dzieci, zbudowała piękny dostatni dom, którego jest zapobiegliwą panią, do tego odniosła wielki sukces jako pisarka o randzie gwiazdy i swego rodzaju autorytetu, ale... wbrew temu, co w toku narracji usiłuje nam się wmówić, patrząc na czyny, słowa, postawy, zachowania Majki ta 40-letnia kobieta wcale nie jest dojrzała, zupełnie jakby przez ponad 20 lat swojego życia wcale nie dorosła, bo jej emocjonalność zatrzymała się na etapie lat kilkunastu i widać  to zarówno w relacji z przyjaciółką, jak i w relacji z matką, czy w relacjach z mężczyznami życia (mężem, kochankiem czy nawet synem). Na wszystkich tych frontach kobieta, która chce uchodzić za odpowiedzialną i racjonalną panią domu okazuje się kapryśnym dzieckiem, które nie panuje nad niczym. Dzieckiem, które ciągle czegoś nowego chce, nieustannie marudzi, tupie nóżką i goni za "słodyczami", kłamie jak przeskrobie i wini za wszelkie swoje kłopoty i niezadowolenia innych, ale nigdy siebie. I to wszystko jest u dziecka zrozumiałe, bo wiemy, że musi dorosnąć, przetrenować emocje, nabyć doświadczenia, ale u kobiety 40-letniej to po prostu drażni. Tę niedojrzałość bohaterki być może łatwiej można by udźwignąć, gdyby była spójna z osobowością postaci, którą usiłują wykreować inni bohaterowie i narrator. Ambitna pisarka? (która albo nic nie pisze albo tworzy w amoku listy do kochanka i bliżej niedookreśloną powieść, której istnienie jest tylko domniemaniem), troskliwa matka? (która zależnie od nastroju - a ten bywa zmienny - rozpieszcza lub kompletnie lekceważy dzieci i ich potrzeby, także te najbardziej podstawowe), dobra żona? (która regularnie i narastająco krytykuje męża, choć de facto nie ma za co, bo nawet jak biedak coś zrobi nie tak, to staje na rzęsach i niemal na pniu poprawia, mówiąc więc prościej Majka czepia się go zwyczajnie o wszytko), dobra córka? (która więcej niż arogancko obwinia rodziców i ich przeszłość za swoje aktualne wybory i każdą ich pomoc traktuje jak coś co jej się należy), rozsądna przyjaciółka? (które niepotrzebnie okłamuje oddaną jej bezgranicznie koleżankę i aby ją zbyć wykorzystuje to, co o niej wie, aby ją ranić) i ostatecznie szaleńczo zakochana w chłopaku z młodości kochanka? (która w ogóle go nie zna i nie zauważa tego biednego Daniela, bo skupia się tylko na tym, jak on ją pociąga fizycznie i jakie ona sama przezywa dzięki niemu uniesienia). Więc z jednej strony postaci i narrator, a nawet sama bohaterka mówią nam o niej w superlatywach, a drugiej czyny i zachowania Majki nic nie mają z tymi etykietkami wspólnego. I chyba niepotrzebna jest ta sprzeczność, która biegnie głęboką rysą przez całą powieść. Czemu nie pozwolić tej bohaterce być konsekwentnie kobietą  niedojrzałą i samolubną, ale z to wiarygodną? Po co to ciągłe ocieplanie wizerunku, którego poza jałowymi zapewnieniami bliskich i rodziny nic nie broni. Poza tym trzeba też przyznać, że psychologicznie i w zakresie przebiegu relacji jest w postaci Majki sporo rzeczy bardzo udanych. Proces samookłamywania, który Majka przechodzi, aby najpierw dojść do momentu zdrady, a potem we własnych oczach tę zdradę usprawiedliwić, to jak uczy się maskować i przekonująco okłamywać wszystkich, ale samą siebie najbardziej - to jest znakomite. Powolne wygaszanie uczuć do męża pod wpływem namiętności do kochanka i cały ten miłosny amok, w który kobieta wpada z zaangażowaniem godnym 17-latki także opisany jest świetnie, podobnie jak kryzys twórczy, którego jako pisarka doświadcza w pierwszej fazie powieści. Interesującą postacią jest też przyjaciółka Majki oraz jej przeżycia związane z życiem osobistym, choć uważam, że metamorfoza którą ta postać przechodzi pod koniec powieści jest równie niepotrzebna, co nieuzasadniona i mało wiarygodna. Dziwnie nieukończoną i nico kiczowatą postacią jest też Daniel - ukochany Majki z wczesnej młodości. Czytelnik nie ma szansy zrozumieć, co Majka w nim widzi poza bardzo pociągającym ją wyglądem. Ich najważniejsze dla dalszego toku powieści pierwsze spotkanie, choć trwało kilka godzin, nie zostało opisane na  kartach  powieści, a sposób, w jaki Daniel uwodzi ukochaną jest w gruncie rzeczy mało wyrafinowaną, miejscami kiczowatą manipulacją. Niewiele wiemy o ich związku z przeszłości, więc nie znamy też fundamentu tej relacji ani jej dokładnego przebiegu. Oczywiście finalnie okazuje się, że za tą tekturową wydawałoby się postacią kochanka Majki stoi wielki tragiczny sekret, ale choć jest on dużym zaskoczeniem, to podważa sensowność poczynań tego bohatera przez całą powieść, bo razi pewną niekonsekwencją. Sporo jest zatem tych niespójności w budowaniu bohaterów i to w powieści z bardzo udanym przecież kontekstem obyczajowym, bo opisy rodziny, relacji domowych, codzienności, nawet miejsc są bardzo przekonujące i nawet urokliwe. Podobnie zresztą jak opisy procesów, emocjonalnych zmian, którym ulegają postaci.... mam zatem mocno mieszane i skrajne uczucia na temat "Jej portret" Niemczynow. 
Trochę bardzo polecam, a trochę zupełnie nie polecam.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję organizatorce book tour Ewelinie Kwiatkowskiej-Tabaczyńskiej ze strony Zaczytana Ewelka oraz autorce.