i to były świetne urodziny, świetny urodzinowy weekend, od dawna nie miałam tak pięknych urodzin, które dałyby mi tyle radości i zadowolenia, dostałam anioła i "Lód" i przepyszny tort dakłas, był teatr, był ajerkoniak, tofu na śniadanie, spacerowanie, pączki z "Pączkarni", La Gondola, czytanie i słonecznik, swobodny leniwy czas, laurki od Małej Mi, życzenia, nawet od mojego brata, co jest pewną sensacją, i orchidea w plamki też była, po prostu było jakoś tak miło i fajnie, co zwyczajnie przerosło moje oczekiwania, bo zwykle urodziny staram się po prostu przetrwać, ale... w takich okolicznościach to ja mogę urodzinować.... (warto nadmienić, że większość urodzinowych wspaniałości i dobrego klimatu zawdzięczam K.)
niedziela, 14 stycznia 2018
sobota, 13 stycznia 2018
"Nie mów tak do mnie" ("Szklana menażeria" w TL)
bilety na ten spektakl to był mój prezent dla mnie na urodziny, bo od czasu "Kotki na gorącym blaszanym dachu" z Newmanem uważam Tennessee Willimsa za mistrza psychologicznej szarpaniny, która w życiu bywa naszym nienazywalnym doświadczeniem, często nie dającym się ująć w ramy słów, a on jednak ją pokazuje i nazwa... a zatem: sama sztuka - świetna, mocny tekst, relacje, postaci - dobrze skomponowana rzecz, dziewczyna grająca Laurę (Alicja Stasiewicz) była znakomita, widzę tę młodziutka aktorkę już w kolejnym spektaklu i uważam, że jest po prostu świetna, przede wszystkim mądrze wchodzi w skórę i emocje postaci, dobrze wypadła też partnerująca jej w roli matki charyzmatyczna aktorka, której nazwiska nie mogę sobie niestety przypomnieć... (na końcu języka i pamięci, jak zazwyczaj...), za to panowie grający główne postaci męskie.... no cóż... odstawali, byli poprawni, ale tylko poprawni, nie przekonali mnie, a u Williamsa, gdzie gra się na emocjach każdy detal, niedostatek widać jak w powiększającym szkle... pewna płytkość roli, niepełne zaangażowanie czy zrozumienie bohatera mści się na aktorze okrutnie, na spektaklu zresztą też... muzyka - ok, pasowała po prostu, scenografia... hm, zbyt.... mroczna, i zbyt awangardowa, jak na sztukę, która jest realistyczna i bazuje na życiowym prawdopodobieństwie, wyglądało to trochę jakby rodzina ukazana na scenie mieszkała w designersko (biel, czerń, czerwień, bielone palety) zaadaptowanym na mieszkanie magazynie, a nie w zwykłym mieszkaniu, które pod każdym względem bardziej by przystawało do kondycji postaci i ich historii, ale może ja się czepiam.... w każdym razie dekoracje i cała w sumie scena odstawały mi od charakteru i estetycznej konwencji sztuki, od kostiumów nawet;
ale... poszłam, obejrzałam, był to dobry czas, bo w końcu jednak Williams, w końcu ta świetna Laura...
ale... poszłam, obejrzałam, był to dobry czas, bo w końcu jednak Williams, w końcu ta świetna Laura...
piątek, 12 stycznia 2018
tysiąc zagubionych rękawiczek - dwie czerwone wyjętę z przyszłości, przy Pączkarni
te rękawiczki znajdę dopiero za kilkanaście dni (28.01), będą leżały tuż koło jeszcze nieotwartej Pączkarni, a ja będę szła w kierunku dworca i będzie to dzień trudny, przytłaczający, nawet będą jakieś łzy z tej okazji, ale to wszystko dopiero będzie, a dziś... dziś te rękawiczki (są dwie, choć wyglądają jak jedna, bo są ułożone jedna na drugiej) służą jeszcze swojej właścicielce, służą jej od dawno, bo są trochę znoszone i jeszcze nie wiadomo, że zgubią się wkrótce koło obleganej zielonogórskiej Pączkarni, o której to dziś chciałam napisać, bo jem w niej niewiarygodne ilości pysznych pączków, świeżo robionych, można zajrzeć przez okno, to jakby manufaktura, można zobaczyć, jak robią je na miejscu i sprzedają od razu, kolejka zawsze spora w porywach do gigantycznej, ale chodzimy tam, czasem idę sama, czasem chodzimy razem, regularnie jemy te pączki, ciepłe i pachnące, i to jest pyszne, to jest miła rzecz, dlatego te rękawiczki tutaj, bo będą przy tej kultowej Pączkarni, choć dziś ich tam nie ma, nie było ich dziś jeszcze, ale ja dziś właśnie przechodziłam koło Pączkarni z wielkim apetytem na pączki, przechodziłam nie wiedząc nic, tak jak rękawiczki nie wiedziały o swoim przyszłym zagubieniu, tak nie wiedziałam i ja, że za dwa tygodnie będę też szła tędy w niedzielę z innym ciężarem w sobie, z innymi, zaciśniętymi w piąstki myślami, że znajdę te rękawiczki, że coś się zmieni przy okazji, bo czasami tak jest, że trudne dni przynoszą odmianę i tylko pośpiech, tylko tempo mojego marszu będzie to samo, tylko to;
czwartek, 11 stycznia 2018
rozwidlenia
dawno, dawno temu moja mama jako młoda dziewczyna mieszkała w Paczkowie, małej mieścince koło Kłodzka, wysłała ją tam jej matka, bo dwaj starsi bracia ze swoimi rodzinami tam właśnie się osiedlili, mamie nie było tam dobrze i wiem, że źle wspomina te czasy, była tam jak bezpański pies, i chyba tak się czuła, potem przeniosła się do Konina, gdzie z kolei przebywała jej starsza siostra, na geodezji poznała mojego ojca i wiadomo, bezsensowna miłość dwojga dzieciaków, która skończyła się słabo, był jednak taki moment, w którym na początku ich małżeństwa rozstanie wisiało na włosku, pamiętam to jak przez mgłę, mamę z brązową walizką, jej stłuczone kolano, bo potknęła się na schodach, do tego interwencja ciotki, jej wkurzony mąż... jednym z pomysłów na to, co dalej, był wyjazd do babci albo powrót do Paczkowa, w praktyce jednak, chyba okazało się, że nigdzie nie ma dla nas miejsca, więc mama wróciła do mojego ojca, jakiś czas potem urodził się mój brat i utknęli, ale.... gdyby było inaczej, gdyby wówczas wyjechała, może nawet wróciła do Paczkowa? wszytko byłoby przecież inaczej, znałabym moich kuzynów z Paczkowa bliżej niż ze zdjęć, zwłaszcza Renię, miałabym jakieś Paczkowskie życie, skończyłabym tam szkołę, być może studia w Krakowie, bo bliżej, pewnie nie miałabym brata, a może miałabym zupełnie inne rodzeństwo? może nawet spotkałabym małego jasnowłosego chłopca w absurdalnych ażurowych kolanówkach, który w tym czasie mieszkał w Paczkowie, spotykalibyśmy się pod kasztanem, którego już nie ma, bo tam się wtedy wszystkie dzieciaki spotykały, wspinalibyśmy się po jabłoniach z dzikiego sadu, który kilkanaście lat temu wycięto, ale zanim to by się stało obrzucalibyśmy się tymi jabłkami jak szaleni, bo takie wojny tam wtedy trwały, byłoby inaczej - to moje alternatywne życie, które się nie wydarzyło, byłoby moim prawdziwym życiem, które się dzieje i dziś byłabym kimś innym, byłabym gdzieś indziej, ale.... tak nie jest, wtedy, dawno temu w mojej życiowej prehistorii mama zdecydowała, wybrała za mnie, bo byłam dzieckiem i żadne wybory nie należały do mnie, teraz należą, ale to nie oznacza, że są łatwiejsze, życie ciągle rozwarstwia się i rozwidla, czasami myślę o drogach, którymi nie poszłam i o tych, które porzuciłam, bo także to, co niewybrane jest składnikiem tego, kim jestem dziś, lecz dopiero niedawno zrozumiałam, że również wybory moich rodziców lub ich brak, wybory dziadków i każdego, Każdego, z kim splotły się moje lub ich losy, determinują mnie, wpychają mnie w sieć zależności i przypadków, nad którymi często (zwykle?) nie mam kontroli, więc to nie przeznaczenie, nie los rządzi ludzkim życiem, tylko wola, wola tysięcy ludzi, którzy żyją lub żyli, i to nie tak, że wszystko zapisane jest na wstędze, raczej wszystko zawiera się w naszych rozwidleniach, moich i cudzych, w pamięci mojego ciała, krwi i genów nawet o drogach wybranych lub nie, każda potencja i możliwość, każda (moja i nie-moja) realizacja, każdy wybór i wahanie są ze mną do teraz i określają mnie, i tamtego chłopca w kolanówkach, nawet jego, także..., bo mogło być inaczej
środa, 10 stycznia 2018
moja babcia mawiała... (11)
Gdyby wszyscy mężczyźni mieli dokładnie takie kobiety, na jakie zasługują, większość z nich miałaby okropnie ciężkie życie.
******
dawno tych babcinych sloganów nie było... a ten jakby przypełzł z znikąd na fali rozważań o własnych i cudzych EX, znam wiele wspaniałych kobiet, które trafiły na fatalnych mężczyzn, ale - aby być uczciwą - znam też wielu dobrych mężczyzn, którzy trafili na paskudne kobiety; być może to w skali globalnej wychodzi remis, który gwarantuje wszechświatowi równowagę, ale w jednostkowej skali zwykłego ludzkiego życia, kończy się to tak sobie i przecież szkoda, zawsze trochę szkoda, zmarnowanego czasu, życia, szans, nawet jeśli czasami wydaje się to marnotrawstwo konieczne; Asia powiedziała mi ostatnio: - Nie mogę uwierzyć, że aż tak można się pomylić, nie że w ogóle, ale że aż tak. - A ja wiem o czym mówi, bo i ja pomyliłam się raz czy dwa "aż tak", bo i co do mnie się pomylono "aż tak"
wtorek, 9 stycznia 2018
tysiąc porzuconych rękawiczek - rękawica Nerona
jak ci tak od razu rano cudza rękawiczka po Neronowsku, po dyktatorsku i po cesarsku pokaże kciuk w dół, czyli wiesz, że rzeczywistość jest skazana na zatracenie, to nie oczekujesz za wiele od takiego dnia... chyba i ja nie oczekiwałam, dzień minął i przepłynął, nagle zupełnie go nie pamiętam, Neron zgubił rękawiczkę, której przecież i tak nigdy by nie włożył, i jednym niewykonanym gestem zniszczył ten dzień, wiem tylko, że byłam na moich ulubionych naleśnikach z gruszką, orzechami i serem gorgonzola, i że były przepyszne
poniedziałek, 8 stycznia 2018
tysiąc porzuconych rękawiczek - niebieska w parku
rękawiczka znaleziona w ostatni weekend, wypatrzyłam ją - nie chwaląc się - ja, a tymczasem tu i teraz tworzą się listy, knucia, marudzenia, pretensje, zażalenia, w sumie nie warto ich celebrować - zatem wracam do tej rękawiczki, znalezionej wtedy, w słoneczny dzień, niebieskiej jak strzep nieba, zostawionej w parku, nic to, że na obrzeżu śmietnika, wracam do tego i tak, wracam do chodzenia przez las, bo o tym warto pamiętać, szczególnie w poniedziałek, który mnie gnębi, tłumi i przytłacza tylko dlatego, że jest poniedziałkiem, początkiem wyczekiwania na kolejną niebieskość
Subskrybuj:
Posty (Atom)









