czwartek, 7 września 2017

słońce wschodzi nad moim wahaniem

od rana wahałam się, bo wśród świetnych pomysłów niewiele jest tych idealnych, nauczyłam się wstawać o świcie i widzę, że słońce wschodzi każdego dnia inaczej, choć miejsce się nie zmienia i to za każdym razem wydaje mi się ładne, a jednocześnie pokazuje mi, że czas nieubłaganie mija i nie zna litości, a skoro nie mogę go zatrzymać, dogonić ani wydłużyć, skoro nie mogę nad nim zapanować, choć mu nie dowierzam, to mogę go tylko wypełnić treścią, której nie będę żałowała, to mogę tylko wykorzystać to, co mi daje, sposobności, okazje, szanse, więc pełna winy z powodu mojego człeczego egoizmu, wahałam się, a przecież cały dzień robiłam tysiące drobnych rzeczy, aby nadać treść i gęstość czasowi, aby to wszystko się udało, nawet płakałam dziś z powodu tego mijania i potem pełna niepokoju patrzyłam w milczące czarne okna, w gasnące światła, a jeszcze później zapukałam do brązowych drzwi, udając, że potrzebujemy z Anią szklanki cukru, i tak, to było w porządku, tak powinno być, przecież wszyscy się śmialiśmy, cieszyliśmy się, że jest właśnie tak

05.09

06.09

06.09

07.09

środa, 6 września 2017

angina stulecia, schron (Bitamina "Dom") i most

no to jestem chora, nie że tak trochę, jestem chora jak jasna cholera, mam jakaś przepotężną anginę stulecia, która nie reaguje na antybiotyki, biorę teraz tak duże i mocne dawki, że albo angina mnie jednak zabije, albo sepsa, wybór samo w sobie cudny... oczywiście marudzę po prostu, bo bezustannie boli mnie gardło, w ucho coś lub ktoś wbija mi szpilę i łeb mi trzeszczy w posadach, nie mogę jeść, nie mogę spać i nie daję rady pracować, no nie tak to miało być... niby L4 to żadna tragedia, ale nie wówczas, gdy człowiek czuję się faktycznie beznadziejnie.... dobra poużalałam się nad sobą, teraz coś innego, tego lata mnóstwo muzyki przewinęło się przez moje obecnie zbolałe uszy, ale odkryciem największym, najwyrazistszym, które w dodatku przetrwało lato, nadając ton temu momentowi przejścia między sierpniem i wrześniem jest Bitamina i piosenka Dom, generalnie cała ta płyta Kawalerka, niby wszystko to jakoś średnio w moim stylu i guście osadzone , nie wiem no, zwykle nie idę w takim kierunku, ale jakoś przyjęło się i nadal mi się nuci od pierwszego zagrania gdzieś w sierpniu do teraz;
 "szałas na hałas"... chyba o to by właśnie chodziło, ku temu zmierzamy, nagle prawie nie wiem już, gdzie jest mój dom, zakorzeniam się i wykorzeniam płynnym ruchem, żyjąc w dwóch miejscach na raz, jakbym chybotała się na linowym moście, a zarazem wszystko wiem, wszystko rozumiem, wszystko jest jasne, teraz żyję na moście i mam piękne widoki, gdziekolwiek się nie obrócę

wtorek, 5 września 2017

skandaliczne braki

gadałam dziś i gadałam jak najęta, lekceważąc narastający ból ucha, co zresztą jest bez znaczenia, w każdym razie prowadziłam mój szkolny performance krzesząc z siebie entuzjazm i co?... i podczas ostatniej godziny występów skandalicznie zabrakło mi cierpliwości, i jak zawsze w takich razach, gdy przestrzelę, jest mi przed samą sobą nieprawdopodobnie wstyd, że nie zawsze mam dość kontroli i opanowania, dziś było właśnie tak, czegoś mi brakło, jakby równowagi i spokoju, słaby początek, oczekuję od siebie więcej


poniedziałek, 4 września 2017

poranne widoki - wspomnienie lata

ostatnie już tego lata nieprawdopodobne wschody słońca, które ciągle jeszcze mam okazję oglądać ("znowu się spóźnię, ale wszystko jest takie piękne"), patrzę i mam taki niemy zachwyt, że nie wiem, co powiedzieć, więc prawie nic nie mówię...., nadal dziękuję za to lato, bo cóż innego mogłabym zrobić? chciałabym o tym pamiętać w przyszłości, o tych wszystkich wschodach słońca, które widziałam w tym roku, o tym, że nauczyłam się pomimo wakacji wstawać o 6 rano, żeby pić pyszną kawę i cieszyć się takimi, a nie innymi porankami, że piłam cydr w gorące dni, przypomniałam sobie, jak się piecze ciasto i polubiłam zupy kremy, w których okazałam się mistrzem (nawet blender mam), do tego zjadłam też nieprzeliczone mnóstwo lodów o smaku słony karmel (dziś także była solidna porcja, bo to lato smakuje karmelem), przez pewien czas stacjonowałam w ośrodku "Kotwica" i co dnia rano dostawałam świeże bułeczki i serek wiejski, oglądałam filmy na DVD i czytałam Carrolla i Tokarczuk, pokonywałam niesamowite odległości na rowerze i trochę biegałam, widziałam też dwa młode jelonki walczące na jakiejś polanie, jadłam pyszne rzeczy (sandacz to wyśmienita ryba) w pysznym towarzystwie i kupiłam sobie piękne sukienki (ta w pawie oczy musi poczekać na przyszłoroczne słońce), walczyłam z rzepakiem i własnymi słabościami, chyba nawet trochę uratowałam pewien piec, no i poznałam wielu ludzi i wszyscy odnieśli się do mnie z życzliwością, która mnie zaskoczyła (pani Gienia jest oczywiście w czołówce), pisałam liściki na notatkowych karteczkach, jeździłam pociągami, ale głównie cieszyłam się leniwym wspaniałym domatorstwem, a przecież tak naprawdę działo się, nieprawdopodobne się działo, wszystko się działo

29.08

29.08

30.08

30.08

04.09

04.09

niedziela, 3 września 2017

wielkie porządki i cudze słowa po latach


wywaliłam dziś mnóstwo papierów, po których zostały mi "koszulki" z odzysku, porządkowałam jak szalona, bez litości, jak zmiany to zmiany, wyrzucałam starocie, zeszyty, nieużywane kalendarze, własne zapiski, a przede wszystkim szkolne materiały co to się miały przydać, a od dawna się nie przydają, czego się przy takiej okazji nie znajduje.... oprócz oczywistego zysku, w postaci miejsca w szafkach i na biurku oraz porządku w pomocach i innych szkolnych rzeczach, znalazłam też zeszyt z czasów studiów jeszcze, a tam zapisany wierszyk pewnego starszego pana, pod koniec studiów często czatowałam w jednym z wirtualnych pokoi na gazeta.pl, szefem pokoju była pan o ksywie oldpiernik, a większość czatujących stanowiły kobiety, klimat był miły, nikt nie znał nikogo w realu, nawet imiona odpadły, były tylko nicki, a mimo to wszyscy byli dla siebie dość mili i tolerancyjni, nie pamiętam jak się ten pokój nazywał.... coś z ogrodem...., no i było poetycko i elitarnie, bo żeby móc tam bywać trzeba było mieć zgodę oldpiernika, lubiłam ten pokój, potem... chyba z tego wyrosłam, gazeta.pl zlikwidowała czaty i tak sobie to wszystko zgasło, z tamtego czasu pozostał mi tylko jeden wirtualny wpis oldpiernika, który w tamtym czasie, kiedy miałam.... 25 lat.... zrobił na mnie wrażanie i wydał mi się na tyle ważny, że go sobie przepisałam i jak widać przechowałam, a może bardziej jest tak, że sam się niechcący przechował, znalazłam go teraz i jakoś mnie to ucieszyło, wpis wygląda tak (skrzypi pięknym i ciut naiwnym idealizmem, ale chyba nadal mi się podoba):

sobota, 2 września 2017

kosmiczne scenki rodzajowe

poważnie podejrzewam, że żyję z kosmitami, pierwszym jest mój pies, który w poświacie porannego światła wyglądał jak postać nie z tej ziemi, jakby szykował się do odlotu na macierzystą planetę albo jakby dopiero co oddali go kosmici... w sumie wiele by to wyjaśniało... Drugim kosmitą nieuchronnie jest Mała Mi, która dekuje się w pokoju i nałogowo czyta książki, wypełza tylko na jedzenie, a poza tym definitywnie odmawia opuszczenia domu - na jakbym miała sublokatora.... a nie stworzenie, które wypełzło z moich trzewi, czyli rodzinę, obca się zrobiła, na drzwiach ma napis odbierający złudzenia ("Nie wchodzić!"), a tuż za drzwiami jest drugi, przewieszony przez poręcz łóżka, którego nie da się nie zauważyć, gdybym nawet pominęła pierwszy ("Kartka nadal wisi!!!") i wymalowana pisakami czaszka, koty zawsze były walnięte i trzymają poziom... i wychodzi na to, że tylko ja jestem względnie ziemska, do tego doszło...



piątek, 1 września 2017

jesień przyszła we wrześniu bez litości, ale to nic nie szkodzi

wrzesień i od razu: ziąb, plucha, szarość i ogólna maskara, jakby mi moje piękne, pełne słońca i światła wakacje w jednej chwili (przynajmniej i oby tylko pogodowo) skonały, w odruchu desperacji zapisałam się na bieg, wcale w tym roku nie biegałam w zawodach i sądziłam, że już nie pobiegnę, a tu ni z tego, ni z owego wiedziona impulsem, na emocjonalnych dopalaczach szast prast i się zapisałam, mały bieg w małym miasteczku, małe 10 kilometrów, ale potrenować trzeba, żeby nie było wstydu, w efekcie - pomimo pogody wysoce przeciętniej - wskoczyłam rano w legginsy i do lasu, nogi rozruszać, a w lesie kurczę jest pięknie!! grzybów mnóstwo, chyba nawet maślaka znalazłam, wszystko pachnie wilgotną ziemią i życiem, bo przecież dopiero wrzesień, jeżyny dojrzały, pyszne są, wrzosów zatrzęsienie i nagle przypomniało mi się, że jesień jest obleśna dopiero w (tfu)listopadzie, ale przedtem to może był niczego sobie, nawet biegało mi się nieźle, choć deszcz siąpił... potem wdepnęłam do nowej palcówki, w której przyjedzie mi pracować, ale nie ma o czym gadać, rozpierducha i prowizorka, chaos, odsuwam to od siebie, robię swoje, pomyślę o tym w poniedziałek, być może, a tymczasem pada deszcz, zupa marchewkowa z imbirem i chili, choć może brzmi tak sobie, przyjemnie grzeje kości, kawa, książka, list, brakuje mi bardzo mojego lata, ale to i tak może być piękna jesień, wierzę, że może być