sobota, 20 czerwca 2020

15 i dakłas

Mała Mi ma 15 lat, kiedy to się stało?
Wybrała oczywiście dakłasa i stertę komiksów. Praktyczna matka wybrała dla niej designerskie krzesło, którego bajerancki wygląd nie ocalił przed nieufnością, gdyż jak większość ścisłych umysłów Mała Mi nie lubi zmian. Toast czerwonym winem. Nasz wspólny dzień.


czwartek, 18 czerwca 2020

Krzysztof Jóźwik "Zamachowcy"- book tour 28 (32/52)


"Zamachowcy" to powieść sensacyjna, która ma wiele bezdyskusyjnych zalet zdradzających duży potencjał autora oraz kilka usterek, które warto poprawić, bo rzutują na odbiór całości. Powieść opisuje przestępstwa dokonywane przy użyciu nowoczesnych technologii przez trójkę wybitnych i dobrze opłacanych ludzi - Bitcoina, Doktora i Julię. Oczywiście chodzi też o polityczne gry, bo cyberataki organizowane przez trójkę najemników mają osłabić czy wręcz zniszczyć autorytet rządzącego w kraju ugrupowania. Przestępcy uderzają więc w instytucje lub miejsca, które miały być symbolem sukcesu będącej u władzy partii (o budzącej dość oczywiste konotacje nazwie Sprawiedliwi i Zjednoczeni). Przez całą fabułę z jednej strony obserwujemy zatem działania tytułowych zamachowców, a drugiej czynności usiłującej ich wytropić specjalnej, elitarnej wręcz grupy z CBŚ z komisarzem Tomaszem Królikiewiczem na czele. Jest to ciekawe starcie, interesujące dla czytelnika na wielu płaszczyznach. Jest w nim metodyczna i oparta na nowoczesnym sprzęcie praca policji, ale też genialne i precyzyjne działania zamachowców. Jednak przede wszystkim ciekawe i niebanalne jest to, że podział na tych dobrych i tych złych nie zawsze jest pomiędzy tymi dwoma grupami postaci jednoznaczny. Autor pozwala nam bowiem dobrze poznać większość bohaterów. Znamy zatem ich przeszłość, motywacje, uzdolnienia, widzimy ich w chwilach triumfu i słabości, więc tym łatwiej angażujemy się w ich losy i przeżycia, a granica między dobrem i złem się rozmywa. W efekcie z jednej strony imponują nam zdolni przestępcy i trochę chcemy, aby im się udało, a z drugiej strony podziwiamy policjantów i chcemy, aby także ich pościg skończył się sukcesem. W międzyczasie czytelnik ma też możliwość, by śledzić zakulisowe rozmowy i działania wysoko postawionych polityków, w których pozycję uderzają działania zamachowców. Manipulacja, bezpardonowa walka o władzę, interesowność, zakłamanie, bezwzględność.... te powtarzające się elementy działań i rozmów rządzących państwem ludzi sprawiają, że kluczowymi postaciami negatywnymi wcale nie są ostatecznie przestępcy, ale właśnie politycy, którzy pociągają za sznurki lub usiłują za wszelką cenę chronić swoje prywatne interesy. Przyznać trzeba, że bardzo to jest ciekawie pomyślane i zbudowane, a ten przesunięty na drugi plan etyczny barometr powieści wypada bardzo prawdziwie i przekonująco.

Imponująca jest też wiedza autora z zakresu działania nowoczesnych technologii informatycznych, ale nie tylko. Świetnie opisana jest również metodyka różnych działań policji podczas śledztwa i pościgu, funkcjonowanie lotniska, elektrowni czy nawet banku oraz wpływ zakłóceń w ich czynnościach na życie użytkowników. Ukazano też powiązania świata polityki i mediów czy wreszcie mocno wybrzmiało także znaczenie psychologii zarówno w działaniach przestępczych, jak i śledczych.... Wyobrażam sobie, że za tą powieścią stoi dość bogaty research, który autor musiał wykonać, a zapewne także wiedza, którą posiada osobiście. I warto zwrócić na tę merytoryczną rzetelność utworu uwagę, bo wpływa ona znacząco na autentyzm świata ukazanego w powieści, a także czyni z "Zamachowców" książkę po prostu poznawczo interesującą. Inną zaletą jest też pewien zdrowy balans, który udało się zachować pomiędzy aktualnością a uniwersalnością powieści. Czytelnik może odnieść wiele opisanych w powieści sytuacji, wydarzeń czy mechanizmów do świata polityki, mediów i zależności gospodarczych czy nawet przestępczości, które ma w spektrum swoich bieżących doświadczeń. Jednocześnie jednak poruszony w książce problem deprawującego wpływu władzy na człowieka, kwestia pogoni za sławą i pieniądzem, czy wreszcie przede wszystkim cyberprzestępczość i związane z nią zagrożenia zachowują rysy uniwersalne. Historia opisana przez Krzysztofa Jóźwika ma zatem rozpoznawalne polskie realia, ale mogłaby też wydarzyć się w wielu innych krajach.

Akcja powieści pozostaje dynamiczna pomimo dość prostej konstrukcji. Śledzimy kolne przestępstwa zamachowców oraz kolejne kroki w śledztwie policjantów, ale nic nie jest odbiorcy podane zbyt szybko lub w zbyt oczywisty sposób. Od czasu do czasu ujawniane są kolejne sekrety poszczególnych bohaterów, co nieco zmienia perspektywę oglądu zarówno postaci, jak i wydarzeń, a przede wszystkim utrzymuje napięcie. Są także tajemnice, które pozostają niewyjaśnione do końca utworu, co wydaje się celowe i zostawia czytelnika z... pewnego rodzaju oczekiwaniem na być może kolejną część powieści, a może także z niepokojem i przekonaniem, że świat wielkiej polityki nawet w literaturze pozostaje dla zwykłych ludzi nieprzenikniony. Wracając jednak do fabuły.... sceny pościgów czy relacje z akcji przestępczych wypadają naprawdę dobrze. Ich opisy są dokładne, ale mimo to dynamiczne, pełne zwrotów, te sceny porywają, a finał powieści czyta się rzeczywiście jednym tchem. Znacznie mniej szczęścia ma autor do scen miłosnych, które są na szczęście nieliczne i wypadają... dość mdło i sztampowo. Konstrukcja poszczególnych postaci zdradza też niekiedy, że autor jest pisarzem początkującym. Ekspozycje powieści wypełniają często nazbyt szczegółowe kolejne prezentacje kluczowych postaci. Niektóre z nich poznajemy później lepiej w osobnych podrozdziałach oraz scenach i to bywa interesującym uzupełnienie. Pod tym względem świetnie zbudowaną postacią jest Bitcoin. Początkowo wydaje się klasyczną, niemal tekturową postacią wyciętą wprost z kina akcji. Umięśniony, doświadczony strateg, całe życie w tajemniczych akcjach, bez rodziny, inteligenty, dominujący, lider. Ale później poznajemy jego niepokoje, ukryte motywy, odsłaniane są jego emocje i w efekcie ta postać bardzo zyskuje, finałowo nawet wzrusza. Autor nie wszystkich swoich bohaterów traktuje jednak tak samo. Przestępcy są dokładniej opisani niż policjanci. Z wyjątkiem komisarza Królikiewicza, czyli interesującego szefa grupy śledczej i zarazem nieco zbyt cukierkowego i nierozsądnego małżonka pewnej celebrytki, większość policjantów znamy tylko z ich wstępnych opisów, a ich psychologia w wielu przypadkach pozostaje niepogłębiona w dalszej części powieści, co sprawia, że tracą swoją wyrazistość. Przykładowo: Piotr Wrona i Robert Bielski mylili mi się przez całą powieść, a nadinspektor Bury, który wydawał się ekstremalnie wyrazisty w początkowej fazie powieści potem przyblakł i jest postacią, którą autor zdecydowanie niepotrzebnie zaniedbał. No i olśniewająco piękne kobiety.... rozumiem, że o takich postaciach się przyjemniej pisze i przyjemniej się je kreuje, ale takie jednostajne obrazowanie grozi zlaniem się postaci kobiecych w jeden mało rozpoznawalny (choć efektowny) twór. Z drugiej strony przyznać trzeba, że na przykład Julia jest bohaterką bardzo udaną i interesującą, jej osobowość wyjściowo świetnie nawiązuje do motywu kobiety fatalnej, a zarazem w toku powieści klasyczne rysy tego wizerunku ulegają przełamaniu i na posągowej toksycznej osobowości i wielkiej urodzie pojawiają się pęknięcia, które czynią z Julii kobietę intrygującą i nieoczywistą. Przydałyby się jednak dla kontrastu także bardziej "ludzkie" kobiety wśród galerii piękności w "Zamachowcach", choćby po to, żeby nadać powieści realizmu zamiast niemal kreskówkowej umowności w rysowaniu postaci kobiecych.

W lekturze przeszkadzają jednak głównie... usterki językowe i stylistyczne. Nie są one zwykle rażące, choć wypada przyznać, że i rażące się zdarzały. Mimo to drobne natręctwa stylu (nadużywanie spójnika "ale" lub konstrukcji "zarówno...., jak i....") czy błędy składniowe wynikające zazwyczaj z budowania niezwykle długich zdań lub frazeologiczne (w tym tautologie) czasami obniżają komunikatywność narracji, a czasami po prostu mogą zgrzytać po co czujniejszych czytelniczych uszach. Krzysztof Jóźwik jest bez wątpienia zdolnym autorem powieści sensacyjnych, ale przydałby mu się czujny redaktor, który nieco dopracowałby językowo tekst utworu, na czym powieść na pewno by zyskała. Taka pomoc przydaje się wszystkim pisarzom, także tym najwybitniejszym, lecz początkujący autor potrzebuje jej szczególnie. Mimo językowych usterek różnego typu uczciwie muszę jednak przyznać, że rzeczywiście dałam się tej fabule "Zamachowców" porwać i uwiódł mnie sensacyjny nerw tej powieści. Na uwagę zasługuje zwłaszcza finał, który był nieprzewidywalny, zaskakujący i filmowo spektakularny, ale zarazem nie był to pusty fajerwerk, bo towarzyszyły mu też mocno zróżnicowane emocje. Fabularnie został on zbudowany i przygotowany w toku akcji ładnie, z zauważalną dokładnością i z dużym wyczuciem.

"Zamachowcy"... - w sumie naprawdę niezła, zatrzymująca uwagę odbiorcy sensacja, na pewno interesujący Autor. Przeczytałabym jego kolejną powieść.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję organizatorce book tour, Monice z Zaczytanego świata Moni oraz autorowi, Krzysztofowi Jóźwikowi.






piątek, 12 czerwca 2020

Marek Krajewski "Mock. Ludzkie ZOO" - 31/52


"Mock. Ludzkie ZOO" to powieść, przez którą przedzierałam się dość długo, co podczas czytania utworów Krajewskiego jest jednak dla mnie dość nietypowe. I początkowo nie wiedziałam, o co mi chodzi, czego się czepiam i co mi tu nie gra. Bo po prawdzie, jeśli ktoś nie czytał innych części serii o Mocku, to ta powieść będzie dla niego po prostu świetnym retro kryminałem. Jest to bowiem po prostu dobrze napisana powieść - z zawikłaną intrygą, mrocznym klimatem, interesującymi psychologicznie bohaterami, a do tego poparta solidnym, bogatym researchem historycznym i naukowym na wielu polach. Ale jeśli ktoś czytał inne części serii, to odczuje, że ta część jest inna, odczuje pewne braki, które nie są ustakami sensu stricto, ale są odstępstwem nie tylko od wyrobionych oczekiwań czytelnika, ale i od specyfiki całego cyklu. 

W "Ludzkim ZOO" Mock jest młody, ale już po studiach i pierwszych sukcesach w policji, trwa jego szpiegowskie szkolenie, w którym chętnie uczestniczy, wierząc, że to początek kariery w wywiadzie. Tymczasem kochanka wachmistrza, Maria słyszy nocą duchy chodzące wokół jej mieszkania położonego w terenie opustoszałego, starego dworca. Mock sprowokowany przez dziewczynę zaczyna nocą nasłuchiwać opisywanych mu wcześniej dźwięków i ze zdumieniem odkrywa, że rzeczywiście wyraźnie słyszy dobiegające z głębi budynku jęki kobiet, płacz dzieci, wrzaski zwierząt. Chcąc uspokoić Marię oraz własne niepokoje, zaczyna szukać źródła  hałasów i tak trafia do miejsca zwanego Hadesem, pełnego przemocy, gwałtów, narkotyków i niewyobrażalnego okrucieństwa, za które odpowiada inteligentny szaleniec i w które uwikłany jest wysoko postawiony funkcjonariusz wywiadu... 

Jako fanowi Mocka i powieści o nim czegoś mi jednak w "Ludzkim ZOO" zabrakło... Może Breslau? Bo niby ono jest, ale widzimy głównie pustoszejący stary Dworzec Kolei Górnośląskiej, jego zapuszczone pomieszczenia oraz czeluście, schrony i podziemia pod nim, widzimy budynki ZOO, trochę szpital, trochę archiwa, jedną knajpę, cyrk, kilka ubogich wnętrz mieszkalnych, trochę Dworzec Główny, trochę zaułki Hali Stulecia, ale nie sposób było tym razem iść z Mockiem przez Breslau, bazując na tych kilku dominujących miejscach, które pomimo gęsto padających nazw ulic i opisów niektórych miejsc miewały rysy na tyle uniwersalne, że mogły być gdziekolwiek indziej, w jakimśkolwiek innym większym mieście (podziemia, bunkry, cyrk, szpital, opustoszałe budynki). W dodatku w ostatniej fazie akcji przenosimy się do Afryki, a potem do Berlina, a Breslau "znika" zupełnie. I nawet Mock w "Ludzkim ZOO" bywa jakby niepodobny do Mocka, bo pozbawiony policyjnego sznytu, jego śledztwo jest na tyle prywatne i osobne względem działań policji, że można ulec złudzeniu, że jest on raczej prywatnym detektywem lub szpiegiem. W zasadzie młody wachmistrz niemal wcale nie współpracuje z policją. Śledztwo prowadzi za namową kochanki, a potem z osobistego przywiązania do porwanego dziecka, a wspierają go w tym ludzie spoza policji. Nie ma Smolorza, nie ma Muhlhausa, żadnych krewnych Mocka, nikogo ze znanych z innych części postaci, poza epizodycznie obecną baronową Charlottą Bloch von Bekessy oraz wspominanym tylko w rozmowach szefie wywiadu Nicolaiem. Jest rok 1914 i Mock odbywa szkolenie szpiegowskie, co wyjaśnia jego kontakty z wywiadem, ale poza tym jest przedziwnie sam, brak mu tła, brak postaci, które uzupełniały Mocka i stwarzały dla niego osobowościowy kontekst. I nawet miłosny wątek także jakoś nie przekonuje, Mockowie zależy na Marii, a zarazem nie dość mu na niej zależy. Waha się czy z nią zerwać czy się raczej zaręczyć, poświecą dla niej wiele, ale ostatecznie łamie dane jej słowo i zostawia ją w pewnym momencie dosłownie i w przenośni za sobą. To inny Mock. Bardziej szpieg lub prywatny detektyw niż policjant. Bardziej skrycie marzący o domu i dzieciach mężczyzna niż czuły na fizyczne powaby wielu kobiet kochanek. Tylko jego instynkt śledczy, dociekliwość, nieugięte dążenie po trupach do sprawiedliwości pozostają te same, choć może niekoniecznie w Afryce, gdzie kluczową troską bohatera wydaje się walka z przeróżnymi owadami oraz biegunką... Inna sprawa, że w każdej z pozostałych części serii Mock był tak dominująca i bogatą osobowością, że zajmował sobą dużo powieściowej "przestrzeni", tymczasem w "Ludzkim ZOO" wydaje się zagubiony, niepewny i nierzadko bezradny.... a najbardziej tajemniczym i zjadającym uwagę odbiorcy bohaterem jest postać negatywna, czyli psychopatyczny naukowiec zwany Gadem, zaś w "afrykańskiej" części powieści uwagę kradnie mnich, James Dalrymple, który zresztą swoją przenikliwością, siłą, nieustępliwością, wykształceniem i nawet sporym uwielbieniem dla trunków przypomina Mocka z innych części serii. "Ludzkie ZOO" jest to zatem dość dziwna część cyklu. Gdybym miała bardzo krótko określić tematykę i temperaturę etyczną tej powieści, to powiedziałabym, że to taki kryminał, który utknął gdzieś pomiędzy "Jądrem ciemności" Conrada, a "Wyspą doktora Moreau" Wellsa. Tuż po lekturze wiem, że "Ludzkie ZOO" to jest świetnie napisany i skomponowany kryminał, nieprzewidywalny, z ładnie prowadzoną pełną volt intrygą, mrocznym gęstym klimatem, interesującymi bohaterami na wszystkich planach powieści, a mimo to z całą pewnością nie będzie to jednak moja ulubiona część serii. 

Marek Krajewski "Mock. Ludzkie ZOO" 

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Dziecko

taka byłam, chyba w wieku 4 lat, dziś myślę i wiem, że moje życie było wówczas bardzo skomplikowane i trudne, może nawet za trudne i za skomplikowane, mimo że rzecz jasna większości zdarzeń z tamtego czasu nie pamiętam, to jednak coś przecież czyniło ze mnie dziecko o dość poważnym wejrzeniu; 
przedziwne jest to, że teraz mam podobną fryzurę, co w sumie zauważyłam niedawno; 
a jeśli chodzi o tę dziewczynkę na osiołku, to nie mogę powiedzieć, że już jej nie ma, bo wiem, że gdzieś tam jest i często bywa ostro wkurwiona, zawsze, gdy czuję gniew, wiem, że to ona


sobota, 30 maja 2020

"To kwestia wstydu. Poczucie winy sprawia, że człowiek zwyczajnie się wstydzi." Piotr Wójcik "Wina. Metropolia"- book tour 27 (30/52)

"Wina. Metropolia" Piotra Wójcika to jest książka o dynamice i temperaturze dziennikarskiej relacji z miejsca zbrodni. I to się może podobać, a zarazem to może przeszkadzać. Mnie naleciałości publicystycznego stylu, który pożerał niejako literackość powieści często przeszkadzały. Z drugiej strony na poziomie intrygi kryminalnej powieść mnie wciągnęła, szczególnie ten problem poczucia winy i destrukcji, którą sieje ono w życiu wielu osób, co dotyczy zarówno ofiar, jak i sprawców zbrodni, a także ludzi wydawałoby się postronnych. Do tego powieść oferuje dość złożone psychologie postaci, w tym zwłaszcza komisarza Pawła Góralczyka, który prowadzi śledztwo, całkiem ciekawa jest też rozbita na postaci narracja, która pozwala śledzić poczynania i myśli różnych osób uwikłanych w śledztwo w sprawie morderstwa - to wszystko sprawia, że "Wina" wciąga. A mimo to finał jest gorzki... i nie do końca umiem się z nim pogodzić.

Akcja zaczyna się od sceny brutalnego i wyrachowanego mordu na charyzmatycznym i wpływowym księdzu Nosolu w Katowicach. Z miejsca zbrodni ucieka na oczach świadków miejscowy łobuz, Dawid Kwiek, który wielokrotnie groził księdzu, w dodatku ucieka umazany jego krwią, więc pozornie sprawa wydaje się oczywista, mimo to jest to oczywistość, której zarówno prowadzący śledztwo komisarz Góralczyk, jak i czytelnik nie traktują serio. Miasto, które i tak rozdzierane jest wieloma konfliktami, zaczyna tętnić od domysłów i spekulacji, wszystkim zależy na szybkim wyjaśnieniu sprawy.  Ksiądz uwikłany był też w lokalną politykę, co w pewnym momencie drastycznie poszerza krąg podejrzanych o dokonanie zabójstwa. Z pewnością jego śmierć była na rękę dynamicznie działającej w mieście Frakcji Antyfaszystowskiej, która niedawno przerwała wykład księdza. Na arenie pojawia się też miejscowy przedsiębiorca Plura, właściciel spółki Katowickie Kamienice i jego pomocnik Marcin Wiśniewski, którzy w dyskusyjny sposób przejmują miejskie kamienice i pozbywają się z nich ubogich lokatorów poprzez szykany i podnoszenie czynszu, a zarazem starają się współpracować z Kościołem, by pozyskać intratne zlecenie. Ich także coś łączyło z zabitym księdzem, trudno jednoznacznie jednak orzec, jakie to były relacje - dobre czy złe. Tymczasem komisarz Góralczyk, pedantyczny outsider średnio lubiany w pracy, choć ceniony za skuteczność w śledztwach, doświadcza stanów lękowych i trafia pod opiekę policyjnej psychiatry, pięknej Marty, jednocześnie stara się wnikliwe prowadzić śledztwo w sprawie, która staje się coraz mniej jednoznaczna. Wkrótce dochodzi do kolejnej zbrodni...., a jej ofiarą pada znowu osoba wpływowa i znacząca w katowickiej polityce. Cała ta intryga jest ciekawie pomyślana. Nieoczywista psychologia postaci, skomplikowane relacje i równie skomplikowana sieć połączeń w polityce lokalnej Katowic - to wszystko wciąga czytelnika w świat powieści, sprawia, że chce on śledzić akcję aż do rozstrzygnięcia, by poznać prawdę, by odkryć sekrety bohaterów. Ten krymialno-sensacyjny nerw oraz umiejętne budowanie sieci napięć i zależności są mocną stroną tej powieści. Podobnie zresztą jak wątek dewastującego rzeczywistość poczucia winy, który przenika akcję utworu czy bardzo dobra znajomość topografii Katowic, które są miejscem akcji i do których autor dość umiejętnie czytelnika przenosi. Ciekawym zabiegiem jest też pewna migotliwość punków widzenia, z których czytelnik śledzi rozwój wydarzeń. Narrator ukazuje bowiem sytuację z perspektywy kilku kluczowych postaci, ich emocji, refleksji, osobistych uwikłań, co daje odbiorcom bardzo bogaty wgląd w powieściową rzeczywistość. A jednak....  "Wina. Metropolia" to powieść niewolna od niedoskonałości.

Po pierwsze... jest wiele takich momentów w relacji wydarzeń, w których nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że czytam relację reportera w gazecie. Piętrzenie konkretów, rzeczowych opisów, takie strzelanie zobiektywizowanymi informacjami przypomina dobry reportaż i czasami zdarza się to mocno z dość literacką w ujęciu językowym psychologią i emocjonalnością postaci, która jakby pojawia się gdzieś pomiędzy tymi rzeczowymi konkretami. Czasami daje to ciekawy efekt, dynamizuje przebieg wydarzeń, buduje nieoczekiwane kontrasty, a czasami - jeśli zbyt długo styl publicystyczny przeważa nad literackim - jest to po prostu męczące i tworzy pewne stylistyczne pęknięcia w powieści. Konstrukcja intrygi sensacyjnej wydaje się bardzo przemyślana, choć istotny dla jej rozwoju wątek aborcyjny pojawia się w toku akcji dość późno, można to oczywiście logicznie uzasadnić przebiegiem śledztwa, które stopniowo odkrywa sieć połączeń między postaciami uwikłanym w zbrodnię, ale z literackiego punktu widzenia, pamiętając, że perspektywa trzecioosobowego narratora jest zwykle perspektywą szerszą i rozleglejszą niż ogląd, który mają bohaterowie, pewne sygnały dotyczące tak kluczowego wątku powinny były pojawić się wcześniej niż w drugiej części toku akcji powieści, aby kompozycja świata była kompletna. No i w kwestii fabuły oraz treści... wiele jest w "Winie" celnych reflacji o roli Kościoła w życiu społecznym, wiele psychologicznie trafnych uwag o emocjonalnej sferze życia człowieka, ale... jest jeden wątek, którego zwieńczenie uważam nie tylko za w pewnej mierze społecznie szkodliwe, ale i za bardzo niekorzystne i niewiarygodne na płaszczyźnie psychologii postaci...
(UWAGA: dalszy ciąg zawiera drobne spoilery)

Jeden z bohaterów powieści w młodości uczestniczył w przestępstwie seksualnym, nigdy się nie przyznał, nie zadośćuczynił, nie poniósł żadnej kary, ale to wydarzenie zniszczyło jego życie i osobowość, z powodu dręczącego go poczucia winy, mimo upływu lat nie umie sobie z tym poradzić. W pewnym momencie akcji o jego czynie sprzed lat dowiaduje się wiele osób, co on sam przyjmuje ze zrozumiałą mieszanką wstydu i ulgi, tym bardziej że sam się do tego przestępstwa przyznał. I co? I nic. Nadal nie ponosi żadnych wymiernych konsekwencji. Jego znajomi i zwierzchnicy uznają sprawę za przedawnioną, za wybryk z młodości lub zwyczajnie wybaczają bohaterowi ze względu na jego późniejsze zasługi, choć nie w ich gestii leży wybaczenie. Jest to o tyle mało przekonujące, że sam bohater zdaje się także oczekiwać, potrzebować i domagać się kary, która przyniosłaby mu swego rodzaju ulgę. Czytelnik także tego się spodziewa i sposób, w jaki inne postaci bagatelizują pełen bezmyślnej przemocy czyn, którego dopuścił się bohater stanowi nieprzyjemny dysonans. Nie spodziewam się wielkiej kary, ale jakieśkolwiek konsekwencje za seksualne przestępstwo bohater powinien był ponieść. Tymczasem jego wina się rozpływa, choć miała niezwykle destrukcyjny wpływ na wielu ludzi. I to nie jest dobre rozstrzygnięcie. Psychologicznie jest to nieprzekonujące, bo przez większość powieści bohater wydaje się potrzebować kary, a i cała fabuła "Winy" zmierza ku temu, by pokazać, że każda zbrodnia domaga się wyrównania i może pociągać kolejną, jeśli ono nie nadejdzie. Poza tym pokazywanie w powieści, że przestępstwo seksualne może ulec "przedawnieniu" i nie generować żadnych konsekwencji, budzi mój sprzeciw na płaszczyźnie czysto etycznej jako czytelnika, bo uważam takie przesłanie za szkodliwe. I w jakimś sensie zepsuło mi to lekturę tej skądinąd ciekawej i wciągającej powieści. Wina za zbrodnię, za krzywdę wyrządzoną bezbronnemu to poważna sprawa, zwłaszcza jeśli jest ona też przestępstwem w rozumieniu kodeksu karnego, nie da się jej spłycić samym wstydem lub przyznaniem się, ani wybaczeniem innym niż wybaczenie ofiary. Bez kary i konsekwencji wina nigdy się nie kończy, w głowie sprawcy, w pamięci ofiary czy świadków ta zbrodnia nadal żyje i trwa. I tak naprawdę to widać w finale głównego wątku sensacyjnego "Winy", a zarazem ulega to podważeniu w rozwiązaniu losów jednej z głównych postaci. I jakoś fałszywie mi to zabrzmiało, cały ten dysonans w treści, psychologii czy nawet wymowie utworu, ale nie tylko. Bo także mnie jako człowiekowi źle to wybrzmiało: że jak zrobisz komuś bezbronnemu, z premedytacją wielką krzywdę, która zmienia tę osobę na zawsze i to nie na dobre, a potem jest ci z tym źle i minie wiele lat, to można ci odpuścić i to jest w porządku? No właśnie nie jest, wobec absolutnie wszystkich, nie jest. "To kwestia wstydu".

Za możliwość przeczytania książki i za zupełnie prawdziwy żal oraz smutek i gniew, które poczułam dziękuję organizatorce book tour Andżelice z Czytam dla przyjemności oraz autorowi Piotrowi Wójcikowi.









piątek, 29 maja 2020

już

pisarz odchodzi, szkoda, że to już, umarły z nim wszystkie jego nienapisane książki, te napisane patrzą na mnie z półki i utrwalają jego życie


środa, 27 maja 2020

" (...) zmiana to jedyny pewnik w życiu" - Kamila Mitek "Na śniadanie.... tort szpinakowy" book tour 26 (29/52)

"Na śniadanie... tort szpinakowy" Kamili Mitek to więcej niż dobra powieść obyczajowa. Powiem nawet tak: popularna literatura obyczajowa powinna być właśnie TAKA, tego od niej oczekuję. Lekki styl, ładne (poprawne) pisanie, inteligentne poczucie humoru, spójność wizji i wątków, ale pod tym wszystkim także istotne, zupełnie niebłahe przesłanie: nie bój się zmian, walcz o siebie, otwórz się na świat i ludzi. Bardzo udana powieść, którą można (i warto) ze sobą zabrać wszędzie.

Główną bohaterkę powieści, Asię poznajemy w trudnym momencie jej życia (stara piosenka w wykonaniu Krystyny Jandy "A ja jestem proszę pana na zakręcie..." grała mi w głowie przez cały początek utworu...). Asię zdradził i porzucił mąż, w dodatku dla pięknej kobiety, z którą Asia pracuje w jednej firmie i której przygotowania do ślubu z swoim byłym małżonkiem chcąc nie chcąc musi obserwować. I co ona na to.... Początkowo nic... zahukana i uległa wobec dominującego i despotycznego męża dziewczyna trochę nie umie odnaleźć się w życiu bez niego, jest zagubiona i zrozpaczona. Stara się skupić na opiece nad  ponad wiek dojrzałym 7-letnim synem, usiłuje pracować, żyć samodzielnie, odbudowywać powoli swoje życie. Mimo wrodzonego poczucia humoru, z którym Asia referuje swoją sytuację i codzienne zmagania, nie da się tej dziewczynie nie współczuć. I to jest w tej powieści świetne, nieustannie zachowywana jest subtelna równowaga między śmiechem i poważnymi refleksjami o zmienności życia. Nie da się nie kiwać z politowaniem i uśmiechem głową, patrząc jak bohaterka dewastuje swoje włosy myląc w porannym pośpiechu spray z klejem i jak spóźniona odwozi syna na trening, biegnie w panice do fryzjera, a potem cichaczem przemyka się do pracy, tym bardziej że język, którym posługuje się Asia jest pełen autoironii i dowcipnego dystansu do ludzi i świata. Z drugiej strony śledzenie jak zakompleksiona i niepewna swojej wartości bohaterka zaczyna być kobietą samodzielną, odkrywa własne pragnienia i zdolności, odważne walczy o swoje szczęście oraz niezależność i z trudem zachowuje fason na ślubie byłego męża skłania odbiorcę do wielu zupełnie poważnych refleksji i budzić może wiele emocji. Czasami zmiana nawet jeśli jest powiązana ze smutkiem i życiową katastrofą bywa zaczynem czegoś dobrego, początkiem odnowy - takie przesłanie wydaje się płynąć z losów Asi.

"Na śniadanie... tort szpinakowy" jest też powieścią, która w gruncie rzeczy tematycznie jest bardzo bogata, a zarazem zachowuje cały czas kompozycyjną spójność i niezwykłą lekkość stylu, która czynią ją książką po prostu przyjemną w lekturze. Jest to więc powieść o miłości i to ukazanej w kilku odsłonach, bo wątków miłosnych jest kilka, a każdy ma swoją specyfikę (oczywiście Dawid Szramowski jest tu najważniejszy, wydaje się wręcz niemal ideałem mężczyzny wyciętym z kobiecych marzeń, trochę to taki rycerz na białym koniu naszych czasów, ale w bardzo pozytywnym sensie tego skojarzenia, do romantycznej warstwy powieści bardzo taka postać pasuje). "Na śniadanie... tort szpinakowy" jest też w dużej mierze powieścią o przyjaźni i sile, którą daje ona człowiekowi, powieścią o rodzinie i jej wpływie na jednostkę, a także o tym, jak niedobrze jest nadmiernie ulegać złudnemu i powierzchownemu pierwszemu wrażeniu i że w ogóle inni ludzie, zwłaszcza ci, którym trochę zazdrościmy, obserwując ich pozornie idealne życie, często czy nawet prawie zawsze nie są tacy, jacy się być wydają i warto o tym pamiętać. Utwór Kamili Mitek jest także opowieścią o przebaczeniu, o rodzicielstwie, o zdradzie, a nawet o toksycznych związkowych relacjach. I myślę (powtórzę się, ale co mi tam), że dokładnie taka właśnie powinna być dobra popularna literatura obyczajowa. Powinna dotykać uniwersalnych doświadczeń człowieka, a zarazem podawać mu je w nieprzytłaczającej, choć skłaniającej go do przemyśleń formie. I to się Kamili Mitek świetnie udaje. Jej powieść to dobra rozrywka, bardzo przyjemna lektura, która daje wiele dobrych emocji, dobrej energii, wlewa optymizm w czytelnika, angażuje jego emocje, szczerze bawi, a zarazem jest wartościową poznawczo historią o ważnych przeżyciach i doświadczeniach.

Czy można na coś pomarudzić?.... pewnie można, choć nie jestem pewna czy warto, bo jest to książka naprawdę dobra. Przyczepiłabym się odrobinę do tego, że postaci funkcjonują w pewnym wąskim kręgu znajomości, wcześniej czy później okazuje się, że prawie każdy tu każdego skądinąd zna i wszystkie relacje działają trochę jak system naczyń połączonych. Autorka stara się, żeby rozwój wydarzeń i przeżyć był domknięty w ramach galerii kluczowych postaci, nie do końca zgadza się to jednak z realiami miejskiego życia, które raczej sprzyja wielu różnym, incydentalnym kontaktom i pewnej anonimowości. No i są dwa trochę zarzucone watki, które były ciekawe, ale zgasły w toku fabuły. Po pierwsze Misiaczek... mąż najlepszej przyjaciółki Asi, czyli pięknej Oli. Czytelnik nie ma szansy go poznać, prawie nie widzimy go ani nie słyszymy, jakby był tylko taką kartonową figurą, potrzebną, żeby zbudować dalej losy Oli, a tymczasem danie mu czasami głosu, np. w rozmowie z żoną w decydujących dla ich związku sytuacjach, mogłoby być interesujące i pokazać chociażby tę starą prawdę, że nie wszystko złoto, co się świeci. No i jeszcze.. wątek, którego mi szczególnie żal, w kilku scenach pewna starsza kobieta, kwiaciarka wydaje się mieć romantyczną więź z jednym z klientów swojego sklepu, jest kilka takich sygnałów, a potem ten wątek ginie i zostaje zapomniany, szkoda, bo ładnie kiełkował i fajnie uzupełniłby dość dramatyczną historię miłosną związaną z rodzicami Asi. Są to jednak wszystko szczegóły, które nie rzutują na całość i mogą być widziane tylko moim czepiającym się okiem. "Na śniadanie... tort szpinakowy" jest bowiem powieścią zdecydowanie udaną, czasami wręcz zaskakującą świetnymi rozwiązaniami i elementami. Przykładowo:  bardzo udanym pomysłem było powolne wygaszanie wątku byłego męża i jego nowej żony. Tak jak znikali oni z życia bohaterki, jak waga tych postaci blakła w świecie Asi, tak znikali oni z głównego nurtu fabuły i pięknie się te dwie rzeczy splotły. Z oczu czytelnika też ta dwójka znika dokładnie wtedy, gdy przestają być dla niego interesujący, ich przyszłości z łatwością można się domyślić, a Asia jest od nich obojga niejako fabularnie i emocjonalnie uwolniona. Bardzo podobały mi się też pełne szczegółów opisy miejsc, nie za długie, ale dość rozległe, by łatwo i plastycznie namalować świat powieściowy, co zawsze daje postaciom ciekawy kontekst, pozwala lepiej je rozumieć, no i działa na wyobraźnię odbiorcy. Mocną stroną są też dialogi - pełne dynamiki, dowcipu, prawdopodobne życiowo, jednorodne stylistycznie. No i warta uwagi jest też subtelnie erotyczna, symboliczna w kontekście głównego wątku romantycznego wymowa tytułu powieści.... lubię i doceniam taką elegancką, pozbawioną wyzywającego charakteru, podskórną erotykę w powieściach obyczajowych. Trzeba to umieć, trzeba mieć wyczucie, inteligencję i klasę, żeby taki delikatny erotyzm w powieści budować, zatem brawo dla autorki.

Wychodzi na to, że niemalże wszystko mi się podobało. Czy było czasami za słodko, zwłaszcza w finale?..... no było, ale po prawdzie chciałam, żeby losy postaci, które polubiłam skończyły się na słodko. Czy bywało niekiedy przewidywalnie w rozwoju akcji, zgodnie z bajkową zasadą: dobrych nagrodzono, a źli dostali po nosie? oj bywało, ale miało to swój urok i stanowiło część pozytywnego klimatu całej powieści, więc się na tę bajkowość zgadzałam. Widocznie zarówno w życiu, jak i w literaturze nie zawsze potrzebujemy dramatów i trzęsień ziemi, czasami jest bardzo dobrze, gdy okazuje się, że po prostu może być i tak, że wszyscy żyją długo i szczęśliwe.

Za możliwość przeczytania tej bardzo przyjemniej powieści dziękuję organizatorce book tour Monice z Zaczytanego Świata Moni oraz autorce Kamili Mitek.