niedziela, 17 czerwca 2018

kolejny rok na słonym karmelu

od czasu gdy odkryłam słony karmel (dwa lata temu?), jestem zapiekłą fanką tego smaku, zwłaszcza w lodziarni z tzw. rzemieślniczymi lodami, nie wiem, co to znaczy, że lody są rzemieślnicze i jakoś szczególnie mnie to nie zajmuje, pewnie chodzi o sposób produkcji, dla mnie najważniejszy jest efekt końcowy, o resztę nie pytam, więc.... szłam dziś całkiem sama przez deptak w zaduchu i skwarze, było jakoś ciężko i nieprzyjemnie, jakbym brodziła w piachu bez szans na głębszy oddech, i prawdą jest, że wszystko uratował mi wtedy ten słony karmel, naprawił mi ten czas, dlatego też mocno i stanowczo zamierzam spędzić kolejne wakacje ze słonym karmelem - taki mam pewnik na dziś a propos nadchodzących wakacji, a że inne pewniki wydają się cokolwiek chwiejne, zatem trzymam się karmelu


sobota, 16 czerwca 2018

zębatka

zupełnie nooooooowe doświadczenie, byłam w salonie tatuażu i widziałam, jak żywemu człowiekowi robią tatuaż, tzn. widziałam całą procedurę i w ogóle - to, co przedtem i co potem, zeszło trochę czasu, ale było bardzo interesująco, tatuaże od zawsze mnie fascynują, choć sama nie mam żadnego, bo przeraża mnie ich definitywność, że to tak na zawsze... zawsze to jest długo, zawsze to jest trochę strasznie i zawiewa mi cmentarną ziemią, a jeśli w tym Zawsze czy w którymkolwiek momencie tego Zawsze będę kimś, kto nie chce mieć tatuażu, który chciał (i dał sobie zrobić) Kiedyś i który mimo obecnej niechęci nadal musi go mieć? wówczas będę zła przy każdym spojrzeniu na tatuaż, znam siebie, będę zła na tą mnie z Kiedyś, zła jak osa, pomimo bezsensu tej złości; poza tym czasami myślę, że po prostu nigdy nie wymyślił mi się tatuaż, który na tyle trwale określałby mnie i na tyle mocno dla mnie znaczył, że byłabym pewna, że akceptuję jego nieusuwalną obecność, a nie jestem zdecydowanie osoba, która chciałby mieć wytatuowane cokolwiek lub po prostu coś fajnego, wiem na pewno, że nie chodzi mi też o ból, to mnie nie przeraża wcale, to mnie nawet nie obchodzi za bardzo, po prostu nie ma nic, co chciałabym do mojego ciała dorzucić na stałe, no i jeszcze to, że wszyscy się teraz tatuują...., to mnie bardzo zniechęca, jak większość stadnych zwyczajów, nie ufam stadnym decyzjom i upodobaniom, ale... w tym wszystkim się nie zarzekam, może kiedyś, jakoś? może coś, co Znaczy mogłabym mieć bez poczucia, że się pospolituję, tak, coś co Znaczy pewnie mogłabym


piątek, 15 czerwca 2018

"Przeszłości było za dużo i nie wiedziałam, gdzie się przed nią ukryć." (M. Tulli "Włoskie szpilki")

dawno nic pisanego kobiecą ręką nie czytałam, więc oczywiście sięgnęłam po niedawno kupioną Tulli i oczywiście mi się podoba, bo to jest piękna opowieść jak zawsze, która nie ma jednak cech bajki, przeciwnie - jest przytłaczająco realną i wiarygodna historią ludzkich losów, które odciskają się na kolejnych pokoleniach jak piętno, i jest to wizja, której jakoś ufam, wierzę, że doświadczenia odchodzących pokoleń rzutują na ich potomków w sposób niemal organiczny, że są jak odcisk, jak ślad na naszym DNA, że niesiemy ze sobą wydarzenia, których nie pamiętamy, których nie jesteśmy świadomi, ale które wiszą nad nami jak gradowa chmura, i może wyjaśniam sobie w ten sposób moje własne obsesje, melancholie i natręctwa, może tak być, ale nawet jeśli, cóż z tego? co warta jest literatura, której nie da się odczytać ani trochę subiektywnie i osobiście, dla mnie - zbyt mało, by ją potem pamiętać, a Tulli pamiętam; główna bohaterka i narratorka "Włoskich szpilek" wychowuje się w powojennej Polsce z całym jej szarym, totalitarnym sztafażem, jest jedynaczką, córką Polki, która przetrwała obóz koncentracyjny i Włocha, który porzuca ojczyznę i przenosi się do Polski, nie jest to jednak saga rodzinna, a bardziej powieść psychologiczna i obyczajowa o kobiecie, która stara się rozumieć siebie poprzez pamieć o doświadczeniach swojej rodziny i własnych, które tylko w kontekście tej rodziny stają się dla niej możliwe do przeżycia i zaakceptowania, bohaterkę poznajmy jako osobę dorosłą, która po prostu snuje wspomnienia z różnych czasów i miejsc, układa swoją tożsamość, usiłuje samą siebie chronić, rozumieć, cenić - jest w tej historii wiele tragizmu, jest przejmujący realizm czasów i psychologii postaci, jest też solidna dawka oniryzmu i metafor, i znakomite połączenie tego co bardzo osobiste z tym co uniwersalne i ponadczasowe, bo klucz do tożsamości bardzo specyficznej i oryginalnej jednostki jest też kluczem do tożsamości innych ludzi, żyjących w podobnych czasach i okolicznościach, ma po prostu taki bardzo uniwersalny walor, w sumie jest to piekielnie dobrze pomyślane i napisane, i... mimo wszystko jakoś optymistyczne, bo jako osobowość główna postać wydaje się żyć ze sobą w zgodzie, pomimo trudnego dzieciństwa, dwóch zupełnie odmiennych rodzin i dziedzictw tychże rodzin, które ją ukształtowały oraz paskudnych doświadczeń dziecięcych i szkolnych, o których czytałam z prawdziwym smutkiem, dlatego lubię tę Tulli, a jej powieść mnie nie gruchocze, jest w jej historiach jakieś ciepło i mądrość, a jednocześnie nie ma naiwnej idealizacji, nie ma uproszczeń, do tego przejrzysta elegancka narracja, ładna kompozycja oraz - mimo skoków w czasie i wspomnieniach - stuprocentowa czytelność całej opowieści... bardzo dobre te "Włoskie szpilki"

Magdalena Tulli "Włoskie szpilki"

Magdalena Tulli "Włoskie szpilki"

czwartek, 14 czerwca 2018

impro

po wielu opowieściach Aśki wybrałam się z nią na finał impro, czyli takiego... konkursu grup amatorskich, które zajmują się improwizacjami i muszę powiedzieć, że świetne to było i znakomicie się bawiłam, i ja chce jeszcze raz! od września rusza kolejna edycja tych spotkań i ja tam się będę pojawiała!! (choć brzmi to chyba jak groźba); w tym roku wygrała grupa z ZG - Wigry, a tej grupie podopieczny Aśki, przeciekawa postać i jakieś faktycznie przedobre dziecko, lubię takich ludzi poznawać, to mi przywraca pewien balans i w ogóle sporo tam było interesujących ludzi, dowcipnych, pełnych energii, pasji, spotkałam nawet byłych utraconych rok temu uczniów, a przede wszystkim... śmiałam się, śmiałam, i śmiałam - trzeba się śmiać



środa, 13 czerwca 2018

"Rebelie leżą na wyprzedażach" (Jakub Żulczyk "Radio Armageddon" - z drobnym spoilerowaniem)

"Wszystkie rzeczy, które miały podważyć system, stały się systemem. Rebelie leżą na wyprzedażach. To, że mamy osiemnaście lat, to, że z gruntu nienawidzimy tego świata, jest wykorzystywane po to, aby sprzedać nam kolejne spodnie, buty, piwa, kondomy, konsole do gier i płyty. Masz samobójcze tendencje? Wydaje ci się, że wszyscy ludzie to puste manekiny, że za wzrokiem każdego z nich nikogo nie ma w domu, a ty jesteś sam ze swoim cierpieniem? Proszę, oto eyeliner specjalnie dla ciebie. Nie chcesz iść do pracy, wbić się w korporacyjny schemat, zgnić z żoną i dziećmi, wolisz wolność, jazdę na desce, zapach skuna na ubraniu, łupież we włosach? Proszę, oto twój napój energetyczny."(Jakub Żulczyk "Radio Armageddon")

****

I kiedy Żulczyk miał 25 lat to pisał Tak. Nieźle, z impetem, choć wolę książki późniejsze, bo zwyczajnie są lepszy, pisarsko, rzemieślniczo - lepsze, z drugiej strony nie można powiedzieć, że "Radio..." jest złe, ma swoje wady, ale... to jest powieść interesująca, coś między pochwałą młodzieńczego buntu gotowego anarchistycznie znieść i zmieść wszystko, a kolejną próbą filozoficznych rozważań o autentyczności, wolności, tożsamości, o walce z formą, niszczeniu form, co pachnie z daleka i wymownie Gombrowiczem (zgaduję, że jest to uczynione z premedytacją, bo główni bohaterowie są uczniami liceum imienia Gombrowicza, co uważam za sugestię). Powieść ukazuje historię zespołu założonego przez grupę licealistów, zespół gra... hm... no to nie jest dookreślone, ale sądząc po pozorach (instrumenty, stroje, opis gry), jest to rock, liderem jest tajemniczy i charyzmatyczny Cyprian, i tu przyznam, że stworzony wokół tego chłopaka mesjański i w sumie banalny sztafaż (przywódca rebelii młodzieży, który chce swego rodzaju odnowy świata, otoczony opętańczym kultem i uwielbieniem, tworzy przykazania, przemawia do tłumu, znika i powraca w chwale, i poświecą się... wiadomo - upiorne cliche) naprawdę mi przeszkadzał i obrał powieść z pewnej wiarygodności, mesjasze mają swój urok, ale to szablon, a nie rzeczywistość; w ogóle zauważyłam, że młody Żulczyk szarżuje i nie panuje nad swoim pisarskim temperamentem, sieć metafor, skojarzeń i kulturowych intertekstualności jest niesamowita, błyskotliwa, ale przytłacza nadmiarem, zmienia się niekiedy w gonitwę myśli i choć wydaje mi się aktualna i czytelna dla pokolenia obecnych 30- i 40-latków, to dla młodszych ludzi... spora część tych kulturowych korespondencji będzie niejasna, i to jest szkoda, bo "Radio..." jako powieść o buncie młodych ludzi, o ich zagubieniu, szukaniu tożsamości, pomyłkach ma walor ponadczasowy, który częściowo zostaje utracony z powodu zbyt mało uniwersalnych (choć przyznać trzeba znakomitych) skojarzeń i odniesień; inna rzecz - narracja, do ostatniego rozdziału rozbita na dwie postaci (członków zespołu) i to jest ciekawe, ta gra punktami widzenia (Szymon - niewidzialny w szkole kujon, zakochany w Cyprianie równie mocno, co w jego dziewczynie, zgnieciony przez wymagania rodziców, opętany przynależnością do zespołu i jego misją; oraz Nadzieja - przenikliwa i wyjątkowa gitarzystka, piękna, oczywiście piękna, mądra, wyjątkowa i zakochana w Cyprianie z wzajemnością - bo tak, jest to też śliczny młodzieńczy romans w grungowych dekoracjach), znakomita jest alinearność opowieści, to że historia zespołu jest budowana z punktu umownie określanego jako Teraz, czyli czasu tuż po niewyjaśnionym zniknięciu lidera i ze wspomnień o nieodległej zawrotnej karierze i początkach zespołu, przyznam, że łatwo się w tej mozaice retrospekcji i nawrotów dwójki narratorów zgubić i wkrada się w nią pewien chaos, ale i tak jest to zrobione ciekawie, z impetem godnym powieści kryminalnej; dla mnie oczywiście jak zawsze każda powieść Żulczyka jest przede wszystkim powieścią psychologiczną, tak było i tym razem, sposób, w jaki Żulczyk buduje postaci, wpełza w ich motywacje, konstruuje charaktery - to jest prześwietne, pełnokrwiste, ekstremalne; w ostatnim rozdziale pojawia się Cyprian jako narrator i... naprawdę nadal nie umiem ocenić, czy to dobrze? przez całą powieść buduje się jego legendę, jest jak postać z innego świata, taki chłopak, któremu urokowi i charyzmie wszyscy ulegają (łącznie z sypiającą z nim nauczycielką - sic!), chłopak uwielbiany przez swoją baaardzo dziwną sekciarską matkę, nieustannie narkotyzujący się i mający najprzedziwniejsze pomysły, które inni realizują wręcz w podskokach, a on nigdy się przed nikim w gruncie rzeczy nie odsłania, prowadzi podejrzane działania, niczego nie wyjaśnia, robi, co chce, staje się muzykiem, bo tak sobie wymyślił, porywa młodych ludzi do faktycznej (bijatyki, dewastacje, aresztowania, zamieszki) rewolucji przeciwko władzy i kulturze, do tego przemawia jak filozof.... no kosmita, postać życiowo nieprawdopodobna, ale... piękna, dałam się porwać fascynacji tą postacią, traktując ją jako metaforę czy przejaskrawiony konstrukt, konieczny dla krystalizacji tego, co jest młodzieńczym buntem, szaleństwem, niezgodą na świat wyrażaną w drodze do ocalania swojego "ja" i dorastania, a tymczasem w ostatnim rozdziale Cyprian nagle powraca i to jako narrator, chłopak nadal wyjątkowy, ale... zwykły, bo jednak to nie kosmita tylko człowiek, to tylko chłopak, który tęskni za swoją dziewczyną i chce pomóc rodzinie, który miał marzenie, lecz wymknęło mu się ono spod kontroli i stało się czymś zupełnie innym niż to czego chciał, to chłopak, który się boi, i czasem zwyczajnie sobie nie radzi... to dało tej postaci wiarygodność, dopełniło ikonę, którą lider zespołu był przez większość powieści, ale też odarło go z tajemnicy, i.... albo to jest genialny ruch, albo niekonsekwencji, której cel nie do końca wychwytuję, muszę to jeszcze przetrawić; w ogóle ci wszyscy bohaterowie są Za Bardzo, nie ma takich nastolatków, nie ma takich ludzi, tak ekstremalnych w swoich osobowościach, o wyrazistych cechach, nieustannie skrajnych czynach i zachowaniach, każda z tych postaci to ekstremum, które nieustannie bez pauzy i odpoczynku spaceruje po krawędziach własnej osobowości lub życia - jako metafora, wyostrzony obraz zjawiska jest to ok, ale to nie jest prawda tylko krzywe zwierciadło, dlatego postanowiłam - i wierzę ,że słusznie - traktować tę powieść nie jako realistyczne dzieło, co bardzo by ją zubażało, ale jako pewną satyrę na kulturę, cywilizację i społeczeństwo, ale przede wszystkim jako powieść z potężnym fundamentem filozoficznym, bo rozważań o wolności, tożsamości i ich ogranicznikach jest tam pełno, a zatem po słowami i obrazami są inne, bardziej ponadczasowe słowa i obrazy, wizerunki znaczą to, co znaczą, ale i znaczą coś poza swoim sensem dosłownym, stąd przejaskrawiania, stąd krzywizny w ekstremalnych osobowościach i wydarzeniach - wszystko, żeby wyraziście pokazać zjawisko, czyli proces walki z formą o tożsamość; poza tym wszystkim to świetna historia, jak zawsze Żulczyka zwyczajnie dobrze się czyta

Jakub Żulczyk "Radio Agmageddon"

Jakub Żulczyk "Radio Agmageddon"

Jakub Żulczyk "Radio Agmageddon"

Jakub Żulczyk "Radio Agmageddon"

wtorek, 12 czerwca 2018

tysiąc porzuconych rękawiczek - pluszowa łapa

leżała sobie w słońcu samotna i puchata, do tego brudna przeokropnie, ale nadal dosyć puszysta, chyba kiedyś była zielona, teraz tylko wyblakła, prawie ją minęłam, prawie pominęłam, ale ostatecznie zawróciłam, bo wyglądała jakby jakiemuś potworowi z Ulicy Sezmkowej, ktoś urąbał łapkę, co jest makabryczny skojarzeniem, ale chyba pierwszym jakie miałam, więc... może po prostu takie miało być, może dlatego zawróciłam


poniedziałek, 11 czerwca 2018

popołudnie pewnego kota

są takie dni, gdy samo patrzenie na mojego durnego starego kota poprawia mi zauważalnie humor, a w poniedziałki w zasadzie ratuje mi życie...