wtorek, 7 lipca 2015

idealizm

no ok, jestem głupowatym idealistą (choć być może mało kto by mi w to uwierzył...) i często wzruszają mnie rzeczy, które wydają mi się mało prawdopodobne życiowo lub wręcz niemożliwe (przynajmniej w moim wykonaniu), ale.... Drogi Świecie, wierz lub nie, szczerze i bardzo wzrusza mnie właśnie ta piosenka:



a poza tym... jadę nad morze, jadę nad morze, jadę nad morze!!!!
dać czasowi czas, równowadze przestrzeń, mojemu rozedrganiu ciszę

poniedziałek, 6 lipca 2015

kartka z pamiętnika pewnej wariatki (totalna prywata)

"Jesteś bardzo łatwa do kochania, bo mężczyźni kochają wariatki" - powiedział mój kolega gej (więc są to słowa bez drugiego dna, gdyż nie był to taniec godowy) i jest to jeden z najbardziej uroczych (wbrew pozorom) komplementów (bo tak postanowiłam to odebrać), jakie mi kiedykolwiek powiedziano. 
Tymczasem jednak.... 
Marta bardzo cierpi z powodu Pana J., który ponad wszelką wątpliwość na nią nie zasługuje, a ja nie wiem, jak jej pomóc i być może nawet nie umiem, a to nie jest dobrze. Martwię się.
A. wydaje się zestresowana i zła, zaproponowałam pomoc, zgodziła się, co oznacza, że jest bardzo źle. Też się martwię.
Powrócił B., więc lekko ugięły mi się kolanka i poczułam przypływ miękkich, czułostkowych emocji (to chyba są te całe motylki w brzuchu), co ja na to mogę - tak mam, po tych kilku latach razem i osobno jest to jednak fajne, że nadal trwa, wszystko wskazuje na to, że chyba jedziemy nad morze, bo czemu nie? rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie tylko tysiąc razy, teraz pewnie będzie tysiąc pierwszy, jeśli w końcu dam się namówić na małżeństwo, to wcale nie będę aż tak mocno zdziwiona, choć bronię się ostro, wiadomo, materiał na żonę ze mnie wybrakowany w porywach do beznadziejny.
Robert, z którym chciałam od dawna na prawdziwie przyjacielskiej stopie zbudować (odbudować) relacje, bo trzeba było to w końcu zrobić, tego chcę i jestem na to gotowa teraz, chyba odniósł wrażenie, że być może pragnę romansu, mam do niego wielki sentyment, słabość, dużo dość specyficznej, czułej sympatii i całe morze wdzięczności, ale romans i reaktywacja? - nie wpadłabym na to - męska próżność jest niezmierzona... W sumie to detal, dobrze, że znowu gadamy. Muszę jednak pamiętać o nieflirtowaniu skoro ma kobietę życia (nie chcę, żeby przez mnie płakała) i ja ostatecznie mam B. (nie chcę, żeby było mu przykro), mój specyficzny sposób bycia ciągle prowadzi do nieporozumień, a ja to wszystko serio czynię bez dwuznacznych intencji. Jak mówił Janek nic nie jest dość proste, by nie mogło zostać źle zrozumiane.
Mała Mi wyjechała i zapomniała o mnie zupełnie, co jest dobre (bo samodzielna) i smutne (bo nie byłam na to gotowa). Bywa. Staram się znosić to dzielnie.
Moja Stwórczyni zapowiedziała się z wizytą na koniec lipca, istnieje szansa, że jest to bardziej wizytacja niż wizyta. Nie wiem, czy oględziny wypadną pozytywnie, ale na wszelki wypadek zacznę wylizywać dom już na dwa tygodnie przed jej przyjazdem.
Mam egzamin. Bo awans, bo rozwój zawodowy i takie tam, piekielnie nie chce mi się do tego egzaminu uczyć ani generalnie przygotowywać, mam wszelkie syndromy totalnego braku chciejstwa, czy to oznacza Waterloo? Opcjonalnie..., ale liczę na cud. Że mi się zachce przygotowywać lub że wybrnę po prostu.

niedziela, 5 lipca 2015

konieczność smutku (W głowie się nie mieści)

wychodzi na to, że namiętnie chadzam do kina.... taka forma wakacji, dziś bajka i.... 
dawno się tak nie spłakałam na bajce, na niczym chyba, ryczałam od połowy filmu regularnie, a końcówka mnie zmasakrowała (nie ja jedna płakałam jak bóbr, po całej sali słyszałam dmuchanie nosów i chlipanie), choć film nie jest smutny i nie kończy się tragedią, po prostu daje po emocjach (co ciekawe bardziej uderza w dorosłego niż w małego człowieka, bo dzieciaki po prostu przednio się bawiły); no i teraz w sumie, o co chodzi... film pokazuje, że uczucia uważane za złe, takie przed którymi zwykle chcemy się schować lub uchylić (smutek, samotność, żal, ból, rozczarowanie, wstyd, tęsknota), są konieczne i niezbędne, jest mi to jakoś niezwykle bliskie podejście, więc może dlatego ryczałam, a może dlatego, że życie własnie tak mi się jawi w swojej najładniejszej postaci, jako coś słodko-gorzkiego? lubię sobie popłakać, lubię się śmiać, ale jedno bez drugiego byłoby czynnością niepełną i kaleką;

sobota, 4 lipca 2015

jedna taka babeczka (Agentka)


Robię korekty dla Raya i czytam ostatnio rzeczy dość przyciężkie, no i w życiu jakby trochę napięcia, więc odczuwam nieprzepartą chęć oddania się prymitywnej rozrywce, do słuchania disco polo jeszcze mi daleko, ale delektuję się kinem komercyjnym, lekkim, łatwym i przyjemnym. Nie spodziewałam się wiele po komedyjce pod tytułem "Agentka", mimo obiecującej obsady, ale film jak się okazało ma świetny scenariusz i kilka razy szczerze i głośno rżałam ze śmiechu. To naprawdę zabawna rzecz: trochę nieuniknionych elementów parodii filmów z agentem 007, sporo złośliwości, ironii, ale całość pozbawiona jest nachalnie prostackich żartów, które czasami pojawiają się w filmach amerykańskich i totalnie mnie nie bawią (może dlatego, że żarty o kupie śmieszą dzieci w podstawówce, potem się z tego chyba wyrasta, teoretycznie, chociaż... nie no, były ze dwa żarty z kupą w tle... ale jakoś uszły po prostu), film ma dość wartką akcję, choć początek wydaje się przydługi, dużo postaci charakterystycznych, także na drugim planie, Jason Statham zagrał postać będącą parodią wielu jego filmowych kreacji, świetnie to wyszło, główna bohaterka - bardzo barwna i dynamiczna. Całość ok, dobra rozrywka. I chyba jedyne co mi przeszkadzało to trójka 8- może 10-latków, które oglądały film w ostatnim rzędzie, w kinie idzie teraz sporo bajek, a ten film był totalnie nie dla nich, bo choć komedia zabawna, to zupełnie nie jest to kino familijne (ograniczenie wiekowe od 15 lat nie zostało nadane bez sensu), dużo żartów było dość seksistowskich i definitywnie dla dorosłych, przemocy sporo, może krew nie kapała z ekranu, ale strzały w głowę, gruchotanie kości, przebijanie nożem - wszystko było, w sumie żal tych dzieciaków, nie wyglądały na ubawione, rozpraszała mnie ich obecność, o czym myślała ich matka jak ich tu sadzała? salę pomyliła czy co? i tym sposobem z niezłego filmu wyszłam zirytowana...

piątek, 3 lipca 2015

Matura 2015 (opowieść o spektakularnym sukcesie)

na potrzeby własne i potrzeby świata chciałabym odnotować, że moje ukochane maluchy odniosły na swoim ukochanym przedmiocie maturalnym (język polski, oczywiście) spektakularny sukces, albowiem mają sumarycznie wyższy wynik (64,5%) niż średnia kraju, okręgu i województwa, wszyscy generalnie zdali, nikt nie dostał poniżej 54% (a najwyższy wynik to 91%, czyli niemalże perfekcja), część ustną i pisemną przetrwali równie dobrze i po prostu na poziomie i z klasą, jestem pod wrażeniem wrażenia, jakie na mnie zrobiły dzieciaki, bardzo jestem z nich dumna i celebruję te dumę od kilku dni, o!

czwartek, 2 lipca 2015

jaki piękny kataklizm (San Andreas)

Dobrze uczyniony film katastroficzny, bez epatowania drastycznymi scenami śmierci, dobre efekty, amerykańska flaga w tle, dramat rodziny na tle przełomowych wydarzeń - oczywiście, bohaterski ojciec, zaradna śliczna córka, trochę miłości, przyzwoite aktorstwo, komercyjne kino na dobrym poziomie, po to przyszłam, to dostałam, tyle.



środa, 1 lipca 2015

you create me?

Włóczę się, czytam napisy, myślę. Staram się poczuć, że mam wakacje, idzie mi średnio.
"You create me" - możliwe. Mijam często ten napis. Ciekawe, kto to napisał, po co i co wówczas myślał, co chciał powiedzieć i komu?