Wakacje. Jest blask, jest słono, jest duuużo ludzi, ale bywa, że nie widzę nikogo.
sobota, 25 lipca 2015
słoność i blask - pocztówka z wakacji
piątek, 24 lipca 2015
krew jest ładna i potrzebna - list
czwartek, 23 lipca 2015
krótka teoria dziania się w praktyce ("Ant-Man" i nie tylko)
Dziś się działo, co jest doskonałością samą w sobie, bo przy braku dziania się jestem jak wąż pochłaniającym swój własny ogon lub bestia z wiersza, który, kiedyś już cytowałam - potworem pożerającym własne serce, stagnacja mi nie służy.
środa, 22 lipca 2015
dowody braku - czego nauczyła mnie babcia (wspomnienie oprawione w ramki)
Jem maliny i jest lato, te dwie rzeczy sprawiają, że myślę o babci Zenonie (niefortunne imię jak dla kobiety, ale była to postać niezwykła), chyba jedynej osobie, która nigdy w żaden sposób nie próbowała mnie zmienić, tylko akceptowała moją niezależność i okazywała mi miłość, dając po prostu koktajl z malin, nigdy na mnie nie krzyknęła, a ja zawsze robiłam to, czego sobie życzyła, tak po prostu, bo nie musiałam, więc robiłam.
Babcia nie żyje od wielu lat, ale kiedy widziałyśmy się po raz ostatni to właśnie ona, która nigdy nie strofowała, nie pouczała, nie obcinała mi rączek i nóżek, żeby rosły w jedynie słusznym, społecznie akceptowalnym kierunku, powiedziała mi coś, co stało się dla mnie niezwykle ważne i trwale wbiło mi się w pamięć, wbiło mi się w mózg. Wiedziałyśmy chyba wtedy obie, że to ostatnie spotkanie, choć nie była chora i nic na to nie wskazywało, po prostu myślałam, że już jej nigdy nie zobaczę, takie miałam poczucie, przytuliła mnie mocno odchodząc, a potem spojrzała mi w oczy i powiedziała tak, żebym tylko ja słyszała (na spotkaniu rodzinnym, w tłumie był to swego rodzaju wyczyn), ale wyraźnie, konkretnie, jak to ona: - Pamiętaj, żebyś nigdy do nikogo nie należała, żebyś nie była zależna i zawsze mogła decydować o sobie, niech nikt cię nie zmienia, nie ma większego dowodu braku miłości, życzliwości, przyjaźni, niż gdy ktoś chce cię zmienić - i już, poszła sobie, już jej nie było, nie było nigdy, bo wkrótce potem umarła, latem, tak właśnie teraz jakoś, więcej się nie zobaczyłyśmy, zdążyłam tylko potaknąć: - Dobrze, babciu.
Myślę o tamtej chwili z perspektywy czasu, jem maliny i myślę, wiem na pewno, że chciała dla mnie dobrze, że chciała mnie uchronić, żeby mnie nikt nie obdarł ze skóry i nie uczynił ze mnie kogoś obcego, nierozpoznawalnego, wiem też, że miała rację, choć pewnie nie zdawała sobie sprawy, jak wielkie pragnienie odmiany i modyfikacji budzi w ludziach mój specyficzny (upierdliwy) charakter, a może właśnie wiedziała? Może wiedziała nawet to, że wszystkie moje cechy, które przyciągają do mnie mężczyzn mojego życia, to dokładnie te same, które będą doprowadzały ich do szału w późniejszym czasie? Mogła to wiedzieć, a mimo to uważam, że miała rację i mimo to staram się jej słuchać do dziś.
wtorek, 21 lipca 2015
"przyjaźń jest niezbędna" - tkanki i tworzywa (Kundera "Tożsamość")
"Tożsamość" to jedna z moich ulubionych powieści Kundery i wiem teraz, że być może warto ją przeczytać kilka razy w wieloletnich odstępach. Mijający czas mocno zmienia optykę. Tzn. mnie zmienił. Kiedyś była to dla mnie przede wszystkim niepokojąca opowieść o miłości, teraz widzę więcej, a może tylko inaczej? tak, chyba po prostu inaczej. I nagle okazuje się, że to bardziej przyjaźń niż miłość jest dla mnie fundamentem tożsamości i że zamiast przynależności wolę osobność, która buduje przestrzeń do dialogu. Zupełnie niespodziewanie zauważam, że źródłem niepokoju i tęsknoty nie musi być możliwość rozstania, które przecież nie jest nigdy tak straszne jak się wydaje, ale jedynie śmierć, która definitywnie kończy wszystko, która jest jedynym prawdziwym końcem. I podoba mi się niecenzuralność uczuć, bo pozwala mi to bez poczucia winy im ulegać, choć to przecież nie zawsze jest coś dobrego. Myślę teraz jak z tych fragmentów i tkanek zrobić scenariusz do teatru i czy w ogóle to jest odpowiednie tworzywo? Dla moich dzieciaków będzie to przecież prawie na pewno powieść o dziwnej miłości, a dla mnie "Tożsamość" już nią nie jest. Jak to się stało? I kiedy? Jak mamy się wobec tego co do niej porozumieć, by powiedzieć coś wspólnego? Tego właśnie nie rozgryzłam jeszcze.
Im jestem starsza, tym więcej wiem (choć "wiem", to zbyt arogancko powiedziane, raczej "myślę") o śmierci, na szczęście także o przyjaźni, rozwoju osobowości, tożsamościowych grach i tym chętniej ulegam emocjom (również takim mocno niedoskonałym), a jednocześnie tym częściej przyznaję, że o miłości nie wiem nic, zupełnie się na niej nie znam i uważam to za rzecz nieuniknioną i oczywistą.
*****
*****
*****
poniedziałek, 20 lipca 2015
Słowa z Czarnej
Agroturystyka w Czarnej, imieniny, jubileusze, zielona trawka, jestem gościem, biegam jednak, robię zdjęcia, prowokuję pozowania i uśmiechy, jakieś dzieci, jakieś kury, w sumie fajnie, barwnie, dzieje się, wiekowa pani Halina zasiadła za stołem biesiadnym, ostro popija czystą wódkę i nie spuszcza ze mnie wzroku, zwyczajnie gapi się, bez żenady czy krygowania, i jeszcze uśmiecha pod nosem, więc w końcu przysiadam, tak tylko, żeby przysiąść, chyba żeby zjeść i wtedy Halina nachyla się do mnie przez stół, przekręca głowę i poprawiając sobie od czasu do czasu językiem sztuczną szczękę mówi niskim głosem ludowej znachorki, który czasami zdarza się starszym kobietom niezależnie od pochodzenia, wychowania i zawiłości życiorysów: - Cóż to za niespokojna dusza? nigdy nie widziałam takiej duszy, która się nie zatrzyma, nie usiedzi, tylko gna ją niepokój i do ludzi pójdzie, zdjęcia robi, robi, biega ciągle, i do dzieci taka, co za dziwna, dziwna dusza, nie znałam takiej duszy, bardzo, tak, tak, bardzo mi się taka dusza podoba... co za dziwna dusza.
Dziś na after party pamiętano z tego tylko tyle, że babcia/ciocia Halina uznała mnie za dziwną ;)
niedziela, 19 lipca 2015
od istnego światowania do przezwiecznego mrzenia (Twardoch "Wieczny Grunwald")
Wow..... Twardoch jest niesamowity, zwyczajnie stałam się fanką, taką co to piszczy i macha stanikiem (niemalże), "Wieczny Grunwald" to prowokacyjne ujęcie historii, ale i jednostkowego życia i umierania, jakiego nie było, nawet nie wiem, z czym tę książkę mogłabym zestawić lub porównać, może trochę Parnicki, by tu pasował, bo rozmach, fantazja, moc wizji podobna, ale to rzeczywiście jest coś nowego, i jest to zdecydowanie najbardziej niezwykła, mroczna, intelektualnie wręcz wyrafinowana historiozofia, jaką można sobie wyobrazić..., i tak jak lubię znowu przestrzeń wygrywa, znowu okazuje się bardziej stabilna, osadzona niż czas (który ma miriady wariantów, ale niczego nie zmienia), do tego genialny portret psychologiczny głównego bohatera, wszechczłowieka, Wszechpaszka, mocno zindywidualizowany, emocjonalnie dramatyczny i prawdziwy, po prostu prawdziwy; nic więcej nie powiem (zresztą nie da się no, trzeba przeczytać, nikt tego zamiast Twardocha nie opowie, nie odda), nie warto też ryzykować nieudolnych spoilerów. Świetna, bardzo dobrze napisana rzecz, jestem pod wielkim wrażeniem.
| Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald" |
***********
| Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald" |
| Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald" |
***********
| Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald" |
Subskrybuj:
Posty (Atom)