niedziela, 7 czerwca 2015

oglądając się przez ramię

słowa i dźwięki, być może także zapachy mają swoją pamięć; zapominamy o nich, ale one z pewnością pamiętają nas, nawet kiedy wydaje się, że już nic nie znaczą, że (prawie) ich nie było, nawet kiedy żadnych "nas" już nie ma; więc żongluję słowami, więc mówię czasami dość lekko "słowa-słoma", ale też wiem, że mają one swój ciężar i każde z moich słów o mnie pamięta, każde mnie wiąże, zobowiązuje, każde znaczy, jak dotyk, jak odcisk na ścianie; melodie i zapachy o mocy magdalenki Prousta skradają się dwa kroki za mną,  bo przeszłość to jedyne, co tak naprawdę każdy posiada, zatem oglądam się za siebie, sonduję strzępy minionego czasu, te nieliczne jakoś zapamiętane, kalkuluję puste miejsca i straty; niemal wszystko, co sobie wyobrażam jest dotykiem, fakturą i zapachem albo ich brakiem

sobota, 6 czerwca 2015

dialogi o pamięci

- A to pamiętasz?
- Pamiętam. Wszystko przecież pamiętam.
- I co?
- Nic, nie myślę już o tym.
- Pamiętasz, ale nie myślisz? niby jak?
- Zupełnie zwyczajnie, z trudem.

piątek, 5 czerwca 2015

pole walki o próżnię (Houellebecq)

Chciałabym tylko powiedzieć, że lubię bezlitosną dosadność M. Houellebecq, nawet jeżeli bywa ona przytłaczająca. Cały ten cynizm i zdystansowanie do świata i ludzi, jakby oglądało się wszystko z jakiejś wciśniętej w mały, czarny, brudnawy kąt loży szyderców też jest mi dość bliski, co oczywiście nie jest żadnym powodem do dumy, raczej się tego trochę wstydzę, tymczasem Houellebecq wcale, on właśnie nie i to także jest ok. Widzenie świata, stan psyche współczesnego człowieka, poziom jego osobności, który jest totalny - nie ma w tym ani grama optymizmu, a jednak jest to wszystko prawdziwe i nie mogę powiedzieć, że nie wiem lub nie rozumiem, co chce się mi w tej książce powiedzieć - wiem i rozumiem. Pustka i niepokój graniczący z pewnością, że poza nią nic nie ma, życie bez wydarzeń, na które się już nie czeka, próżnia i nuda, z którymi się godzisz i które stają się treścią twojego życia i jeszcze ten styl, chłodne konstatacje, raczej orzekanie niż opowiadanie, pełna neutralność nawet w najbardziej osobistych wyznaniach. I wszystko to jakoś gra razem - boleśnie przekonująca prawda o tu i teraz. Nie dla ludzi w kryzysie, nie dla ludzi z depresją, chociaż może i nie, może własnie to jest dla nich? Mocna rzecz ten Houellebecq. 
Jego pisanie przypomina mi sposób patrzenia na świat i to jak zawsze mówi do mnie Marcin, muszę mu o tym kiedyś powiedzieć, może znalazłby swoją bratnią duszę w tej kryzysowej narracji?

"Poszerzenie pola walki" Michel Houellebecq
"Poszerzenie pola walki" Michel Houellebecq


czwartek, 4 czerwca 2015

historia pewnego obrazu ("Złota dama")

Adele Bloch-Bauer
Wybrałam się wreszcie po dłuższej przerwie do kina. Motywacja była banalna, cenię filmy, z których mogę się czegoś nauczyć w sposób nienamolny i oczywiście lubię obrazy Klimta (czy jest ktoś, komu się nie podobają?). Dostałam to, po co przyszłam i trochę więcej. Z pewnością zapamiętam już teraz Adele Bloch-Bauer, a dotąd mimo szczerych chęci nie byłam w stanie zapamiętać imienia i nazwiska tej jedynej modelki, która Klimt dwa razy malował. Helen Mirren świetna, może nawet oskarowa. Historyczne retrospekcje umiejętne wplecione w główny wątek, w historycznych aspektach przekonujące, straszne (nigdy nie widziałam nazizmu i holocaustu z perspektywy Austrii, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak to u nich wyglądało, już wiem). Opowieść jako całość nieprzegadana, trzyma w napięciu, nie ma dłużyzn, co w historii o sądowym procesie ciągnącym się latami mogłoby się przecież łatwo zdarzyć. Także emocjonalny ładunek filmu jakoś mnie przyciągnął i przekonał, oczywiście wiadomo, że w procesowaniu się o warte wiele milionów obrazy zawsze chodzi o pieniądze i film szczęśliwie całkowicie się od tego nie odżegnuje, czułabym się okłamywana, gdyby tak było. Rzecz w tym, że również inne motywacje zostały wyciągnięte na plan pierwszy na tyle rzetelnie i prawdopodobnie, że to odzyskiwanie obrazów stało się czymś więcej, że stanęła za tym historia, sprawiedliwość, troska o przeszłość, cenne, choć bolesne wspomnienia, szukanie tożsamości, więzi rodzinne. Dałam się temu trochę przekonać i uwieść, może dlatego, że sama jestem sentymentalna i tak bardzo staram się pamiętać i zapamiętywać chwile, słowa, nastroje. Oczywiście ważne były też te ogromne pieniądze za dzieła Klimta i czasami cynicznie patrzyłam na to, jak ten wątek upycha się chwilami po bokach, przyklepuje i zamiata pod dywan, poza tym podziały na tych złych i tych dobrych są trochę za wyraziste i jednoznaczne jak dla mnie, no i aktorzy - jak to w często teraz bywa - byli znacznie ładniejsi od ludzi, będących pierwowzorami filmowych bohaterów. Pod wieloma względami jest to jednak film ważny i prawdziwy, a poza tym dobrze skomponowany, o pięknych zdjęciach, przemyślanej muzyce, miejscami genialnym montażu (scena wesela, w tle której pojawia się dźwięk tupania wojskowych butów po bruku, wprowadzając dysonans i szarpaninę w weselny taniec - super), Mirren cudna, scenariusz wyważony emocjonalnie, pełen różnego kalibru napięć i bardzo rozległych emocji, czasami przytłaczający, czasami dowcipny, no i dużo piękna, ten Klimt, stroje i wnętrza z XX-lecia, piękne suknie, fraki, Wiedeń z całą swoją imponującą architekturą... Solidne, dobrze wykonane kino.



- Muszę zrobić coś, aby te wspomnienia przetrwały. 
Ludzie maja teraz słabą pamięć, zwłaszcza młodzi.

**********

"Adele Bloch-Bauer I" G. Klimt

środa, 3 czerwca 2015

Krótka teoria końca ("Już tylko się znamy...")


Wczoraj zrozumiałam coś nowego, organicznie, obserwacyjnie, widząc, pytając, słuchając odpowiedzi, sprawdzając, próbując, czy raczej obserwując (jak zawsze) przestrzenie między słowami. Koniec wcale nie jest wtedy, kiedy się żegnamy, rozdajemy sobie zdjęcia, rzeczy, książki i żale, bo za tym jest jeszcze piekło niewystygłych emocji i wspomnień, a one są żywe. Koniec wcale nie jest wówczas - a tak zawsze sądziłam - gdy następuje totalna obojętność, bo i ona może być wyrafinowana i ona może być tylko politurą, pod która coś żyje, coś jest w ukryciu. Koniec jest wtedy - i wiem to na pewno - kiedy pozostaje tylko życzliwa uprzejmość, sympatyczne zainteresowanie, które nic nie kosztuje i które każdy może okazać każdemu, a więc jest ono pospolite i rzeczywiście zupełnie nic za nim nie stoi, poza tym jest bowiem tylko prawdziwe, przejmujące nic. Przekonaj mnie, że jest inaczej, że to nie tylko życzliwa kurtuazja... A może jest właśnie tak, że już "tylko się znamy", jesteśmy mili, dowcipni, sympatyczni, jesteśmy dla siebie dobrzy, mówimy o pogodzie, mówimy o czymkolwiek, ale w przestrzeni między słowami (tak zawsze dla mnie cennej) nie ma nic, żadnego drugiego dnia, żadnego nawet najpłytszego sentymentu. I to jest koniec, tak go widzę. Sensy dosłowne bez metafor i całej tej magii, która daje choć pozory (nadzieje) na istnienie duszy, to jest koniec, to jest ściana, za którą nie ma nic. Być może stałam przy niej i płakałam w moich wyobrażeniach, być może było tak naprawdę, być może jest to tylko taka fantazja, taka myśl, taki sen, być może to sieć symboli, jakiś dźwięk, jakiś odblask, wspomnienie. "Już tylko się znamy..." to ładna piosenka, prawda?

wtorek, 2 czerwca 2015

"when enough is enough?"

mam pewien trudny do zdefiniowania sentyment do filmu "Mexican", jest w nim wiele scen świetnych, zabawnych w sposób wyrafinowany lub zaskakujących, nieszablonowych, głównie z Gandolfinim właśnie, ale Julia też... zwyczajnie fajna jest, ciekawa, nieznośnie, totalnie irytująca, babska, barwna, wariatka po prostu;
***
co do pytania kluczowego "when enough is enough?", nie znam odpowiedzi, ale oczywiście, gdyby to było "never", gdyby tak było rzeczywiście, to byłoby w tym coś ładnego, chyba więc pozostaję niepoprawnym idealistą, wyjątkowo podatnym na takie formułki, nawet jeśli im nie dowierzam, taksując je cynicznym spojrzeniem, to trochę zawsze chcę, by były prawdziwe, przyjemnie jest wierzyć, że mogłyby..., że powinny



"- When two people love each other, totally, truthfully, all the way love each other...the answer to that question is simple, especially in your case...When do you get to that point when enough is enough?...Never, never." ("Maxican" 2001)

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Kiedy byłam mała....

Kiedy miałam 7 lat, chodziłam po drzewach, miałam zawsze potłuczone łokcie i kolana, a mój brat miał pół roku i ściągał zainteresowanie całej rodziny, co dla mnie oznaczało wielką wolność, wszyscy podejrzewali, że jako dotychczasowa jedynaczka jestem o niego piekielnie zazdrosna, ale ja nie byłam, nigdy. Chodziłam już do szkoły i byłam prymusem, choć nie było to powiązane z najlżejszym wysiłkiem, co oczywiście totalnie mnie rozbestwiało, nie rozumiałam, czemu innym dzieciom nie jest w szkole tak łatwo jak mnie, wydawało mi się, że skoro ja coś umiem, to inni też na pewno umieją, wszystko było łatwe i oczywiste. Rodzice byli z tego dumni i ja pod ich wpływem też. Miałam długie włosy, a ludzie często mówili, że mam tak czarne oczy, jakby mnie kominiarz wyciągnął z komina, mnie ten żart w ogólne nie bawił, uważałam go za dość głupowaty. Byłam tak zwanym niejadkiem, czyli straszna chudziną, ale nie chorowałam już zbyt często. Dużo czytałam i często śniły mi się czarownice. Teraz dopiero widzę, jak bardzo byłam podobna do mojego ojca... uderzająco. Uśmiechałam się wówczas nie pokazując zębów, bo właśnie dopiero co wypadły mi jedynki, wiec uśmiech tracił na urodzie, jeśli był pełny. Ja się tym nie przejmowałam, moja mama - tak. Jadłam agrest i czarne porzeczki prosto z krzaków i nielegalnie chodziłam z innymi dzieciakami nad Wartę popatrzeć na prom. Starałam się być grzeczna i zależało mi, żeby inni też byli dla siebie mili, bardzo mnie dziwiło za każdym razem, kiedy nie byli. Miałam nadwrażliwe sumienie i zawsze mówiłam prawdę. 
To były trudne czasy po wieloma względami, ale też jakoś ładne, wszystko czym (kim?) jestem teraz zaczęło się przecież wtedy, i to złe, i to dobre.
Kiedy miałam 7 lat, to wyglądałam właśnie tak.