środa, 14 maja 2014

pastelowe

Przytłoczył mnie ciężar tego dnia. Jakieś dzieciaki krzywdzące bezbronnego kota; jakaś kobieta z uporem i bezwzględnością strasząca młodą dziewczynę; chłopak, którego uważałam za przyjaciela odpłynął tak daleko, że już go nie widuję, nikt go nie widuje, odkleił się od samego siebie, a mnie i tak brakuje go w moim krajobrazie; rudzielec ma do mnie żal, być może słusznie; pies zjadł mi dzięcioła; zwiędły mi truskawki; ktoś umarł, a ktoś, kogo lubię płakał z tego powodu; ktoś inny oszukał i okradł przyjaciela, i ma zbyt zwichniętą osobowość, by to zauważać, wiedzieć, czuć żal; w dodatku co gorsza nie jestem dobrą wróżką i nie dysponuję żadną magią. Spłynęły do mnie paskudne historie, w solidnej dawce, tymczasem walczę także ze sobą, w końcu tak łatwo być po prostu małym człowiekiem i śmiać się w międzyczasie, udając, że nie dzieje się nic i dzielić ciastka  zawsze tak, żeby każdy był przekonany, że dostał największy kawałek. Cokolwiek się dzieje nie jestem bez winy, wiadomo. Trwa przecież wyjątkowo zimny maj. 
Tymczasem.... Patrzę tak, żeby dotykać i widzę, że wszystko jest tak naprawdę pastelowe.  Nie bure, nie szare, nie białe, nie czarne, tylko pastelowe, nawet jeśli tylko dla moich oczu.


wtorek, 13 maja 2014

nieznośnie niesamowite



Jest taka książka Kazuro Ishiguro "Nie opuszczaj mnie", i jest film będący jej adaptacją, i jest muzyka Rachel Portman w tym filmie, wszystko to razem i każde z osobna zmiata mnie doszczętnie z powierzchni ziemi, wszystko to razem i każde z osobna zawiązuje mi w gardle prawdziwy węzeł gordyjski drobnych supełków, które sprawiają, że prawie nie oddycham, obawiam się myśleć, czuć, być; dlatego też nie mam odwagi, by komukolwiek polecić książkę, film lub muzykę i nie robię tego. Oglądam, słucham, czytam tylko w kawałkach, czasami, także dziś w nocy, gdy bezsenność miażdży mi kości.

"I come here and imagine that this is the spot where everything I`ve lost since my childhood is washed up. I tell myself, if that were true, and I waited long enough.... then a tiny figure would appear on the horizon across the field and gradually get larger until I`d see it was Tommy. He`d wave and maybe call. I don`t let the fantasy go beyond that, I can`t let it. I remind myself I was lucky to have had any time with him at all."


poniedziałek, 12 maja 2014

"mieć bezpośredniość kiepskiego filmu"

Nie będę płakał na okrągło
ani się na okrągło śmiał
nie lubię bardziej jednego "tonu" od drugiego. 
Chciałbym mieć bezpośredniość kiepskiego filmu,
nie tylko niekasowego gniota, lecz również
zapowiadanego z pompą supergiganta. Chcę być
przynajmniej tak żywy jak ten brud (...) . (Frank O`Hara)

Jestem spięta, niepotrzebnie, muszę "poluźnić" warkoczyki... (Wyglądasz jak wojownik z filmu fantasy... - quasi-komplement na dziś); 
doceniam wiersze F.O. za ich sprowadzające mnie na ziemię właściwości terapeutyczne; "bezpośredniość kiepskiego filmu" - ideał, do którego dążę po wertepach wątpliwości; "być żywym jak brud" - brak nadęcia, którego od siebie wymagam.

niedziela, 11 maja 2014

kobiety, których nie widać


Moja mama ma urodziny (od wielu lat 18te, no... góra 30te;) ), a ten fragment jednego z moich ulubionych filmów (adaptacji jednej z ulubionych książek) jest o niej. Zawsze była piękna, a ja zawsze byłam córką olśniewającej, pełnej wdzięku kobiety i byłam z niej dumna (najśliczniejsza mama na zebraniach rodziców - bezdyskusyjnie) i nawet odkrycie, że nigdy jej w tym względzie nie dorównam, nie zmniejszyło mojego podziwu ani przywiązania. Dziś wiem także, że pozostawała niewidzialna dla większości ludzi, może nawet dla wszystkich, także dla mnie, choć chyba nikt nie zna jej lepiej niż ja. Teraz, kiedy z powodu wieku i niszczącego działania czasu jej wygląd nie odwraca już tak uwagi od niej samej, wydaje mi się, że niewidzialność się utrzymała, choć nie do końca rozumiem dlaczego. Uroda jak czapka niewidka - inspirujący motyw do opowieści i ich reinterpretacji. Niewidzialne kobiety....

"We never actually see the person. (...) We`re so dazzled by the outside, we never make it inside."

sobota, 10 maja 2014

Bajka nieopowiedziana i niedokończona (?)

Bestia była bestią i nigdy nie spotkała nikogo pięknego, więc nie czuła z tej przyczyny ani żalu, ani straty, była jednak jedyną bestią na świecie i jak każde stworzenie na wymarciu budziła niezdrową ciekawość. Błyskała kłami, by odstraszyć gapiów, jeżyła sierść, powarkiwała. W końcu zdecydowała się zamieszkać na pustyni, zaszyła się z dala od wszystkich i wszystkiego, zgubiła się bezpowrotnie i z premedytacją. Mnóstwo złotego, czystego piasku, słońce, studnia, jaskinia i bestia, ascetyczny krajobraz. Bestia czuła się bezpieczna i zadowolona, ale, że na pustyni jest pusto i nie ma życia, wkrótce poczuła głód. Z biegiem dni głód osłabił bestię i stał się jej obsesją, zapomniała, gdzie jest, kim jest, po co i dlaczego, czuła tylko coraz bardziej wyniszczający ją głód, który mącił jej umysł. I pewnej mrocznej nocy, której nie rozświetlało już nic, płacząc i skowycząc z głodu bestia rozdarła kosmatą łapą swoją pierś i wyrwała sobie serce. Serce bestii było przepiękne, miękkie i delikatne, promieniujące ciepłem, szkarłatne jak rubin, żarzyło się w ciemnościach; było zupełnie niepodobne do ludzkich serc, bestia patrzyła na nie jak urzeczona i zapomniała, że powinna umrzeć, bo przecież nie można żyć bez serca, chyba, że się o tym zapomni. Nagle bestia poczuła zniewalający zapach, słodko-gorzką woń własnego serca, a że głód nadal trawił bestię, zaczęła łapczywie pożerać tętniący jeszcze w jej łapach skarb. Było to jednak serce inne od innych, więc kiedy bestia je pochłonęła poczuła znów jego głuche, mocne uderzenia w swojej piersi i zrozumiała, że serce powróciło na swoje miejsce. Odtąd co dnia powtarzała ten bolesny rytuał i żyła, czując fizyczny ból, ale już nie obezwładniający rozpaczliwy głód. Mijały lata, świat się zmienił, bestie, smoki, upiory stały się legendą, w którą nikt już nie wierzył, ale bestia o tym nie wiedziała. Nie wiedziała, że nie istnieje, tak jak nie pamiętała o śmierci, tak jak przywykła do bólu, zastygła w swoim pełnym nawyków przetrwaniu.…. CDN. (kiedyś albo i nie, bo może tak powinno zostać?)

piątek, 9 maja 2014

Jest takie stare powiedzonko, mające wdzięk i namolność zdartej płyty: Jeśli się budzisz i coś cię boli, to dobrze - znaczy, że żyjesz. Trudno odmówić temu frazesowi pewnej gorzkiej słuszności, ale kiedy dziś rano obudziłam się z łupiącym bólem głowy, wypełzł z ciemnego kąta mój mały człowieczy egoizm i już, pozamiatane. Przez cały dzień łazi za mną kretyńskie poczucie niesprawiedliwości, że to mnie coś boli i że ten ból czuję tylko ja.

"Idzie na burzę, idzie na deszcz..."

czwartek, 8 maja 2014

"nie mówiąc prawie nic"

Patrzę na niego porozumiewawczo. Ma dwubiegunówkę czy to tylko taka sieć sprzecznych nastrojów, z której nie może się wydostać? Czy zada ludziom prawie tyle cierpienia z powodu manii, co sobie z powodu depresji? Czy to tylko taki czas, z którego się wyrasta? Wyobrażam to sobie jednak. Czy to jest tak? Znalazł mnie od razu. Coś tam go zjada. Kolczaste stwory, taka smutna czułość. Od razu wiedzą. Pamiętam Ewę, szłyśmy przez miasto i było w porządku, tzn. milczała długo, ale poza tym było w porządku, powiedziała: „Wiesz, czasami z powodu mojego wewnętrznego bólu nie mogę myśleć, nie mogę oddychać, nie mogę tego znieść…” (ale tak naprawdę powiedziała przecież: „Masz daję ci to moje straszne coś, zabierz je, zrób coś ze mną”)… tak mówią, a przecież wiedzą, że się nie da, muszą czuć, że się nie da, że mogę tylko powiedzieć: „Wiem” i nie uciec. Wdech – wydech,  nadal idziemy przez miasto.