"Kto nam wyrządza to wszystko? Co sobie nawzajem czynimy? Dlaczego muszę to zrobić? (...) to właśnie jest egzekucja, bo wszystko, co robię, jest zbrodnią; postępki są przestępstwami."
******
Czytam też Modiano i kompletnie mnie nie zachwyca. Ale ta Bachmann, owszem. Niby ta sama psychodrama, bo tu i tu bohaterką jest kobieta i jej jakieś obsesje, obawy, poszukiwania, wewnętrzny nieustający dialog. Tylko że Modiano mnie irytuje, a od Bachmann trudno mi się oderwać. Nie wiem, czemu tak.
8.42 On: Jak się spało?
8.43 Ona:Jeszcze się budzę.... 9.20 On: :* Dobudziłaś się?
9.21 Ona: Idę po drugą kawę... 9.26 On: To ja idę pod prysznic najpierw. 9.43 On: I śniadanie. Płatki dziś.
9.43 Ona: Ja kanapkę. 9.57 On: Co robisz dzisiaj?
9.58 Ona: Jeszcze nie wiem. 10.00 On: Ja poczytam, potem spacer, muszę też posprzątać. 10.33 On: Jesteś? 11.18: Halo, jesteś?
11.44: Szykuję się do lekarza. 11.45 On: Ok, to pogadamy później. 12.29 On: Idę połazić. 15.03 On: I jak u tego lekarza?
15.04 Ona: Spoko. 15.04 On: To dobrze.
15.04: Ona Teraz kino. 15.04 On: Ja dotarłem, obiad robię. 15.05 On: Super, buziaki i dobrej zabawy. 17.11 On: I jak tam? 17.11 On: J a k się bawisz?
17.17 Ona: Ok. 17.19 On: Już w domku?
17.20 Ona: Tak. 17.20 On: Jakie plany na wieczór?
17.22 Ona: No nie wiem, po prostu mam wolny czas i go spędzam! 17.23 On: Spoko, tak się tylko pytam. 17.45 On: Skoki oglądam sobie. 18.05 On: M. już przyjechała?
18.33 Ona: Tak, gadamy. 18.35 On ok. 19.39 On: M. Zadowolona z pobytu?
19. 40 Ona: Bardzo. Odpoczęła. 19.40 On: To super. Najważniejsze, że jest zadowolona. 19.41 On: To macie teraz czas dla siebie. 20.41 On: I jak tam, co porabiacie?
20.41 Ona :Oglądamy bajkę. 20.41 On: ;) 22.00 On: Już po bajkach?
22.02 Ona: M. zasypia. 22.04 On: A ty? Też do łóżka? 22.52 On: Dobranoc.
22.53 Ona: Dobranoc. 8.04 On: Good Morning! Jeszcze śpisz?
9.23 Ona: Już wstaję, wstaję...
No i wkręciłam się w musicale. Spędziłam wieczór śmigając po internetowych łączach i odgrzebując musicalową estetykę ("Chicago", "Moulin Rouge", "Mamma mia" - która jakoś nadal mnie nie porywa - i oczywiście mój ulubiony "Upiór w operze", także klasyk: "Dźwięki muzyki" itd. itp.), w końcu dotarłam do komedii muzycznych.... Udany wieczór. Przy okazji odkryłam też, że Kopciuszek z "Tajemnic lasu" śpiewa jedną z moich ulubionych filmowych piosenek, nie wiem, czemu w ogóle nie skojarzyłam tego podczas oglądania filmu... Tak czy siak, wróciłam do kubeczków i dziś zapętliłam się na tej właśnie piosence - niezwykle fajna rzecz.
"Into the woods" (vel "Tajemnice lasu") - odbiór tego filmu zależy bardziej niż w przypadku innych od gustów i upodobań, jeśli ktoś lubi musical z całą jego mocno teatralną, specyficzną estetyką, będzie zachwycony, jeśli komuś przeszkadzają na wpół wyśpiewane dialogi i reinterpretacje bajek, to zmęczy go to po najdalej półgodzinnym oglądaniu. Jest to bez wątpienia rzecz świetnie napisana. Piosenki są zwyczajnie dobre. A baśń jako całość nie jest płytka i bezmyślna (podoba mi się kierunek, w którym idzie Disney, już w "Czarownicy" było nieźle i tutaj to dalej jest ten sam trochę mroczny, ciekawy trend), ale naprawdę jest to mądra, zmetaforyzowana opowieść, być może bardziej dla dorosłych niż dla dzieci w wielu aspektach, nie ma oczywistego zła ani dobra, sam musisz decydować, wszystko jest możliwe, a nawet najbardziej oklepane bajki okazują się opowieściami o czymś innym niż się w gruncie rzeczy wydawały. Są momenty śmieszne, podczas piosenki "Agony", w której dwaj książęta cierpią z miłości i licytują się, który mocniej dogorywa i czyja księżniczka jest bardziej niedosiężna, rżałam ze śmiechu. Piosenka i - w ogóle postać Kopciuszka pełnego wątpliwości i wyraźnie rozczarowanego księciem z bajki - też była świetna; Maryl Streep, jako nieoczywista i wzruszająca ("Stay with me" - każdy, kto ma dziecko, zrozumie) w wielu momentach czarownica, świetnie śpiewa; no i las, wszystko, co najważniejsze dzieje się w lesie, który okazuje się kwintesencją wszelkich granicznych doświadczeń, to po prostu jest wielowymiarowa, mądra opowieść, niebanalna, ale spójna, przemyślana, mimo bogatej siatki wątków. Opowieść o szukaniu swojego "ja", o trudnych wyborach, o samotności, o tym, że dobro i zło są subiektywne i że nie każde spełnione marzenie to dobra wiadomość, a to tylko szczyt góry lodowej bardzo gęstej mieszanki motywów i tematów. No i całość zaskakuje, już, już ma być happy end i nagle wcale nie, zaczyna się przedziwne after party, czyli niby żyli długo (choć nie wszyscy) i szczęśliwie (choć nie do końca).
"Kingsman. Tajne służby" - w zamierzony sposób wybraliśmy kino komercyjne, ale z ambicjami, miała być rozrywka i trochę rzeczywiście była. Doceniam element absurdu i parodii filmów szpiegowskich, który pojawia się w filmie, nierzadko (choć nie zawsze) jest to parodia uczyniona z fantazją i zauważalną klasą. Poza tym sporo różnych smaczków: Samuel L. Jackson w roli sepleniącego złego charakteru, geniusza zbrodni, który nie może patrzeć na krew - postać ciekawie napisana i nieźle zagrana; piękna zabójczyni na sztucznych kończynach, która mnie skojarzyła się z "Kill Billem"; Michael Caine sędziwy, dwuznaczny, ale gentleman, jest na tym swoim drugim planie nie do przeoczenia (poza tym zważywszy na jego karierę filmową, udział Caine`a w tym filmie dowodzi niemałego dystansu do samego siebie i własnych dokonań aktorskich); Mark Hamill, który totalnie nie przypomina już Luke`a z "Gwiezdnych wojen", za to przekonująco gra lekko zdziwaczałego profesora; no i jeden z moich ulubionych brytyjskich aktorów drugiego planu, Mark Strong (szpiegujący też w "Grze tajemnic" i filmie o znamiennym tytule "Szpieg"), którego prywatnie i subiektywnie uważam za cudne zjawisko płci męskiej. Było też trochę kiczu i przesady, trochę głupowatych żartów i efekciarstwa w nie najlepszym stylu - wszystko to w drugiej części filmu, do połowy naprawdę mi się podobało. Szkolenie młodych szpiegów zwłaszcza oraz stary jak świat motyw: młody zbuntowany znajduje autorytety i cel w życiu, motyw wyświechtany, ale jak fajnie pokazany, no, no! Film generalnie w swoim gatunku (kino akcji z elementami komedii i parodii czy nawet pastiszu filmów szpiegowskich) całkiem niezły, choć wyszłam nieco zniesmaczona zakończeniem. Ale tak naprawdę, naprawdę wybrałam się na "Kingsmana" niemalże tylko ze względu na Colina Firtha (który jest ponadczasowy i jedyny w swoim rodzaju, jak piramidy czy nawet kolos rodyjski, i jest dla mnie na wsze czasy panem Darcy) i on jak zawsze był znakomity, co więcej zobaczyłam go w odsłonie nietypowej, bo podczas dość bezlitosnych, ale pięknie i elegancko skomponowanych scen przemocy. Ech, jaki piękny szpieg i brytyjski gentleman... tak długo, jak pojawiał się na ekranie, byłam w stanie zaakceptować w tym filmie wszystko, co oczywiście czyni moją opinię o nim niewiele wartą. Czy obejrzałabym zatem raz jeszcze? uhm, ale tylko do połowy...
Organizator koncertu za pospolite wykiwanie ludzi co do pory występu Finka i generalnie totalną fuszerkę, tudzież bezprzykładny brak szacunku do ludzi, którym sprzedał bilety powinien zostać przegoniony nago po mieście i obity pod pręgierzem na rynku; Eskulap - niegdyś całkiem fajny studencki klub, znany z fajnych koncertów i imprez - schodzi na psy, a poziom jego obskurności wzrasta z roku na rok w postępie geometrycznym, ale... Fink, Fink był znakomity, instrumentalnie, wokalnie, a poza tym okazał się nadspodziewanie sympatyczny jak postać. Bardzo ciekawy facet, a z nim niezwykle dobry zespół muzyków, rytmicznie i melodycznie perfekcyjnie grający na żywo. Obserwowałam całość z wysoce niewygodnej pozycji, stanęłam na jednym z nielicznych krzeseł na sali, nogi wrosły mi w tyłek, bo krzesło raczej niestabilne, więc musiałam balansować, za to widziałam wszystko ponad głowami ludzi, wszystko, co działo się na scenie, która była dość blisko (zdjęcia niestety tego nie oddają), był to świetny punkt widokowy. Podobało mi się? Tak, jasne.
dzień II
Dziś.... jadę do Poznania!!!! na koncert Finka! w Eskulapie!!!! jestem podekscytowana - widać?
Serio bardziej: fajnie, że jadę, koncerty na żywo są jedną z najfajniejszych rzeczy w muzyce;
a Fink oczywiście świetny, choć słucham go może od roku (Pretty Little Thing usłyszane gdzieś na deptaku podczas ulicznego występu, szybkie sprawdzenie, kto to śpiewa, bo dobre strasznie, od razu mi dało po uszach, potem dogrzebywanie się do płyty Biscuit for breakfast, którą jakiś czas intensywnie maltretowałam, w międzyczasie w Trójce ciągle leciało Looking too Closely, no i już poszło, konglomerat folku, soulu, bluesa, świetne gitary, dobre, męskie - nie umiem inaczej dookreślić - teksty, jak mogłabym się oprzeć?), a wcześniej nie słyszałam o człowieku ani o tym trio w ogóle, dobrze, że usłyszałam, teraz zobaczę i będę pełnoetatową fanką.
FINK: - Piszę męskie piosenki o facetach, którym o coś w życiu chodzi. (...) Nawet jeśli taki gość jest smutny z jakiegoś powodu, to się nie poddaje, nie siedzi załamany, nie użala się nad sobą, szuka rozwiązania w każdej sytuacji (...). Myślę, że jestem optymistą, to taki rodzaj terapii, staram się patrzeć na świat i przy tym pisać szczerze z męskiego i pozytywnego punktu widzenia.