wtorek, 7 czerwca 2016

Silk mówi o odchodzeniu

Dawno nie rozmawiałam z Silk, kiedyś codziennie, bywało naprawdę, że codziennie była, ale ostatnio jakoś rzadko nam się zdarza pobyć i pogadać, tak wyszło, co nie zmienia faktu, że Silk to jest Ktoś, i dziś także tylko przez chwilę było nam po drodze, Silk zawsze gdzieś biegnie, kogoś kocha, przestaje kochać albo tylko sobie wyobraża jakąś miłość, bo Silk jest zakochana w samej idei miłości, do której nikt nie ma szans dorosnąć, co mimo wszystko jest piękne w taki idealistyczny, tragiczny i nieco kiczowaty sposób, bo choć Silk bywa smutno-cyniczna, to jej idealizm jest niepodważalny i szczery, i dziś na przykład, na marginesie innych plotek i refleksji powiedziała: - Mężczyźni odchodzą nie wtedy, kiedy powinni i nie tak, jak powinni, zostają nam po nich buty, torebki, a czasem rachunki, skarpetki i książki, ale przede wszystkim za dużo wspomnień, o wiele za dużo, tych dobrych i tych złych, tych bardzo dobrych i tych bardzo złych, mocno liczę na to, że część z nich zabierze na starość Alzheimer.
Taka właśnie jest Silk.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

zakwitła mi ta stara grzesznica "świętoszka maciejka"

mimo licznych prób pożarcia przez koty i torpedowania przez te same koty moich wysiłków ogrodniczych, zakwitła mi wreszcie maciejka i pachnie mi nią cały balkon wieczorami, pachnie mi dzieciństwem i przeszłością, bo moja mama sadziła ją co roku prawie w ogródku obok domu i jest to jedno z tych wspomnień, które ocalam, sadząc choć trochę maciejki każdej wiosny; jednak pachnie mi od niej nie tylko tamtymi odległymi czasami, zawsze, naprawdę zawsze (choć wiem, że zabrzmi to pretensjonalnie, prawda brzmi tak niekiedy) przypomina mi się też wiersz Twardowskiego, przeczytałam go, kiedy byłam bardzo młoda i pomyślałam wtedy, że wierszyk ładny, ale że to, co w nim jest, to nie może być prawda, na pewno nie..., że to zbyt sentymentalne, zawikłane, kiczowato dramatyczne, że to przesada w każdym calu; tymczasem minęły lata i wydaje mi się, że chyba jednak właśnie jest dokładnie tak, że ta "świętoszka maciejka" wszystkiemu jest winna i że cała reszta: "niepewna granica przyjaźni", "wzajemna nieświadomość", "piękno po którym zjawia się nieprawda" - w sumie wszystko to też jest możliwe, że tak może być... i z perspektywy lat, (po)mijania, wydarzeń i rozważań na ich temat, które gdzieś tam na marginesie życia w sekrecie prowadzę, wiem prawie na pewno, że ten wierszyk Twardowskiego - tak zupełnie nieakceptowany na starcie, a pomimo tego wrastający chwastem w pamięć razem z maciejkowym zapachem, że ten właśnie drobny wierszyk okazuje się dla mnie jednym z najrzetelniejszych utworów o uczuciach niedoskonałych, o przyjaźni, o miłości, o poczuciu winy, o rozstaniach i pełnych uroku drobnych przypadkach/wypadkach, bo tak jest, jednak tak chyba jest, jak się Twardowskiemu napisało; choć pamiętajmy, że  mówię to ja - osoba pełna wątpliwości, która kompletnie się nie rozeznaje we wszelkiego rodzaju miłosnych uwikłaniach ani rozeznać się nie próbuje, bo się nie da, wiadomo... i bo nierozeznawanie się bywa całkiem w porządku

*****
(patrząc na ten mój wpis Wojtek powiedziałby: - Wszystko fajnie, ale przydałaby się od czasu do czasu jakaś kropka.... - ale ja bym go i tak nie posłuchała)
 
*****

"Kto winien" (J. Twardowski)


To tylko nagrzeszyła świętoszka maciejka
księżyc nieuleczalny co nocami bredzi
piorun co w kościół trafił by pszczołę ominąć
i rozum nierozumny słuszność wciąż bez sensu
i ból tak bardzo czysty że już uspokaja
pożółkła pora lata gdy trzeba się żegnać
popatrzeć sobie w oczy gdy dom pachnie jabłkiem
a w ulach dawna cisza wytapiania wosku
tak łagodna jak bożek którego psy liżą
zabawna parasolka i długie trzy po trzy
bo gdy jemy jeżyny kolor warg się zmienia
(w takiej chwili granica przyjaźni niepewna)

to tylko nagrzeszyła zwyczajna tęsknota lub po prostu
wzajemna nasza nieznajomość
źrebak światła co biegał niezgrabnie po ścianie
serce co milczy mądrze by mówić od rzeczy
piękno po którym często zjawia się nieprawda

jakimi to drogami miłość wciąż niewinna
sama do nas przychodzi i odchodzi sama

niedziela, 5 czerwca 2016

klasyka i jej brak (The Angry Birds i inne inszości)

Klasyczny weekend z Małą Mi: lody, kino, pizza, shopping (tą razą obuwniczy) plus dyskusje w międzyczasie, obie lubimy takie weekendy z taką właśnie, a nie inną sekwencją czynności, zatem cenny czas, wieczorem zwieńczyłam dzień bieganiem po wzgórzach, które jakoś się udało pomimo upału, czyli brawo ja, owszem, a czemuż by nie, definitywnie: brawo ja.

co do bajki.... jakość animacji powalająca, tzn. widać, że ktoś dał na wykon duże pieniądze, a ktoś inny je wykorzystał, poza tym jak na film zainspirowany trywialną gierką telefoniczną to nawet ma to jakąś tam fabułę, prostą dosyć, ale przecież fabuła może być prosta, a mimo to pozostawać ciekawą opowieścią, co nie do końca się niestety w "Angry Birdsach" udało, niewątpilwie można się pogapić, feria barw zatrzymuje oko, efekty są efektowne, wiadomo, ale to nie jest za dobra bajka ani za dobry film, niemal dwie trzecie filmu to seria gagów i skeczy, scenek z życia nerwusa, kilka jest zabawnych, kilka nudnych, kilka nawet smutnych, można poogladać, ale to wariacje na ten sam temat, szybko robią się przewidywalne i nie posuwają akcji w żadnym kierunku, a tną fabułę, trochę jest tak jakby ktoś miał za dużo pomysłów i postanowił wszystkie zrealizować nawet narażając się na przesyt i powtórki; akcja przyspiesza jednak w toku drugiej połowy filmu, nieco nagle i bez logiki, choć efektownie (znowu ta jakość, te efekty) i nie powiem, jakieś tam emocje czy wartości nawet migają, że przyjaźń, że poświęcenie, że odwaga, wartości prowspólnotowe generalnie, można z tego wycisnąć, więc o co się czepiam?... trochę to jest film dla nikogo, tzn. trudno określić, kto był docelowym odbiorcą, dorośli się wynudza w wielu momentach, najlepsze sceny widzieli na spoilerach, a pozostałe żarty po prostu są średnio zabawne, te nieliczne żarty, które zrozumieją dzieci, są rozwleczone w czasie tak, że się wykolejają dość szybko i nużą, a te żarty, które są dla dzieci niezrozumiałe, bo zbyt mocno powiązane z seksem i zbyt dosadne (oj grube "żarty"..., np. ptaszki wykonują serię ćwiczeń, robią dziwne pozy i ptaszek do ptaszka mruczy: - Robiłeś kiedyś coś takiego? a tamten odpowiada: - Nigdy na pierwszej randce ALBO moje ulubione: po zaginięciu jajek, jeden z ptaków wpada na pomysł, żeby je zastąpić i przyjmując pozę rasowego ogiera nawołuje: - Chodźcie dziewczynki, będziemy robić jajka całą noc!!! - teoretycznie.... trochę zabawne, ale w filmie, na którym siedzą maluchy od 5 do 12 lat - mocno takie sobie), jak na bajkę te żarty dla dużych widzów, są dość prostackie i w kreskówce o kolorowych ptaszkach jakoś zgrzytają zamiast bawić, wypadają w sumie nieśmiesznie, są oczywiście sceny autentycznie zabawne i dla dorosłego i dla dziecka, ale nie jest to większość, prawdziwym smaczkiem było dla mnie trwające może trzy sekundy, ale bardzo fajne nawiązanie do "Lśnienia" Kinga i to też - niby fajne, ale przecież żadne dziecko (a i nie każdy dorosły...) tego nie zrozumie i nie rozpozna, więc po co? fabularnie zdarzają się też po serii gagów dłużyzny (sceny z orłem - nuuuda) i to nie uzasadnione, główny bohater budzi sympatię i odrobinę współczucia, jego przyjaciele też są dość wyraziści (Terrence - świetny), ale cała reszta postaci, w tym także świńscy bohaterowie (jedynie szef jest osobny i zapamiętywalny), wypada płasko i bez wyrazu; w sumie: do obejrzenia, ale nie zabija, kultowa animacja to to nie będzie... żaden klasyk, żaden szał

sobota, 4 czerwca 2016

skrzypienia (Viktoria Tolstoy - From above)

coś mi się śni co noc, ale nie pamiętam, nie umiem tego zatrzymać, poza tym... dziwny dzień zawieszony w jakimś niedookreśleniu, ostatnio często słyszę jak rzeczywistość się rozwarstwia, przesypuje, skrzypi, jak zmienia się jej gęstość i nie wiem, jak to wyrazić, więc nie rozmawiam o tym, choć przecież jest w powietrzu coś takiego, taka właściwość, że ci szaleni nie szaleją jakoś, stabilizują się, ale ci dotąd zdrowi zaczynają wariować, wszystko co dotychczas mieli ujęte w ramy, niespodziewanie im się rozpada, a oni kruszeją, w kilka chwil; 
Aśka powiedziała dziś: - Dawno cię nie widziałam, nawet nie wiem, co u ciebie, żyjesz, spotykasz się, dajesz radę? -  dawno nikt mnie o to nie spytał, oczywiście potaknęłam, wszystko ok, u mnie zazwyczaj jest całkiem ok, nawet gdy tak jak teraz spoglądam się z niepokojem lub zaskoczeniem na ludzi wokoło i nie rozumiem; 
******
po południu piłam zimne, białe wino z Martą, taka sjesta, gdzieś obok nasze dziewczyny, kłopoty, rozgadywanie tychże kłopotów, plany, obawy, opowieści, w tle jak zawsze coś grało, jak zawsze coś z tego grania wychwyciłam i zaniosłam do domu, słucham From above, Viktoria Tolstoy... nie znałam, a świetna jest; uporczywy zapach palonego drewna nadpływa zza okna, ładny zapach, przyjemny, ale też coś nadal faluje w tle, nadal można to wychwycić, tę właściwość, te skrzypienia...

piątek, 3 czerwca 2016

idąc niespiesznie przez rzeczy utracone (na marginesie "Biura rzeczy znalezionych" S. Lenza)

czytam sobie coś nowego, żeby się po tej miałkości "Zazdrośnic" E.E.S. otrząsnąć, Lenz jest podobno jednym z najlepszych niemieckich pisarzy współczesnych, stawianym obok Grassa i Bolla, więc mocny kaliber, więc czołówka, przyznam, że nie znałam go wcale do tej pory, zatem poznaję...; "Biuro rzeczy znalezionych" to taka realistyczna proza w najlepszym sensie tego słowa, rzetelna, dobrze napisana opowieść, po której można się przechadzać, unikając banału i nudy, przechadzam się więc po cudzych stratach, porzuceniach, zapomnianych przedmiotach, po próbach uchylania się od odpowiedzialności za cokolwiek, prowadzenia życia na bocznym spokojniejszym torze, życia po najmniejszej linii oporu niemalże (realizm tak preferujący typowe postaci i miejsca jest jakby faktycznie stworzony to takiej problematyki), wędruję po eleganckiej trzecioosobowej narracji, mijam spójną galerię ciekawych postaci, łażę sobie po prostu po starym dobrym mimesis, bo w końcu strata czy samo jej poczucie to coś tak powszechnego, zwykłego i nieuniknionego, że jest także częścią moich doświadczeń, dobrze się to czyta, zapomniałam jak sobie cenię nieprzekombinowaną, realistyczną poetykę wyhodowaną na genialnych XIX-wiecznych źródłach, niezły ten Lenz

Siegfried Lenz "Biuro rzeczy znalezionych"

czwartek, 2 czerwca 2016

tak sobie (Duffy "Ready for the floor")

Wieczór z Duffy, dawno zepchniętą w kąt, a przecież świetna jest, przypomniałam sobie jak mi dobrze z Duffy płynie czas. Poza tym jednakże tak w ogóle w egzystowaniu... jest mocno przeciętnie, ten dzień kończy się bowiem tak jak większość naszych ludzkich opowieści: tak sobie. I nie kryje się za tym żaden dramat, żadna tragedia czy nawet z lekka rozwarstwiająca się rzeczywistość. Myślę o morzu, że chciałabym pojechać, myślę o wakacjach, o książkach, które przeczytam, myślę o bieganiu, martwię się o Małą Mi ostatnio trochę bardziej, planuję remonty, z niechęcią godzę się z potrzebą pójścia do pracy w sobotę i odbycia tysięcznej rozmowy o systemie punktowym i o tym czemu stawianie wymagań jest uczciwsze i bardziej wychowawcze niż niewymaganie niczego (pomyślałby kto, że to oczywiste, a jednak nie...), zachwycam się subtropikalnym klimatem, który ostatnio mnie otacza, planuję urodzinowe przyjęcie, trochę nie mogę spać i budzę się zdezorientowana, ale przecież jest ok, w sumie idzie ku dobremu - wiem, zauważam, doceniam. Ale... dziś poprosiłam osobę, którą skądinąd lubię, żeby poszła sobie w cholerę, bo nie służyło mi jej towarzystwo i jest to jakiś tam wielki egoizm, na który sobie pozwoliłam, mimo że teraz czuję się z tym tak sobie. Bo to jest takie sobie, i wiem to, i nie żałuję, z biegiem czasu moja cierpliwość i odporność na ludzi, którzy mówią mi źle, robią mi źle, istnieją w oparach kwaśnego powietrza i chcą mnie w nim ukisić.... drastycznie spada. Jestem takim sobie człowiekiem.

środa, 1 czerwca 2016

malownicze światy ("Alicja po drugiej stronie lustra")

czytałam kilka niezbyt pochlebnych recenzji o filmie, ale że lubię Burtona to i tak się wybrałam i mnie się to podoba, dzieciom się podobało, mamom się podobało, ludzie wypływali z sali niesieni pozytywnymi emocjami, a to też jest wartość, dla oka było to piękne, ale nie efekciarskie, pełne barw, plastyczne, malownicze, piękne kostiumy, charakteryzacje, w każdym detalu, mam też pewną słabość do jakby nie było feministycznego zacięcia tego filmu, w końcu Alicja udowadnia,że jak dziewczyna chce to potrafi, może, daje radę, no i Kapelusznik, facet moich marzeń, kolejny raz zabujałam się w Kapeluszniku.... i znowu patrząc na jego relacje z Alicją, na to jak one są zbudowane pomyślałam sobie, że najświetniejsza, najidealniejsza jest właśnie miłość, która nie zostaje wypowiedziana i nazwana, która tego nie potrzebuje, aby być, widać i mnie ten film trochę złapał za trzewia; poza tym w fabule i kompozycji są pewne pęknięcia, ale nie chce mi się ich czepiać, wynikają one zapewne z tego, że powieść Carrolla została na poziomie scenariusza mocno uproszczona, a przez to także spłycona, okrojona, w sumie rzeczywiście scenariusz to najsłabszy element filmu, okrada Alicję z głębszych motywacji jej działań, z drugiego dna całego tego wyścigu z czasem zostaje małe ściganko, w efekcie opowieść zachowuje emocjonalny impet, dynamikę, ale brak jej solidnej przyczynowości, jest też epatowanie efektami specjalnymi, może nadmierne, ale jakoś mi to nie przeszkadza, Bonham Carter absolutnie świetna, Depp to Depp - wyrazista postać, kogo by nie grał, Mia Wasikowska wypada przy nich trochę blado, ale też nie ma tragedii, do tego zabawne gry słów, komiczno-groźny, niejednoznaczny Czas, piękna i spójna mimo wszystko kreacja świata od strony wyobraźni, konstrukcji wizji; zauważam co prawda, że pierwsza cześć Alicji była.... globalnie ciut lepsza (zresztą chyba podobnie odbieram literacki pierwowzór, opowieść Carrolla o Krainie Czarów wydaje się bardziej atrakcyjna jako fabuła niż Po drugiej stornie lustra, jest też bardziej znana), ale pomimo tego "Alicja po drugiej stronie lustra" to ładny film, w wielu wymiarach przyjemny i jakoś tak człowiek się czuje przez niego pogłaskany, i morał jest, i dzieciakowi można pokazać, estetycznie i dydaktycznie przerasta to każdą z kretyńskich bajek, które emitują obecnie dziecięce kanały