Jest gorąco, zbyt gorąco, by cokolwiek się działo, więc nie dzieje się nic... choć oczywiście coś tam się "wydarza", zawsze coś się "wydarza", choć nie zawsze warto o tym wspominać; tymczasem spaceruję sobie powoli przez opowiadania Kundery, takie stare, z początków jego pisania, robi mi się dzięki temu przyjemnie i ciekawie, w tym mało przyjemnym i mało ciekawym dniu, który mogłabym podsumować mniej więcej (bo nie dosłownie przecież, tylko właśnie dokładnie tak: mniej więcej) takimi słowami:
Stwórczyni bladym świtem powstała, by zdążyć na pociąg, siłą rzeczy powstałam i ja. Mimo nieprzyzwoicie wczesnej pory nie zasnęłam i załapałam się na prawdziwą rzadkość - wschód słońca. Ile wschodów słońca (mniej więcej) widzi w ciągu życia przeciętny człowiek na własne oczy? Ja pamiętam kilka i to jakoś chyba straszliwie mało jest. Tysiące się przegapia, z całą pewnością ja przegapiłam tysiące, ale dziś akurat nie, dziś patrzyłam sobie.
Nakręcone jak głupie przez świetne zwiastuny wybrałyśmy się z Małą Mi na "Minionki". Film ok, ale zwiastuny są zwyczajnie lepsze... Czy może po prostu zrobione z najlepszej tkanki filmu - koncentrują w sobie najciekawsze ceny, obejrzysz dwa i w sumie film w pigułce masz, ale całość... rozczarowuje troszkę chyba. Minionki sympatyczne - wiadomo, dużo zabawnych scen, widownia śmiała się kilka razy szczerze i spontanicznie, ale też nie obyło się bez dłużyzn, kretyńskich strzelanek i bezsensownej przemocy, no i coś, czego bardzo nie lubię w filmach dla dzieci (i dla dorosłych często też) - banalizacja zła. Zło jest niby groźne, niby się je oswaja (co rozumiem i popieram), ale tak jakoś w głupowaty sposób jest to czynione, bo zło to jarmark kultury masowej - jest niby nie na serio, jest komiksowe i zabawne, ma swoich fanów, swoje gwiazdy i to jeszcze ok, do zniesienia przy zręcznym podaniu, w końcu przecież trochę tak jest we współczesnym świcie i mam poczucie, że takie ujęcie zła może przerobić na swoje potrzeby dorosły i docenić ironię, elementy parodii itp., ale dzieciaki?... hm... zobaczą to raczej w wersji "o jak fajnie strzelają i się próbują zabić/pobić przy pomocy różnych zabawnych broni i dział, jakież to miłe...", bo to zło jest w gruncie rzeczy na serio (główny złoczyńca chce naprawdę krzywdzić, niszczyć, jest nieszczęśliwym, okrutnym człowiekiem), a podje się je w fajowej ucukrowanej ramce (flesze, fanfary, śmieszność, światła lamp), które dodaje mu atrakcyjności i... no własnie banalizuje, czyni je czymś nie na serio, a przecież to zło okazuje się ostatecznie bardzo na serio, cała ironia, pastisz, absurdy, parodia są tu bardzo niekonsekwentne, pojawiają się i znikają, dlatego, pod tym względem wolę przesadną krwiożerczą uczciwość braci Grimm niż takie "bajerowanie" odbiorcy, które jest w tej bajce. Przetrącona wydaje się też konstrukcja fabuły - zawiązanie opowieści ciekawe, pojedyncze paciorki przygód czy kluczowe postaci - dobrze pomyślane, ale rozwój akcji to nie rozwój tylko wykolejanie się, wszystko traci rozpęd i finezję, zmierzając zakosami do pozytywnego, ale straszliwie nieprzemyślanego finału (mnóstwo walki, wybuchów i w gruncie rzeczy agresji, po czym zabili go i uciekł) i tyle. Zwiastuny nadal oglądam z przyjemnością.
Oczywiście jest pewnym barbarzyństwem czytać Kunderę za szybko, ale jakoś nie mogłam się oderwać i "Walc pożegnalny" przeczytał się prawie sam, szast, prast i już. Rzecz oczywista, podobało mi się. Dramaturgia, rozmach miłosnej farsy pełnej nieoczywistych, skrywanych emocji i intencji, galeria niezwykłych postaci, teatralność wykreowanych sytuacji, które przecież mimo wszystko przekonują, wciągają; poza tym powieść świetnie napisana i jak zawsze wierzę Kunderze w każde słowo, doceniam, że mówi mi prawdę i że nie ocenia, tylko obnaża, nazywa, pokazuje. Wirtuozersko.
Widziałam dziś coś ładnego i jak sroka ukradłam, choć nie wiem, czy sama bym takiej właśnie ładności chciała dla siebie, po prostu nigdy sobie takiej ładności nie wyobrażałam tuż obok, ale mimo tego zauważyłam tę cudzą ładność i szybciutko troszkę zabrałam, i teraz patrzę na to ukradzione i myślę sobie, że mój sentymentalizm z wiekiem niebezpiecznie i dorodnie się rozrasta, i że nieprzemijalność, trwałość, stałość, lojalność, niezmienność, czyli wszystko, co zwykle streszczam słowem "zawsze", stanowią dla mnie wielką wartość i są czymś, co szczerze mnie wzrusza, jeśli pojawia się w przyrodzie (gratuluję, podziwiam, zazdroszczę, no tak... właśnie się okazuje, że zazdroszczę).
Czy kiedy pomarszczę się jak śliwka węgierka i kupię tiulowy różowy kapelusz, który nie będzie mi do niczego pasował, co zresztą jest zupełnie bez znaczenia, to czy ktoś będzie wtedy szedł ze mną pewnym krokiem, za rękę i w przekonaniu, że wyjątkowo ładnie wyglądam?
Gdzieś u Mehran, którą dziś kończę, romantyczny wątek i słowa, jakieś dziwnie ładne, nawet dla mnie jakże mało podatnej na takie ładności, i trochę to straszne przecież, także, może przede wszystkim straszne, ale i tak popatrzyłam, uśmiechnęłam się, sentymenty, wiadomo.
minął mi lipiec, pół miesiąca było się nad morzem, zaskakująco, bez planu, wakacyjnie, a niebo mają tam inne, patrzy się w nie i jest zawsze inaczej, myśli się inaczej, czuje się inaczej, w innej tonacji, a jak zaszumią fale, a co dnia szumią na innych rejestrach, to też wszystko zmienia, za to lubię morze, za to że przynosi odmianę