czwartek, 7 maja 2015

kruk Kurki

Jest taka marmurowa ławka w Starym Browarze, czarno-biała, a na niej kruk, jak Mała Mi była bardzo, bardzo mała, to uwielbiała macać tego kruka, chaotycznie i bez sensu (naparzała go i oblepiała czym popadnie i tyle), dlatego też długo był on dla mnie tylko kawałkiem obmacywanego twardego czegoś tam, chyba dlatego dopiero teraz niedawno będąc w Poznaniu tak naprawdę zobaczyłam tego kruka, ławkę i napis w dwukolorowym kamieniu, i nagle się okazuje, że ta tysiąc razy przemacywana ławka z krukiem to jest sztuka, że ma swego autora, swoje znaczenia i sensy, że to jest rzeźba tak w ogóle, wszystko to jakby mi dotąd umykało, tzn. nie tak do końca, ale był to plan mocno odległy, odnotowywany tylko na marginesie i to w dodatku ołówkiem; zatem zmiana optyki, jest, dokonane; "Konflikt między dobrem a złem jest chorobą umysłu" - czy faktycznie? kruk po stronie dobra? hm, czyli że mądrość? zupełnie nie chce mi się nad tym zastanawiać, ławka mi się podoba i tyle, i czasami właśnie to zupełnie przecież wystarcza.

Piotr Kurka "Kruk" 2005




środa, 6 maja 2015

"dłużej"

"Trudno jest osiągnąć sukces. W tej dziedzinie nie ma sprawiedliwości. Ale ci z bateriami Duracell działają dłużej."

(T. Pratchett w liście do D.L.Stone)

Niedoceniany przez mnie T. Pratchett. Czym jest sukces? i jak długo trwa to "dłużej"? i czy to jest dobrze, że dłużej? nawet dobre odpowiedzi generują nowe pytania

wtorek, 5 maja 2015

szła przez las i myślała, wybierała, rozważała

Znowu szłam przez las, bez większej nadziei, że to coś znaczy, że to coś zmienia, było dobrze, ciepło i dużo słońca, trochę zbierało się na deszcz, może na burzę? i niby widzę i wiem, że teoretycznie można by spalić każdą gałąź i liść, zadusić ptaki, przedeptać rośliny, po prostu zniszczyć las do gołej ziemi (jak wszystko przecież), a jednak on żyje nawet kiedy umiera i gnije w swoich posadach, a ja jakoś zazdroszczę, że nasze ludzkie sprawy nie mają w sobie takiej doskonałej nieprzemijalności, w końcu przynajmniej czasami powinny; zatem idę i oczywiście: ptaki, posplatane drzewa, mech, kwiaty, paprocie, trochę słucham, trochę się gubię jak zazwyczaj; czy tak być powinno? że ja tutaj, teraz, nadal uwięziona w tamtym nieusuwalnym "zawsze"? i (rzecz dziwaczna) zwyczajnie idę i wiem, dość dokładnie i nagle wiem, że nie mogę stąd wyjechać (rozważam to od trzech lat.... aż trudno uwierzyć...), ponieważ to mój własny upór sprowadził mnie właśnie tutaj, do tego miejsca i kazał mi tu pozostać, i nie ma w tym bezradności, a jedynie lojalność wobec tamtych wyborów, bo po prostu to tylko mijają lata, wszystko się niby zmienia, starzejemy się, trochę umieramy, a przecież ciągle idziemy przez ten sam las, mijamy się na tych samych ścieżkach, chodząc po nich osobno, biegając w różnych kierunkach, a wszystko, co było doskonałe, nie uległo zniszczeniu, ale trwa, nawet jeśli tylko we mnie. I naprawdę uważam, że to jest ładne i że to ma prawdziwą wartość.







   









 




poniedziałek, 4 maja 2015

na ulicy Szafrana - wybór subiektywny (street art, cz.21)

no tak, byłam, chodziłam, kilka dni temu, wtedy po Dzikiej i po Szafrana deptałam;
strasznie męcząca ta wiosna w tym roku, oblepiła mnie, za mocno, więc płytko oddycham;
nie wiem, jak to wyjaśnić, chyba tylko tak, że nie mogę przestać





















niedziela, 3 maja 2015

zamiast (kawałki i strzępy)

zamiast sukienki kupiłam dziś cztery książki, na które brak mi czasu, ale tak naprawdę wcale nie, znajdę czas, wiadomo, umiem wygrzebywać z czasu czas (magia? idziemy i nagle jest tak:
- Coś ci powiem, ale nikomu nie mów...
- No co?
- Wierzę we wróżki, a ty?
- Ja też, ale nikomu nie mów.)

zamiast mówić wprost, biegam, żeby rozpędzić ten dziwny niepokój, który mnie ostatnio nęka, zacieram mięśnie, nadwyrężam stawy i boli mnie ciało, niby bardzo, ale za to takim przyjemnym satysfakcjonującym bólem, który zagłusza wszystko inne, a las niezwykle dobrze pachnie, kiedy jest wilgotny i czuję się w nim u siebie

zamiast warzyw przyniosłam do domu bratki, nie wiem, jak to się stało, serio, nie pamiętam, wiem tylko, że była tam tak brzydka, że aż nieprzeciętnienie interesująca ruda dziewczyna i sprzedała mi pyszne truskawki, szczupła, spalona słońcem, nie patrzyła nikomu w oczy, wszystko ze spuszczoną głową, szybkie, pewne gesty, szorstki głos - niesamowita postać, jak mogłabym pamiętać cośkolwiek o bratkach?

zamiast myśleć o przyszłości, snuć poważne plany, wybierać ślubne sukienki taplam się w rozważaniach, jak wspaniale i niezbywalnie, choć także niebezpiecznie (co tylko teoretycznie wiem), jest nie należeć do nikogo, trochę oczywiście posiadają mnie moje zwierzęta i trochę Mała Mi, ale to co innego, to przynależność bez wątpliwości, bez wyborów, jakby dana, oczywista, nie budująca ram

zamiast spakować moją białą walizkę w czerwone kropki osiadłam i się zadomowiłam, co okazało się nadzwyczaj miłe i kojące, bo wszystko to w moim własnym krajobrazie, w pewnej osobności i to wystarczyło, okazuje się zatem, że po latach życia wszędzie-nigdzie nawet najbardziej dzikie stwory potrzebują swojego miejsca, żeby mieć skąd iść w świat i dokąd wrócić, także z przetrąconymi kośćmi

sobota, 2 maja 2015

ukryte motywacje (L.A. "Bez opamiętania")

A gdyby tak, warstwa po warstwie obnażyć człowieka z jego skrytych intencji, z podskórnych zamierzeń, do których sam przed sobą nierzadko się nie przyznaje? więc gdyby to zrobić, czy nie byłoby to trochę straszne i nie czyniłoby z nas kompletnych głupców? Niepokojący pomysł, bo przecież właśnie prawda, ta zwykła, siermiężna prawda pozbawiona złagodzeń, upiększeń i usprawiedliwień wygląda często najgorzej, ociera się o wstyd, upokorzenie i słabość. Opowieść o tym co ukryte, a co lekko i bez zbędnego rozbabrywania szczegółów, także bez cienia litości jednym, płynnym gestem zostaje wyciągnięte na pierwszy plan. 

Ile razy ja nie zdjęłam kurtki? bo byłam pewna, że mnie to z czegoś obnaża i będzie to gest nazbyt pełen znaczeń,  przecież kurtka to kurtka i czasami trzeba ją zdjąć, i nie ma, nie musi być w tym nic więcej, chyba, że człowiek trochę oszaleje, chyba, że dla niego jest w tym coś więcej. Czasami właśnie jest. I zawsze nie chce się, by ktokolwiek o  tym wiedział. Czytam przez palce, jakbym miała przed sobą obrazoburczą, szokującą perwersję. Bo mam, bo tak jest.

Lena Andersson "Bez opamiętania" - nagroda Strindberga 2013
 

No i oczywiście miłość, ta na której nie znam się wcale i o której czytam prawie zawsze ze znudzeniem i niechęcią, tutaj jest tylko teoretycznie głównym tematem, tak naprawdę okazuje się po prostu pretekstem, żeby pokazać człowieka rozebranego do białej kości, rozszarpanego na tajne motywy i zamierzenia, udającego także dla siebie, że to coś innego, że to nie to, orientującego się jako ostatni we wszystkim, co dla świata jest ewidentne. Jakoś mnie to porywa, choć zarazem robi mi to źle, bo zmusza do nazbyt uczciwych wewnętrznych dialogów. Przypływają do mnie kalki z mojego własnego życia, blade klisze zaprzepaszczonych sytuacji i osób, gdy ja również mówiłam to, "czemu nikt się nie dziwił, by pokryć to, czego nikt nie widział" i nie było mi wstyd, choć może powinno, zwłaszcza, gdy na wszystko stawało się nieodwołanie za późno.


piątek, 1 maja 2015

otwarcie sezonu nieukatrupiania-kwiatków-balkonowych

sezon na kwiaty balkonowe uznaję za otwarty!!!!! (tu wchodzą werble, a dziewczynki w białych sukienkach obrzucają mnie płatkami róż); sadzenie idzie mi nieźle, utrzymanie roślinności przy życiu cały sezon... no cóż  - to moje Waterloo co roku, ewidentnie nie jestem balkonowym bohaterem w moim domu, ale... i tak będę usiłować - i to jest kolejny raz, gdy zmierzanie do odległego, enigmatycznego celu wypełnia mi życie skuteczniej niż kalkulacja szans, czy to się w ogóle uda... 

nawet moje zwierzęta patrzą na moją działalność sceptycznie, choć z łagodną aprobatą, jak to one