Niezwykle pozytywna emocjonalnie bajka, autentycznie zabawna, językowy majstersztyk - serio, bardzo mi się podobał ten swego rodzaju idiolekt kosmitów stworzony na potrzeby filmu, prosta gra synonimów i bezokoliczników, a efekt strasznie dobry; no i co tu dużo gadać ryczałam jak bóbr ze trzy razy... może dlatego mam odczucie, że to jedna z najsympatyczniejszych, ale też najlepiej zrobionych produkcji, jakie ostatnio widziałam...
Nikt nie jest idealny, twoje błędy czynią cię człowiekiem.
Czy wklejałam już na bloga mojego ulubionego Rice`a? Chyba nie. Zatem teraz.
Niepokojąco pasuje. Małe przestępstwa, drobne niegodziwości, czarna niewdzięczność - czy umniejsza je fakt, że popełnia się je tylko w myślach? w mimowolnych rozważaniach, które przypełzają wbrew woli do głowy i szaleją ja stado dzikich baranów? I jeśli w głowie huczy taki nieustanny wewnętrzny dialog, nad którymi nie da się zapanować, bo on po prostu jest, trwa i już, to czy trzeba czuć się winnym, jeśli jego tematyka obnaża nasze słabości i niedoskonałości, czy mówiąc wprost - totalną małość i wstydliwe wady? a jeśli tego poczucia winy nie ma, choć może powinno się pojawić, to czy to jest bardzo źle? a jeśli nic tego nie usprawiedliwia? To tylko (i aż) myśli przecież... tupania w głowie, dość głośne, wystarczająco uporczywe małe, niewypowiedziane zbrodnie. Więc co z nimi? Czy to jest w porządku?
Wdrapałam się pomimo rozwalonych kolan na Kosową Górę, bo kto jak nie ja....
Lubię iść przez las, tak długo, że się gubię - i to nie jest malownicza metafora, gubię się serio, ale podoba mi się ten niepokój, który mnie ogrania, ekscytacja, poczucie mocy i jej zupełny brak, i swego rodzaju żal, choć nie do końca rozumiem, skąd i dlaczego właśnie taki zestaw uczuć mi zwykle wówczas towarzyszy, tak po prostu jest i to pozostaje oczywiste. Piękna ta wieża. Chciałabym tam kiedyś wejść.
Podobały mi się w tym filmie ładnie wykorzystane efekty specjalne, bez fajerwerków, wybuchów, szarży; podobała mi się kameralność i oszczędność filmu - gra gestów i spojrzeń momentami jest wręcz teatralna. Kilka przecudnych zdjęć pejzaży, świetnie dobrana muzyka w tle - niby się jej nie słyszy, od niczego nie odciąga, ale buduje klimat niesamowicie. Do tego kilka ciekawych dialogów, niebanalna konstrukcja psychologii postaci, no i sam pomysł, sama idea - sztuczna inteligencja z całym bagażem wątpliwości, które budziła i nadal budzi, rzecz niby już trochę ograna, już w kinie pokazana, a tu jednak powiało nowością. Zakończenie za to kompletnie mnie rozczarowało, jakoś spodziewałam się czegoś więcej po tak niegłupio budowanej intrydze. Liczyłam na coś... no po prostu na coś więcej (coś mniej definitywnego, bardziej wyrafinowanego?). Ale globalnie to niezły film, w swoim gatunku nawet ambitny. Pragnienie wolności okazuje się w nim bardziej uniwersalne niż by się zdawało, a chęć bycia bogiem prowadzi do katastrofy na miarę greckiej mitologii . Rzecz warta uwagi: każda z postaci w filmie budzi mieszane uczucia, wszyscy w pewien sposób są, a jednocześnie kompletnie nie są w porządku, jedni mniej, drudzy bardziej i tu (muszę powiedzieć), że jest to dla mnie wartość, ta wielowymiarowość postaci, powszechna skłonność do zła, egoizmu, manipulacji. Kameralne kino, ciekawa opowieść, przygnębiające konstatacje.
I kiedy tego słucham, to słucham aż do trzasku bębenków i biegnę naprawdę, i nic nie słyszę, tylko siebie i Florence, biegnę, ale nie uciekam, wszystko jest idealnie w moim tempie, każda fraza i słowo, każda myśl, ale teraz choruję i nie mogę biec, za duże ryzyko, że po najdalej kilometrze radośnie wyplułabym płuca, więc słucham w domu (być może nienawiść sąsiadów się wzmaga gdzieś tam w tle), wszystko to jednak dlatego, że wiem prawie na pewno, że czasami nic nie da się naprawić, że tylko czas ma zawsze czas, ale nie my, którzy jesteśmy w nim uwięzieni.
Jest też taka miejscowość w górach, widziałam ją i śliczny drewniany domek wśród drzew i trawy, mijałam ją wiele razy, chodząc po górach, taka mała wioska zgubiona wśród szlaków, myślę o niej dziś, choć wcale nie chcę. Zakopać się, bo czemu nie? W wiosce, której nazwy nike nie zna i nie pamięta. Idealnie.
"You are the hole in my head
You are the space in my bed
You are the silence in between what I thought
And what I said (...)
You can’t choose what stays and what fades away
And I’d do anything to make you stay
No light, no light, no light
Tell me what you want me to say
Through the crowds I was crying out and
In your place there were a thousand other faces (...)
Wstałam rano, zaziębiona jak już dawno nie, a za oknem surrealistyczne zjawisko, jedynym logicznym wyjściem było podkręcenie ogrzewania i zakopanie się w domu. Śnieg nadal pada, w TV mówią, że to nie anomalia, tyle pogoda się stabilizuje, uhm, jasne, przypomniałam sobie, że narzekaliśmy na bark białych świąt w grudniu i oto proszę są! spełnione życzenia z opóźnionym zapłonem, ciekawe, czy to jakaś ogólna tendencja na ten miesiąc?
"-Gdybym poprosiła cię,żebyś mnie zabił,
zrobiłbyś to? - Nie wiem. Jak mógłbym to zrobić?
Przecież nie mógłbym bez ciebie żyć."
Nie znałam tego wiersza, przyniosła go Kornelia, że ma, że wyszukała, że się podoba i że ona nauczy się go konkurs, sama wygrzebała i po prostu przyniosła, miałam mieszane uczucia, ale co? jak się podoba, to się podoba - tyle; potem usłyszałam, jak to mówi tym swoim zszarpanym chrypą głosem i to mnie przekonało, ten tekst i wszystko, co za nim stoi, życie Sida i Nancy, przeszłość Kornelii i wszystko, co ja sama z nią kojarzę, moje drobne szaleństwa także - splotły się i nagle pomyślałam, że wiem, o co tu chodzi i że to straszna opowieść, nie dlatego, że zwyczajnie straszna, ale że jest mocno naprawdę, że ona się wydarzyła, że się wydarza. Sid i Nancy - teraz.
Sid zawsze szczerze mnie przerażał pod każdym względem. Jako osobowość, jako artysta, jako spojrzenie, jako życie, jako człowiek w ogóle. Nie chciałabym go znać. Mimo to wiesz jest na tak, ja jestem na tak i mnie to przekonuje.
"Sid Vicious pisze a potem drze na strzępy
list do Nancy Spugen"
(Jacek Podsiadło)
Kupiłem nóż. Parę dni temu miałem strasznie dużo pieniędzy handlarz heroiną patrzył na mnie jak na Zbawiciela, kupiłem osiem par spodni, ten nóż i ulica którą szedłem, wydawała mi się złotą plażą.
Potem znów zobaczyłem cię tańczącą nago w barze przy Times Square, zobaczyłem cię w chytrych oczkach tłustego mieszczanina patrzącego na mnie wzrokiem pogromcy zajęcy. Jakby wiedział. chciałem go zabić, chciałem wymordować wszystkich tłuściochów w tym obrzydliwym Nowym Jorku.
Schudłem, myślę o tobie nawet kiedy sram, moje wizje są coraz upiorniejsze, pewien Żyd-artysta spił mnie wczoraj ohydnym koniakiem i zawiózł do psychoanalityka, sądził, że jest czymś w rodzaju mojego Przyjaciela. Rzuciłem nożem, trzonek trafił doktora w błyszczącą, sztuczną szczękę, Żyd coś tłumaczył, ja podniosłem nóż, kopnąłem barek na kółkach i uciekłem.
Jeśli próbujesz telefonować, tracisz czas, wyrwałem przewód i wyrzuciłem telefon do lodówki. Śpię z gitarą, zastawiłem drzwi meblami, przeklinam i błogosławię chodząc od ściany do ściany. Moja najdroższa, moja słodka, nadprzyrodzona dziwko z prowincji, dlaczego jesteś taka obca, dlaczego nie w moim łóżku palisz tej nocy papierosa za papierosem? Twój mały Sid zwariował, umie już tylko jedno: niszczyć.
Raz w życiu byłem szczęśliwy, pierwszej nocy z tobą. To nie powinno było się kończyć. Dam ci ostatnią szansę uczynienia wszystkiego prostym i pięknym. Tu, w Nowym Jorku, stolicy świata, w Chelsea Hotel. Nr 2. Czy słyszysz tę muzykę? To strach, nasz wspólny strach.