wtorek, 14 października 2014

street art, cz. 10 (Żeromskiego 19)

boczna uliczka łatwa do namierzenia, stąd zwykle ostentacyjnie mijana, bo przecież zawsze jeszcze tam zdążę, jednakże, gdyby okazało się w końcu (na końcu?), że nie zdążyłam? w obawie przed tą myślą ostrzelałam absyntowe ściany, oczywiście jak zawsze biegnąc gdzieś indziej i do czegoś innego; teraz chwilowo mam poczucie, że nadążam


 































niedziela, 12 października 2014

Pudłaki - nie dla każdego

"Hej, nie musisz tego robić. Te wszystkie rzeczy, cylinder, sery czy pudełka, one cię nie określają, nie zmienią tego, kim jesteś, a jesteś tym kim jesteś."


Tak, chodzę do kina na bajki. Tak, robię to często i tak - lubię to. "Pudłaki" to jednak kino nie dla małych dzieci, generalnie nie dla dzieci wychowanych tylko na Disneyu, albo też nie dla dzieci strachliwych, bo jest groźnie, jest bardzo złe zło, jest szaleństwo, jest okrucieństwo, jest podłość i głupota czyniących źle dobrych ludzi. Mała Mi oceniła bajkę jako średnią, głównie z uwagi na elementy obrzydliwe (bardzo spektakularne ataki alergii na ser u jednego z bohaterów leczone okładami z pijawek). Ale... "Pudłaki" nie są też kinem dla każdego dorosłego, widziałam rodziców, którzy z pewną konsternacją wychodzili z kina, także w trakcie seansu i to bynajmniej nie dlatego, że dzieci spanikowały. Sama kreska, kanciastość i karykaturalność postaci, przybrudzona kolorystyka, sposób malowania świata są bardzo groteskowe, to całe miasto zwłaszcza nocą takie wręcz jak u Schulza, mieszanka absurdu, niesamowitości i właśnie grozy, ale jaka jednak prawdziwa... Podziemny świat troli, wyłapywanych i nienawidzonych z powodu kłamliwych plotek od razu skojarzył mi się z gettem, z sytuacją społecznego naznaczenia i wykluczenia, w końcu jakże częstą, teraz i zawsze. Całe to faktycznie straszliwe zło, za które okazuje się być odpowiedzialna jedna osoba, nieszczęśliwa i nienawidząca samej siebie, opętana żądzą bycia kimś innym niż jest. Przemyślana gra nietuzinkowymi symbolami i znaczeniami (białe cylindry, ser, czerwone cylindry, pudełka). Brutalność, brud slamsów, obojętność, strach, który sprawia, że tłum ludzi staje się groźny i bezmyślny. W sumie - ponadprzeciętnie dużo bardzo uniwersalnych problemów przepływa przez tę "bajkę". Zaszumiała mi ponadczasowość. Zatem jest także miłość, błędy rodziców, zawikłanie relacji rodzinnych, społeczne zakłamanie i konwenanse, odwaga małych wielkich postaci, prostactwo i głupota ludzi stojących u władzy (kiedy zamiast szpitala dla dzieci fundują ser gigant - goudozaurus... nie mogłam się gorzko nie uśmiechnąć). No kurcze jest coś w tej opowieści, co robi wrażenie, co nie jest łatwe ani powierzchowne, ale ważne, co ma faktycznie walor artystyczny i wpisuje się w całą gamę niebanalnych kontekstów. Jak teraz o tym myślę, to już od dawna żaden film mnie tak autentycznie nie poruszył. A jednak... za trudna ta bajka dla wielu dzieci i za ciężka dla wielu dorosłych i mimo to dobre kino, i teraz chyba wiem już na pewno, że mi się podobało, bo nawet jeśli opowiedziano mi w "Pudłakach" dość bezlitośnie o świecie wszystko to, co już niestety wiem i o czy wołałabym nie pamiętać, to jestem wdzięczna za ładne zakończenie i idealizm, którego twórcom na szczęście nie zabrakło i za to, że nie czułam się oszukiwana w żadnym momencie tej opowieści i że w nią uwierzyłam.

sobota, 11 października 2014

piątek, 10 października 2014

dawno temu, za górami, za lasami (Sour times) - historia pewnej znajomości

Dawno temu, za górami i za kilkoma lasami chłopak i dziewczyna skakali razem po górach, on był bardzo bogaty, a ona bardzo biedna, on miał niebieskie oczy, a ona czarne. Trzymali się za ręce, biegali, śmiali się i czytali książki, zerkając sobie przez ramię, żywili się głównie mleczną czekoladą, jagodami i złotą tequilą, i nie pamiętali wcale, że gdzieś istnieje jakiś świat poza ich byciem ze sobą, że są jacyś ludzie, rodziny, przyszłości i zobowiązania, cudze oczekiwania i wielkie nadzieje. Ten czas wspólnej niepamięci to prawdopodobnie była miłość, wtedy i tylko wtedy. Bo potem już tylko zdjęcia, jakiś wiersz, jakaś kaseta w Kasprzaku, kanapki w pociągu, jego koszula pachnąca jej brzoskwiniowym balsamem dopóki jego matka jej nie wyprała. Koszulę, a nie dziewczynę oczywiście. Wyjaśnienia - zupełnie zbędne; listy (prawdziwe, ręcznie pisane, a nie jakieś tam bzdurne maile) z koniczynką, mechaniczne pomarańcze, nieoddane książki, pożyczone kurtki, przemilczenia, powolne osuwanie i odsuwanie się, jak miarowe zrywanie plastra. Było minęło, czas przepłynął nad nimi i pogruchotał im kości. Cholernie krótkie zawsze, po którym zostało mgliste wspomnienie. Być może już nigdy nikogo naprawdę nie spotkali tak, jak spotkali się wtedy ze sobą skacząc po górach. On został prawnikiem, a ona nigdy już nie piła złotej tequili, choć podobno nadal lubi jagody.



czwartek, 9 października 2014

nieznośna zwykłość bytu


Kiedy poza trywialną codziennością nic się nie dzieje i mimo wszystko jest to udany czas, myślę, że być może najbardziej warte zapamiętania są właśnie te dni, w których nic się nie wydarzyło, ale których spokój i monotonia złożyły się na przetrwanie i trwanie pozbawione znamion rozpaczy, szaleństwa czy desperacji; zatem ulubiony kubek, ulubiona zawartość, ulubione domostwo, ulubiona złota jesień za oknem i na skórze przez tę chwilę, kiedy wychyliłam nos z domu, ulubione snucie się czasu, nieustające drzemki kotów i zamyślenie psa, winogrona i francuskie ciastka z morelą, jakiś film, jakiś mglisty plan, żeby coś czytać, ale się jednak nie czyta, tylko się myśli i robi nic, ulubiony fotel, niezaprzeczalna sterta naczyń w kuchni, która jednak nikomu aż tak nie przeszkadza, zatem może postać, przecież, wściekłość i niepokój tylko na wyjąco pomarańczowych paznokciach i tylko u rąk (zapamiętaj, zapamiętaj).


środa, 8 października 2014

zauważanie jesieni (podejście drugie)

zmuszam się, żeby stawać i zauważać tę jesień, co podobno bywa dowodem miłości w innych okolicznościach, że się zauważa, że się widzi, nie wiem, nie znam się, w głowie mam straszną sieczkę i sporo dość brzydkich wyrazów, biegam za tym, co znikome, wymyślam bajki o czarnych kotach, kradnę trochę bezpańskie winogrona w sumie codziennie i uchylam się częściej niż trzymam gardę, słaba ta jesień, ale jeszcze jest ładnie i jeszcze zauważam, i jeszcze kocham